poniedziałek, 23 października 2017 r.

Magazyn

Film o Beksińskich zrealizuje producent z Lublina. "To dramat, ale nie tak mroczny"

Dodano: 7 listopada 2015, 09:15

Sztuka nie jest centralnym elementem tego filmu, choć oczywiście jest w tle i silnie wpływa na życie rodziny. Roberta zafascynowało to, że wszyscy, z wyjątkiem Tomka, zmarli w jednym mieszkaniu. Rozmowa z Leszkiem Bodzakiem, producentem filmu „Ostatnia Rodzina”

• To prawda, że scenariusz filmu o rodzinie Beksińskich powstawał 10 lat? 

- Pierwsza wersja powstawała prawie siedem lat. Robert Bolesto zaczął pisać w 2003 r. I bardzo długo szukał klucza do tej historii. Wydaje mi się, że znalazł go dopiero po śmierci Zdzisława Beksińskiego w 2005 r. Potem było długie wertowanie archiwaliów w Muzeum Historycznym w Sanoku, stypendium scenariuszowe Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, a w 2010 r. gotowy tekst znalazł się w finale prestiżowego konkursu scenariuszowego Hartley-Merrill (obecnie Script Pro).

• Czyli Bolesto nie czytał książki Magdaleny Grzebałkowskiej.

- Nie, scenariusz powstał na długo przed ukazaniem się książki. Często ludzie pytają co ten film ma wspólnego z „Beksińscy. Portret podwójny”. Oprócz bohaterów i części znanych powszechnie faktów: niewiele. Gdy książka się ukazała, to my mieliśmy już inną wizję opowiadania tej historii. Chcieliśmy odtworzyć 28 lat z życia rodziny od wewnątrz, mocno bazując m.in. na archiwaliach: nagraniach audio i wideo z Muzeum Historycznego w Sanoku.

Jest to historia o rodzinie, nie tylko o ojcu - wybitnym artyście i synu, Tomku Beksińskim - kultowym dziennikarzu muzycznym i tłumaczu filmowym. Jest to również opowieść o niezwykłej kobiecie - Zofii Beksińskiej, o babciach, które mieszkały razem z całą rodziną. „Ostatnia Rodzina” opowiada o więzach rodzinnych. Sztuka nie jest centralnym elementem filmu, choć oczywiście jest w tle i silnie wpływa na życie rodziny. Roberta zafascynowało to, że wszyscy, z wyjątkiem Tomka, zmarli w jednym mieszkaniu. A Tomek, gdy się wyprowadził, to zaledwie kilkaset metrów od rodziców. Film jest też pełny niezwykłego humoru, czasem rubasznego, czasem czarnego. Beksińscy często sobie żartowali, zwłaszcza we własnym gronie, ale również z ludźmi spoza rodziny.

• Dlaczego ten film powstaje dopiero teraz?

- Było to uzależnione od wielu czynników prawnych i emocjonalnych. Przez długi czas wydawały się one nie do przejścia. Ten film budzi wiele emocji. Każdy ma swój punkt widzenia na to, co się wydarzyło. Jest mnóstwo kontrowersji towarzyszących i śmierci Tomka, i śmierci Zdzisława. A my chcieliśmy opowiedzieć historię z naszej perspektywy. Uczciwą, nie osądzającą, dającą możliwość wielu interpretacji.

To wszystko wymagało długich rozmów ze wszystkimi, których ta historia bezpośrednio dotyczy. Od dyrektora Wiesława Banacha i wspomnianego muzeum w Sanoku, które jest jedynym testamentowym spadkobiercą spuścizny Zdzisława Beksińskiego, przez Piotra Dmochowskiego, marszanda Beksińskiego, który jest jedną z kluczowych postaci w scenariuszu. Bez jego zgody i wsparcia ciężko by było ten istotny wątek pociągnąć w filmie. Kluczowa, szczególnie dla Dawida Ogrodnika, była również możliwość spotkań z przyjaciółmi Tomka Beksińskiego i ludźmi, którzy dbają o pamięć o nim. Zależało nam też, by cały projekt powstawał przy akceptacji i wsparciu tych, dla których Beksińscy byli ważni. To wszystko wydawało się nie do pogodzenia z uwagi na wiele trudnych kwestii, towarzyszących życiu rodziny, a których scenariusz nie unika.

Ja dostałem ten projekt w ręce w maju ubiegłego roku. Przez prawie pół roku toczyły się rozmowy ze wszystkimi, na których nam zależało, aby wyrazili zgody lub chęć wsparcia dla naszego filmu. Najważniejsze, że się udało.

• Z kim były największe trudności? 

- Każdy miał jakieś obawy, zastrzeżenia, lęki. To zrozumiałe. Ci ludzie znali osobiście bohaterów naszego filmu, my nie. Dla przyjaciół Beksińskich byliśmy ludźmi z zewnątrz: przyszliśmy i chcieliśmy zrobić film o ludziach, którzy byli dla nich bliscy. Pojawił się strach. Co ci młodzi chcą zrobić? Jaką historię chcą opowiedzieć? Kluczem była cierpliwość i wzajemny szacunek w wielomiesięcznych rozmowach.

• Jesteście w trakcie zdjęć.

- Pierwsze zdjęcia odbyły się w lipcu, główny okres zdjęciowy ruszył pod koniec września i zakończy się 14 listopada. Dni zdjęciowych jest 37. Kręcimy w Warszawie i okolicach. Mieszkania Beksińskich, praktycznie w skali 1:1, zostały zbudowane na hali. Nie można było postąpić inaczej: przez 28 lat zmieniał się wystrój, a nawet architektura. W pewnym momencie Zdzisław Beksiński połączył swoje mieszkanie z sąsiednią kawalerką. Ze względu na specyfikę wizualną Służewia również nie można było kręcić gdzieś indziej, w jakimś przypadkowym miejscu, w mieszkaniach na jakimś innym osiedlu. A w prawdziwych mieszkaniach Beksińskich mieszkają już inni ludzie. Chociaż z pewnych względów jedną ze scen zrealizujemy w prawdziwym mieszkaniu Tomka Beksińskiego, ale nie zdradzę którą i dlaczego...

• Byliście w tych prawdziwych mieszkaniach?

- Byliśmy w mieszkaniu Tomka, część członków ekipy była też w mieszkaniu Zdzisława. Ale by je wiernie odtworzyć bazowaliśmy przede wszystkim na planach i archiwaliach. Naszym głównym konsultantem historycznym jest dyrektor muzeum w Sanoku, pan Wiesław Banach. W mieszkaniu bywał często pan Piotr Dmochowski, który też dzielił się z nami swoimi wskazówkami. Jak mówi Janek (Jan P. Matuszyński, reżyser - przyp. aut.), jest to najlepiej zdokumentowana rodzina na świecie. Są zdjęcia, nagrania audio, a od momentu kiedy Zdzisław zaczął rejestrować życie rodziny na kamerze VHS także materiały wideo. Bazowaliśmy zatem na całej masie archiwaliów.

• Obejrzeliście wszystko?

- Dzieliliśmy się, chyba tylko reżyser obejrzał wszystko. Każdy potrzebował innych materiałów: aktorzy, scenograf, operator. To się czasem zazębiało, ale nie zawsze - np. bardzo intymne dzienniki foniczne dostali przede wszystkim aktorzy, nie było potrzeby rozdawać tych materiałów innym członkom ekipy.

• Czy archiwalia zostaną wykorzystane w filmie w oryginale? 

- Zobaczymy. Nie mogę tego zdradzać.

• Zdzisława gra Andrzej Seweryn, Tomasza Dawid Ogrodnik, Zofię Aleksandra Konieczna, marszanda Andrzej Chyra.

- Zgodzili się wszyscy, którym reżyser zaproponował role. Część została wybrana od razu, część w castingu, ale w zasadzie niemal od początku wiedzieliśmy kto powinien zagrać poszczególne role. Czasem tylko casting to potwierdzał.

• Reżyser zgłosił się do pana? 

- Autor scenariusza, czyli Robert Bolesto, obrał ciekawą strategię: najpierw znaleźć reżysera, a potem razem szukać producenta. Więc najpierw Robert znalazł Janka. Obaj mają tą samą agentkę: Iwonę Ziułkowską-Okapiec. I to ona zadzwoniła do mnie podejrzewając, że mogę się z nimi dogadać, a dodatkowo jako producent-prawnik z wykształcenia rozstrzygnąć wszystkie problemy prawne. Podejrzewała słusznie.

• Z czym są największe trudności? 

- Chyba z odtworzeniem świata, którego już nie ma. Jestem ciekaw, czy widzowie będą sobie zdawać sprawę z tego jak bardzo ta pozornie kameralna opowieść jest naszpikowana efektami specjalnymi. Niemal każda scena powstaje z udziałem CGI (obrazy generowane komputerowo - przyp. red.). Polska diametralnie się zmieniła przez ostatnie 20-30 lat. Dziś bardzo ciężko jest wiernie oddać realia z lat 80., czy 90. Zwłaszcza, jeżeli mamy do czynienia z materią, którą wiele osób zna, bo jest dostępna w internecie.

• To debiut fabularny reżysera. Nie bał się pan, że film, na który wielu czeka, robi debiutant? 

- Ani ja się tego nie bałem, ani widocznie eksperci PISFu, czy koproducenci. Jan P. Matuszyński nakręcił jeden z najbardziej nagradzanych polskich dokumentów ostatnich lat, „Deep Love”. Ja osobiście odbieram ten film jako dokumentalny thriller fabularyzowany. Po tym filmie widać jak utalentowanym jest reżyserem. Swoją drogą byłem świeżo po obejrzeniu „Deep Love” kiedy dostałem propozycję spotkania się z Jankiem. Widziałem film na Krakowskim Festiwalu Filmowym i pomyślałem, że warto byłoby współpracować z tym reżyserem. Na drugi dzień zadzwoniła do mnie Iwona. Nieprawdopodobny zbieg okoliczności.

• W materiałach prasowych przeczytałam, że „film wykracza poza ramy klasycznej biografii”.

- Historia obejmuje lata 1977-2005, od momentu kiedy Tomek przeprowadza się do swojego mieszkania, aż do śmierci Zdzisława. Ale nie pokazujemy tylko poszczególnych etapów życia bohaterów; sukcesów Zdzisława, kroków w karierze Tomka. Ważniejsze są relacje rodzinne niż kolejne etapy biografii. Kluczowy jest też sposób opowiadania: bardzo blisko postaci. Widz będzie miał poczucie bycia w epicentrum życia tej rodziny.

• „Muzyka, której do tej pory nie było w polskim kinie”. To z konferencji prasowej 

- I nic więcej nie powiem.

• A może jednak? 

- Ten film jest bardzo mocno osadzony w popkulturze. Obaj - zarówno Zdzisław, jak i Tomek Beksińscy - mieli olbrzymi wpływ na rozwój popkultury w naszym kraju i są jej symbolami. Malarstwo Beksińskiego było np. inspiracją do strony wizualnej hollywoodzkiej produkcji „Łowca czarownic” z Vinem Dieselem, który wszedł właśnie do polskich kin. Z kolei Tomek to osoba, która kształtowała gusta muzyczne współczesnych 30-40 latków. Po raz pierwszy „puszczał” wielu zachodnich artystów na antenie radiowej Trójki. Niewątpliwie tej muzyki w tym filmie musi być dużo, chociaż nie zawsze będą to oczywiste cytaty. Jego muzycznych fascynacji było wiele, nie trzeba brać tych kilku najpopularniejszych utworów, można sięgnąć głębiej.

• Aurum Film wypływa na szerokie wody.

- Jesteśmy pierwszą firmą z Lublina, której udało się dostać dotację z PISF na produkcję filmu fabularnego: najpierw na produkcję filmu „Carte blanche”, a teraz 3 miliony zł na „Ostatnią Rodzinę”. Firma funkcjonuje już od dawna, zakładałem ją ze swoimi wspólnikami - Moniką Kokoszką i Pawłem Zającem - jako spółkę doradczą. W pewnym momencie ze środków unijnych kupiliśmy sprzęt filmowy. Dla mnie to było coś szczególnego, bo przez długi czas przygotowywałem się do tego, by zająć się filmem. Częściowo uczyłem się produkcji sam, częściowo na studiach podyplomowych. Widziałem w swoim życiu tysiące filmów, a możliwość ich produkowania i sprawiania, że powstają, to realizacja marzeń. Ale odkąd zacząłem zajmować filmami, to mniej ich oglądam. Mam mało czasu. Taki paradoks.

Kolejna rzecz, która mnie zawsze fascynowała to dystrybucja filmowa. To trudna strefa kina, ciężka do zrozumienia. Jest mnóstwo zagadek skrzętnie skrywanych przez ludzi, którzy tę wiedzę mają. A tak naprawdę to właśnie od dystrybucji zależy to, co się z filmem dzieje. Wyprodukować to jedno, a sprawić by ludzie go obejrzeli, to coś całkiem innego. Żeby produkować filmy w naszym kraju, trzeba to naprawdę uwielbiać: inaczej można mieć duże wątpliwości czy to ma sens. Większość polskich filmów się nie zwraca. Poświęca się dwa, trzy lata swojego życia na coś, co może się okazać kompletnym niewypałem. To bardzo ryzykowny biznes. Można się bardzo łatwo wywrócić, na każdym poziomie. Tworzenie struktury finansowania filmu fabularnego to strategiczne zadanie. Jest wiele bardzo nieprzyjemnych historii producentów, których dużo to kosztowało: i zdrowia, i pieniędzy. Ale na szczęście są też sukcesy i do nich trzeba dążyć.

Oczywiście wielkim wsparciem dla polskich producentów jest PISF. Ale PISF pokrywa tylko jakąś część budżetu. Np. przy „Ostatniej Rodzinie” mamy 3 mln zł z PISF, ale równie istotne było, skąd wziąć pozostałe 3 miliony?

• Właśnie, skąd? 

- Trzeba szukać, rozmawiać, pozyskiwać partnerów, namawiać ich. Po prostu zgarniać pieniądze na rynku. A z tym jest różnie. Wiele zależy od projektu i innych czynników, łącznie ze zdolnością przekonywania ze strony producenta. Przy „Ostatniej Rodzinie” jest HBO Europe, które rzadko finansuje produkcje polskich filmów fabularnych, w zasadzie robią to tylko wtedy, gdy czują, że mogą z pełnym przekonaniem dać przy projekcie swoje logo jako stempel jakości. Pozyskaliśmy też dofinansowanie z Mazowieckiego Funduszu Filmowego. Ważnym wsparciem jest dla nas dystrybutor Kino Świat. W projekcie jest również firma postprodukcyjna Lightcraft. Stopień skomplikowania efektów jest tak duży, że od początku chciałem, aby firma postprodukcyjna była koproducentem filmu i traktowała ten film też jak swoje dziecko.

• Łatwiej było znaleźć środki na „Ostatnią Rodzinę” niż na „Carte Blanche”? 

- Łatwiej. Mimo, że ten film jest dużo droższy, „Carte Blanche” miał budżet ponad 4 mln, ten ma prawie 6. Na pewno nazwisko Beksińskiego rozpala wyobraźnię. Wiele osób chce się czegoś o nim dowiedzieć i zobaczyć tę historię na ekranie. To naturalne. Ale były też takie instytucje, które się tego filmu bały. Bo Beksińscy budzą emocje. Różne. Niektórym kojarzy się pozytywnie, a inni myślą „to ta mroczna rodzina” i z góry ten projekt odrzucają. A ta historia może nie jest zabawna, ale pełna niesamowitego poczucia humoru, które postaci niosą ze sobą. Mimo, że zmierzają ku niezbyt przyjemnemu - mówiąc eufemistycznie - końcowi. Na spotkaniu dla dystrybutorów zagranicznych, którzy zresztą już się interesują tym filmem, powiedziałem, że robimy coś w rodzaju kombinacji „Fanny i Alexander” z „Rodziną Addamsów” (śmiech). To uproszczenie, ale czasem niezbędne.

• Jaki to gatunek? 

- Dramat, ale nie tak ponury czy mroczny jak niektórzy myślą.

• Nie korzystacie z greenscreena na hali. Czego używanie w zamian?

- Najnowszej generacji projektorów do przedniej projekcji. To rzecz kompletnie innowacyjna. Nikt tego w Polsce nie robił w taki sposób, z zastosowaniem dokładnie takich rozwiązań i na taką skalę. Duża część filmu dzieje się w mieszkaniach Beksińskich. Wiadomo, że za oknem musiały być widoczne ulice z poszczególnych dekad. W dodatku ten krajobraz musiał się przez 28 lat zmieniać. A przecież nie wybudujemy osiedla lat 70., 80. i 90. W takich sytuacjach na hali stosuje się greenscreeny, a potem wkluczowuje się tło. Wydłuża to bardzo proces postprodukcji, a na planie jest nieodzowne wrażenie sztuczności. Wszyscy udają, że jest coś za oknem, a tam jest tylko zielona płachta.

Operator, Kacper Fertacz, wdrożył pomysł, by zastosować przednie projekcje. Kiedy usłyszałem z czym to się wiąże, to zbladłem. To dość skomplikowana technologia. Nowoczesne i bardzo głośne projektory wyświetlają na wielki ekran obraz, który jest za oknem. Powstaje on wcześniej w firmie postprodukcyjnej, na bazie archiwaliów, zdjęć, itd. Największy był problem z głośną pracą projektorów. Podczas prób zagłuszały dźwięk na planie. Z kolei zabudowane szybko się nagrzewały i mogły pracować tylko pół godziny, a nie 12.

Wydało się, że to nie do zrobienia, chociaż wiedzieliśmy, że ta technologia została ostatnio użyta w Hollywood przy filmie „Niepamięć” z Tomem Cruisem. U nas też już przy pierwszych testach było wiadomo, że przednia projekcja daje wizualnie efekt absolutnie niesamowity. W końcu projektory zawisły nad scenografią. Gdyby spadły to zniszczyłyby dekoracje zbudowane za kilkaset tysięcy złotych. Z dźwiękiem też sobie na szczęście poradziliśmy.

• Duże jest zainteresowanie tym filmem? 

- W Polsce ogromne, jak się już przekonaliśmy. Mieliśmy dzień dla mediów, było więcej chętnych niż mogliśmy wpuścić. I cały czas chcą przyjść na plan. Gdy opublikowaliśmy pierwsze zdjęcia aktorów w charakteryzacji to ten post na Facebooku zobaczyło ponad 100 tysięcy ludzi. Zaczynamy czuć dużą presję.

• Plany na przyszłość? 

- Razem z moją obecną wspólniczką, Anetą Hickinbotham, po „Ostatniej Rodzinie” będziemy produkować ekranizację nagrodzonej NIKE powieści Joanny Bator „Ciemno, prawie noc” w reżyserii Borysa Lankosza. Zdjęcia będą realizowane w przyszłym roku, głównie na Dolnym Śląsku. Mam nadzieję wkrótce jednak wrócić do Lublina. W 2017 r. chciałbym zrealizować tu nowy projekt z Rafaelem Lewandowskim, twórcą nagradzanego „Kreta”. Na pewno będzie budził emocje. To opowieść o gniewie młodych ludzi. Dotyczy także rodzącego się buntu antysystemowego polskiej młodzieży i ekstremizmów, które się z tym wiążą. Myślę, że ten film będzie dużym wydarzeniem. Mam nadzieję, że Lublin przyjmie nas ponownie z otwartymi ramionami. W drugiej połowie listopada chcemy przyjechać tu razem z Rafaelem i współscenarzystą Jarosławem Kamińskim na dokumentację.

• Czego szukacie? Plenerów? 

- Szukamy raczej pewnych osób, które mogą nam pomóc przy pracach nad scenariuszem.

• Lublin to jego pomysł, czy pana? 

- Razem stwierdziliśmy, że film powinien być kręcony we wschodniej Polsce i to właśnie tutaj, w Lublinie. „Carte Blanche” zrobiło wiele dobrego dla Lublina, ale myślę, że nadszedł dla tego miasta taki czas, że już nie musi promować się tylko przez efektowne obrazki ze Starego Miasta. Kraków dofinansował „Pod Mocnym Aniołem” Wojtka Smarzowskiego, mimo że film pokazuje miasto jako rynsztok. Ale w pewnym momencie jest tak, że miasto zaczyna być znane z tego, że wspiera wysokiej jakości artystyczne kino, a nie filmy, które mają tylko promować je wizualnie. Promocja poprzez artystyczną jakość działa bardzo dobrze.

• Od kilku lat w Lublinie funkcjonuje Lubelski Fundusz Filmowy. Z pana punktu widzenia: w obecnej formule i wysokości to się sprawdza? 

- Funduszy regionalnych jest coraz więcej, w całej Europie. Każdy chyba zdaje sobie sprawę z tego, że film jest tą formą sztuki, która przynosi ogromne, często wręcz niemierzalne i długotrwałe korzyści. Tylko, że jednocześnie każdy chciałby za małe pieniądze mieć promocję wartą miliony. Trzeba pamiętać, że każdy wyjazd ekipy poza Warszawę, a zdecydowana większość filmowców jest z Warszawy, kosztuje. Więc jeśli w jakimś regionie zdjęcia kosztują dużo więcej niż region jest w stanie zrefundować, to zaczyna się kalkulacja czy warto tam jechać? Kalkulują Amerykanie, więc to oczywiste, że kalkulują też polscy producenci. Oczywiście nigdy nie jest tak, że region zwraca 100 proc. kosztów wydanych u siebie: to by z kolei nie miało sensu dla regionu, bo przecież chodzi też o to, żeby filmowcy zostawili jakieś pieniądze na danym terenie. To się po prostu musi opłacać obu stronom.

W przypadku sukcesu filmu wartość promocyjna jest olbrzymia. Ile Chorwacja zyskała na tym, że był tam realizowany serial „Gra o tron”? Jak wielkie znaczenie dla Pragi miało osadzenie tam akcji „Amadeusza” czy pierwszej części „Mission: Impossible”? To oczywiście pytania retoryczne. Do dziś zresztą jest w USA moda na Pragę. Chociaż nie bez znaczenia w tej kwestii są ulgi finansowe dla zagranicznych filmowców, które w Polsce nie istnieją.

Lublin ma ogromny potencjał, więc dobrze byłoby, by Lubelski Fundusz Filmowy dalej się rozwijał i miał coraz większy budżet, porównywalny chociaż z niektórymi funduszami w Polsce. Mam nadzieję, że jest na dobrej drodze i kibicuję pod tym względem Lublinowi, bo powinien cały czas odznaczać się na polskiej mapie filmowej. Jestem pewny, że to się miastu bardzo szybko zwróci w pieniądzach, które w tym mieście zostawią filmowcy i turyści. A „Carte Blanche” i Lublin zobaczył już niemal cały świat. Film był pokazywany m.in. w Brazylii, Austrii, Peru, Czechach, Francji, USA, Chinach, Tajwanie i wielu innych państwach. To chyba niesamowita promocja, prawda?

• Carte Blanche się podoba? 

- Tak, zdecydowanie. Najlepszym tego dowodem jest Grand Prix w Szanghaju, na festiwalu klasy A i wiele innych nagród na innych festiwalach, ostatnio w Sao Paulo. No i lubelskie trolejbusy zrobiły furorę: często widzowie o nich mówią.

Premiera filmu “Ostatnia Rodzina” jest planowana na jesień 2016 r

SANOK, SŁUŻEW, SANOK

Rodzina Beksińskich od pięciu pokoleń związana była z Sanokiem. Pradziadek Zdzisława, w latach 40. XIX wieku założył Zakłady Kotlarskie, które dały początek fabryce wagonów i autobusów Autosan. Dziadek Władysław był architektem miejskim. Po studiach architektonicznych Zdzisław, razem z żoną Zofią mieszkał w Krakowie, Rzeszowie i w Sanoku, gdzie w 1952 r. urodził się ich syn Tomasz. Beksiński był plastykiem w Autosanie, opracowywał stylistykę prototypowych autobusów i mikrobusów. Rodzina wyjechała z miasta latem 1977 r., gdy miasto zdecydowało o rozbiórce ich rodzinnego domu przy ulicy Jagiellońskiej.

Zamieszkali w M-5 w bloku przy ul. Sonaty na warszawskim Służewiu razem z matkami Zdzisława i Zofii. Wszyscy w tym mieszkaniu zmarli: najpierw obie matki, potem Zofia (w 1998 r.). Rok później w mieszkaniu obok Tomek popełnił samobójstwo. W nocy z 21 na 22 lutego 2005 roku, na kilka dni przed swymi 76. urodzinami Zdzisław Beksiński został zamordowany. 19-letni mieszkaniec Wołomina Robert K. zadał malarzowi 17 ciosów nożem. Został skazany na 25 lat więzienia, a jego 16-letni kuzyn, który pomagał zatrzeć mu ślady zbrodni, na 5 lat. Dzień pogrzebu Zdzisława był w Sanoku oficjalnym dniem żałoby.

Cały swój dorobek artystyczny Beksiński zapisał w testamencie Muzeum Historycznemu w Sanoku. Po śmierci artysty oprócz obrazów, grafik i zdjęć muzeum dostało także mieszkania, lokaty bankowe, listy i filmy dokumentujące życie rodziny.

Plan zdjęciowy
Plan zdjęciowy
Reżyser Jan P. Matuszyński i operator Kacper Fertacz
Reżyser Jan P. Matuszyński i operator Kacper Fertacz
Gość
(1) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Gość
Gość (11 listopada 2015 o 07:35) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
a kiedy będzie o kieliszkach
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (1)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!