niedziela, 22 stycznia 2017 r.

Magazyn

Pacyfikacja WSK Świdnik. "Strzelali nad naszymi głowami"

Dodano: 16 grudnia 2011, 15:42

Wiec załogi zebranej przed biurowcem. Przemawia dyr. Jan Czogała, za nim Andrzej Sokołowski<br />
 (Sławom
Wiec załogi zebranej przed biurowcem. Przemawia dyr. Jan Czogała, za nim Andrzej Sokołowski
(Sławom

Noc z 12 na 13 grudnia 1981 roku. Do mieszkania Urszuli Radek, technologa z WSK Świdnik, pukają jej koledzy z pracy: Leszek Świderski i Bronisław Sołek. Są przerażeni, w Świdniku rozpoczęły się brutalne aresztowania członków zakładowej "Solidarności”.

– Zaczęliśmy obdzwaniać ludzi i ich ostrzegać – opowiada Urszula Radek. – Zadzwoniliśmy też do dyrektora Jana Czogały: dyrektorze, aresztowali naszych ludzi z "Solidarności”. Co robić?

– Decyzja była natychmiastowa: idziemy do fabryki – wspomina Jan Czogała, ówczesny dyrektor naczelny WSK Świdnik.

"Wasze miejsce jest w zakładzie”

Niedziela, 13 grudnia, godzina 3 nad ranem. W zakładzie jest już kilkaset osób, zaczynają się przygotowania do strajku okupacyjnego. Wyje syrena, ludzie budują barykadę. Powstaje Komitet Strajkowy.

Rano mieszkańcy Świdnika tłumnie gromadzą się w kościele parafialnym pw. Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła. Podczas mszy przekazują sobie informacje o aresztowaniach i strajku, który rozpoczął się w WSK. – Wasze miejsce jest w zakładzie – mówi do wiernych ksiądz Jan Hryniewicz.

Do fabryki ściągają kolejne osoby. Komitet Strajkowy przejmuje kontrolę nad zakładem. Trwa umacnianie barykady, na dachach hal pracownicy tworzą stanowiska obserwacyjne z krótkofalówkami. Przed główną bramą staje nagłośnienie.

– Byliśmy zdeterminowani. To miał być nasz bierny protest przeciwko bezprawnemu wprowadzeniu stanu wojennego i pogwałceniu praw ludzkich – mówi Urszula Radek.

Lądowanie

Po godzinie 13 na zakładowym lotnisku ląduje 9 wojskowych helikopterów. Wojsko próbuje wejść na teren zakładu. Pułkownik Grzegorczyk informuje o decyzji militaryzacji WSK i rozkazie "zabezpieczenia” zakładu. Strajkujący nie wpuszczają wojska do zakładu, ale lokują ich na terenie obiektów sportowych klubu Avia. – Było bardzo zimno, żołnierze nie byli przygotowani na takie mrozy – opowiada Urszula Radek. –Wskazując im miejsce, gdzie mogą się zatrzymać, pokazaliśmy, że nie jesteśmy do nich wrogo nastawieni. Ale o wejściu wojska do zakładu mowy być nie może.

Kilka pracownic fabryki idzie na spotkanie z płk. Grzegorczykiem. Pytają o los aresztowanych kolegów, zapewniają o pokojowych zamiarach załogi. Grzegorczyk odpowiada: Ja tu jestem, żeby wykonać rozkaz.
Do WSK przyjeżdżają lubelscy działacze "Solidarności”, którym udało się uniknąć internowania. W zakładzie tworzą siedzibę Regionalnego Komitetu Strajkowego, jego przewodniczącym zostaje Norbert Wojciechowski.

– Ściągnęli do nas związkowcy z różnych zakładów pracy z Lublina – mówi Andrzej Sokołowski, przewodniczący Komitetu Strajkowego w WSK Świdnik. – Świdnik stał się centrum dowodzenia "Solidarności” na cały region.

W zakładzie jest już kilka tysięcy osób. Komitet Strajkowy WSK podejmuje decyzję: ludzie nie opuszczą fabryki. Do domu mogą wrócić tylko kobiety.

Dyrektor: Jestem z wami

Poniedziałek, 14 grudnia, godzina 7 rano. Załoga jest w komplecie. Rozpoczyna się wiec przed biurowcem, przemawia dyrektor Jan Czogała: Powiedziałem ludziom, że zostaję z nimi, że inaczej być nie może.

Skutki tej decyzji mogą być bardzo poważne; Czogała jest pułkownikiem wojska polskiego. – Stając po stronie załogi i nie wpuszczając wojska do zakładu, odmówiłem wykonania rozkazu. Wiedziałem, że grozi mi za to sąd wojskowy i wyrok śmierci. Ale nie mogłem inaczej. Postąpiłem w zgodzie ze swoim sumieniem. Kapitan nie opuszcza swojej załogi.

O godz. 15 nadany zostaje rządowy komunikat o zmilitaryzowaniu zakładu. – Usłyszeliśmy przez radio, że od teraz obowiązuje nas prawo wojenne. I że tylko my strajkujemy, inne zakłady pracują normalnie. A w związku z tym konsekwencje naszego protestu będą bardzo poważne – wspomina Zygmunt Kosiorkiewicz, technolog w WSK Świdnik. – Jak to odebraliśmy? Jak próbę zastraszenia, złamania nas. Więc jeszcze mocniej trzymaliśmy się razem.

Nocą pod zakład podjeżdżają czołgi. Jadą przez całe miasto, atmosfera grozy narasta. – Słychać było jeden chrzęst metalu – mówi Kosiorkiewicz. – Potem padły strzały. Strzelali nad zakładem, nad naszymi głowami. Położyłem się na styropianie, nakryłem kurtką. Nie zmrużyłem tej nocy oka.



Z Kroniki JednostkiWojsk Obrony Wewnętrznej Ziemi Lubelskiej:

15 grudnia udała się w celach propagandowych pod WSK Świdnik kolumna wojskowa w składzie 4 czołgi oraz 10 samochodów ciężarowych z 200 żołnierzami jednostki. Po przekazaniu kilkunastu apeli do robotników zawrócono spowrotem (pisownia oryginalna).

(...) Ta sama kolumna podjechała ponownie pod WSK Świdnik i znowu perswadują o zaprzestanie strajku lecz bezskutecznie. Wobec nie zastosowania się do żądań władz o zaniechanie dalszego strajku zaplanowana została na godziny nocne akcja wojskowa milicyjna.


Otoczeni

Wtorek, 15 grudnia, godzina 7. Ludzi idących do zakładu zatrzymują pod bramą kordony wojska. W południe Komitet Strajkowy spotyka się z płk. Grzegorczykiem, prokuratorem wojskowym, wojewodą lubelskim i naczelnikiem miasta. Władze namawiają do zakończenia strajku. Rozmowy kończą się fiaskiem.

– Regionalny Komitet Strajkowy zaapelował do żołnierzy o nieużywanie siły przeciw swoim rodakom – wspomina Urszula Radek. – Baliśmy się, że może dojść do rozlewu krwi. Napięcie rosło z każdą godziną.

W wieczornym Dzienniku Telewizyjnym minister przemysłu informuje o zdymisjonowaniu dyrektora Jana Czogały. Na rozkaz generała Piroga z WRON, dyrektor ma natychmiast stawić się w Lublinie. Andrzej Sokołowski wpada na pomysł "internowania” Czogały przez Komitet Strajkowy. – Musieliśmy ratować dyrektora, bo wiedzieliśmy, że grozi mu nawet wyrok śmierci. To był szatański plan, blef, który "sprzedaliśmy” płk. Ordzie, by myślał, że jesteśmy z Czogałą po dwóch stronach barykady – wyjaśnia Sokołowski. – Ja wystawiłem nawet oficjalne pismo o internowaniu dyrektora. To uchroniło go przed konsekwencjami, które mogły być dramatyczne.

Wieczorem do Komitetu Strajkowego dociera informacja o planowanym nocnym ataku na zakład. Po północy teren zakładu zostaje otoczony przez czołgi i pojazdy opancerzone.

Z Kroniki:

O godzinie 22 odbyła się w Sztabie Pułku odprawa, o godzinie 23 poszczególne pododdziały zaczęły opuszczać rejon jednostki kierując się do Świdnika. Przed godziną pierwszą 16 grudnia czoło kolumny podjechało pod bramę zakładu zkąd (pisownia oryginalna) przez radiowęzeł zwrócono się z apelem do strajkujących robotników o zaprzestanie strajku i opuszczenie zakładu pracy. Komitet strajkowy odmówił pertraktacji. Po tym przystąpiono do działania. Żołnierze poszczególnych jednostek otoczyli zakład tworząc kordon w odległości 50 metrów od ogrodzenia w odstępie do 10 kroków jeden od drugiego, z tyłu na nimi utworzono kolejny kordon z kadry zawodowej. Celem wspomnianego działania było uniemożliwienie dostępu mieszkańców miasta do zakładu pracy. Uczestniczące w akcji 10 czołgów zrobiły przejścia w ogrodzeniu i wycofały się poza mur. Wykonanymi przejściami weszły na teren zakładu pododdziały ZOMO i SB.

Bez nienawiści

Noc z 15 na 16 grudnia. Tuż przed godziną 1 zaczyna wyć syrena – to znak dla mieszkańców Świdnika, że zaczęła się pacyfikacja WSK. Żony i dzieci strajkujących, nie bacząc na godzinę milicyjną, ściągają tłumnie przed bramę zakładu. Tu zatrzymuje ich ZOMO, zaczyna się szarpanina, w ruch idą pałki i gaz łzawiący. Po całym mieście maszerują zomowcy.

Czołgi podjeżdżają pod mur zakładu. Przebijają go w kilku miejscach. Na teren zakładu wpadają zomowcy.

Pracownicy biorą się za ręce i śpiewają pieśni patriotyczne. – Postanowiliśmy pokazać, że nie ma w nas nienawiści, więc na znak pojednania oddelegowaliśmy z grupy technologów pracownicę z wiązanką goździków – wspomina Urszula Radek. – Rozwścieczeni żołnierze zdeptali kwiaty i gdyby nie obrona kolegów spałowaliby dziewczynę.

W stronę robotników lecą petardy z gazem łzawiącym i dymem. Pada seria z ostrej amunicji.

Nie strzelajcie

Do budynków WSK wpada ZOMO, pracownicy rozpierzchają się po całym zakładzie. – Hydrantem wybili szklaną ścianę w elektrociepłowni i rzucili się szukać ludzi po pokojach. Byli rozjuszeni, skakali na drzwi, demolowali pomieszczenia, niszczyli sprzęty. Mieli w oczach jakieś szaleństwo, jakby byli pod wpływem środków odurzających – wspomina Kosiorkiewicz. – Ja razem z ludźmi uciekłem do sterowni, miałem na sobie kufajkę i kask na głowie, żeby mniej bolało, jak będą bili. Stanąłem przed zomowcami, rozłożyłem ręce i mówię, że chcę rozmawiać z oficerem. Wyszedł jakiś pułkownik, a ja mu tłumaczę: "Nie strzelajcie, tu jest elektrociepłownia, wystarczy iskra, żeby to wszystko wybuchło. My tu pracujemy, nie chcemy się z nikim bić…” Popatrzył na mnie błędnym wzrokiem, zza jego pleców wylecieli zomowcy. I dawaj nam spuszczać łomot. Łapali ludzi pod pachy, ciągnęli po podłodze i pałowali, pałowali…

Z Kroniki:

Pododdziały ZOMO otoczyły bezpośrednio miejsce strajkujących robotników tj. salę produkcyjno-montażową, zaś pododdziały specjalne wyposażone w pistolety do strzelania pociskami gazowymi, tarcze, maski, kaski ochronne i pałki weszły do pomieszczeń strajkujących robotników. Dowódca pododdziału tej grupy wezwał strajkujących do opuszczenia zakładu pracy. Robotnicy odmówili, wzięli się pod ręce tworząc zwarty pierścień rozpoczęli śpiewać hymn państwowy. Po jego zakończeniu milicja ostrzelała sale pociskami gazowymi. Robotnicy zaczęli pospiesznie opuszczać zakład. W stosunku do odmawiających wyjścia i stawiających opór milicja użyła pałek gumowych. Po tych działaniach robotnicy opuścili zakład i udali się do domów. Organizatorzy strajku zostali aresztowani.


Wyprowadzeni

16 grudnia, godzina 4 rano. Pierwsi pracownicy zostają wyprowadzeni z zakładu. "Wyprowadzenie” trwa cały dzień. 40 osób zostaje od razu aresztowanych, cześć jest wywieziona do Lublina na przesłuchanie. Wśród aresztowanych jest dyrektor Jan Czogała.

Reszta idzie do miasta w szpalerze wojska ustawionym aż do przejścia przy torach.

Zakład jest kompletnie zdemolowany. – Powywalane drzwi, porozbijane szklane ściany, zniszczone ogrodzenie, meble, sprzęty, maszyny. Żal było patrzeć. Wyglądało to jak po wojnie – mówi Kosiorkiewicz. – Jeszcze przez wiele dni w czuć było gaz i dym.

Z Kroniki:

Po odblokowaniu zakładu Służba Bezpieczeństwa przeprowadziła szczegółową rewizję. Zatrzymano kilkunastu działaczy komisji krajowej Solidarności, wielu członków KPN i KSS KOR. W zakładzie znaleziono duże zapasy żywności i słodyczy oraz napojów alkoholowych pochodzenia zagranicznego, jak też duże ilości sprzętu radiotechnicznego i poligraficznego.

W działaniach tych nikt tak z żołnierzy, funkcjonariuszy MO lub osób cywilnych nie dostał poważniejszych obrażeń.


W kanale

Nie wszyscy opuszczają zakład. Alfred Bondos, współzałożyciel "Solidarności” w WSK Świdnik, od 16 grudnia ukrywa się w zakładzie po brawurowej ucieczce przed milicją. Gdy nocą 13 grudnia do drzwi jego mieszkania zapukali funkcjonariusze, wyskoczył z balkonu z II piętra. Mimo skręconej nogi, udało mu się dotrzeć do zakładu. W WSK włącza się w prace Komitetu Strajkowego, pisze odezwy do ludzi. Jest dobrym duchem strajku. – Nawoływałem przez radiowęzeł do biernego oporu. Bałem się rozlewu krwi, balansowaliśmy naprawdę na cienkiej linie – mówi Bondos.

Od 16 grudnia przez kolejne cztery miesiące Bondos ukrywa się w kanale ciepłowniczym. Żyje w prymitywnych warunkach, bez światła, ogrzewania, kontaktu z ludźmi. Wciąż pisze odezwy do ludzi. W domu czeka na niego żona z dwójką dzieci. Dostaje od nich listy, które przemyca do kanału hydraulik Janek Borysiuk.

Nie przekroczyć granicy

Alfred Bondos wrócił do domu dokładnie po roku, 16 grudnia 1982 roku: Nasza mądrość poległa na tym, że pokazaliśmy swoją jedność i siłę, ale nie daliśmy się pozabijać, nie polała się krew. Tak, mogę dziś powiedzieć, że wtedy zwyciężyliśmy. I to było najlepsze, bo bezkrwawe zwycięstwo.

Andrzejowi Sokołowskiemu udało się uciec przy wyprowadzaniu z zakładu. Ukrywał się przez następnych 9 miesięcy. – Oni przyjechali do nas jak na wojnę. To, że nikt nie zginął, zawdzięczamy tylko sobie. Mieliśmy świadomość naszej siły jako załoga, ale też poczucie odpowiedzialności, że nie możemy przekroczyć granicy. Tą granicą było ludzkie życie.

Jan Czogała po pacyfikacji WSK Świdnik trafił do milicyjnego aresztu przy ulicy Północnej w Lublinie. Stamtąd do aresztu wojskowego.

– To, co najgorsze, było dopiero przede mną: podsłuchy, szykany, służby specjalne… Konsekwencje swojej decyzji o pozostaniu ze strajkującą załogą w WSK Świdnik ponoszę od 30 lat. Ale nigdy – podkreślam – nigdy jej nie żałowałem.


Źródła: Piotr R. Jankowski, "Kartki z historii Świdnika”, Wydawnictwo Olech, Świdnik 2009 r.
Wspomnienia Urszuli Radek, zgodnie z rękopisem opracowanym dla Radia Wolna Europa, 1982 r.
Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej odział Lublin (Kronika Jednostki Wojsk Obrony Wewnętrznej Ziemi Lubelskie)

Czytaj więcej o:
marek
Gość
GOŚĆ
(6) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

marek
marek (19 grudnia 2011 o 14:39) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Mój teść mieszkaniec Lublina, przybył do pracy w WSK ,mimo że był chory przyłaczył się do kolegów>Po rozbiciu starjku przez kilka dni błąkał sie po ulicach Świdnika, korzystał z gościny mieszkańców którzy nie abli się otworzyć swoich drzwi i zaprosić na gorącą herbatę. TO ,ze zomo było pod wpływem jakiś narkotyków lub innych środsków, to fakt.Jeden z nich mieszkanie lublina wyciągnął do mnie pistolet jak stanąłem w obronie załogi, a on wówczas wrócił ze świadnika jakis dziwnie "naćpany" .Jego zona dała mu po prostu w pysk.....
Rozwiń
Gość
Gość (19 grudnia 2011 o 09:16) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
[quote name='GOŚĆ' timestamp='1324281824' post='572478']
i jak jest napisane bylo kilka tysiecy ludzi
a teraz ile osob tam pracuje dzieki wam??????????

i komu te bajki ze wszyscy stali pokojowo????
akurat moj szwagier tam byl z wami i opowoadal jacy byliscie pokojowi
[/quote]
Twój szwagier powinien za to dychę dostać.
Rozwiń
GOŚĆ
GOŚĆ (19 grudnia 2011 o 09:03) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
i jak jest napisane bylo kilka tysiecy ludzi
a teraz ile osob tam pracuje dzieki wam??????????

i komu te bajki ze wszyscy stali pokojowo????
akurat moj szwagier tam byl z wami i opowoadal jacy byliscie pokojowi
Rozwiń
neswój
neswój (19 grudnia 2011 o 07:59) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Staliście się sławni i istniejecie u tych co nie byli dawno ich nie ma.
Rozwiń
naj
naj (18 grudnia 2011 o 21:42) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
A potem była Fabryka Samochodów Ciężarowych i Lubelskie Zakłady Naprawy Samochodów w Lublinie. Tam też nie było ofiar bezpośrednich ale ile tragedii z powodu aresztowań, internowań, wcieleń do "niby" wojska.
Pamiętamy nie zapomnimy nigdy a sprawcom po chrześcijańsku wybaczamy.
Jeden z wielu pokrzywdzonych.
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (6)

Pozostałe informacje

Alarm 24