czwartek, 8 grudnia 2016 r.

Magazyn

Po dwóch stronach barykady

Dodano: 13 grudnia 2001, 18:28

13 grudnia 1981 r., godz. 17, ulica Królewska w Lublinie - pacyfikacja Zarządu Regionu Środkowowscho
13 grudnia 1981 r., godz. 17, ulica Królewska w Lublinie - pacyfikacja Zarządu Regionu Środkowowscho

13 grudnia 1981 roku ogłoszono w Polsce wprowadzenie stanu wojennego. Wielu Polaków sięgnęło tamtego ranka po encyklopedię, by sprawdzić, co oznacza hasło "stan wojenny”.
Oznaczało przede wszystkim ogromny strach. Patrole na ulicach, opancerzone wozy bojowe na rogatkach, kontrolowane rozmowy telefoniczne, aresztowania - tak wyglądał nasz kraj przed dwudziestoma laty. Stan wojenny zapisał kolejną stronę polskiej historii. Historii pełnej dramatycznych chwil, okupionej krwią. Historycy do dzisiaj są podzieleni w ocenie stanu wojennego. Jak dziś - po tylu latach - wspominają ten okres ludzie, którzy wówczas stali po obydwu stronach barykady?
Witold Zawadzki jest byłym milicjantem w randze majora. Pracował w Komendzie Wojewódzkiej. Miał wgląd w tajne dokumenty operacyjne milicji. Obecnie emeryt. Mieszka w Lublinie.
Julian Sekuła - młodszy inspektor policji, przewodniczący Zarządu Wojewódzkiego NSZZ Policjantów
w Lublinie. W 1981 roku wydalony ze służby w milicji. W stanie wojennym przebywał w Stoczni im. Warskiego w Szczecinie, gdzie prowadził głodówkę. Od 1990 roku w policji.

Rozkaz - polać i rozpędzić!

• Jakie były nastroje w milicji na krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego?
- Powstanie "Solidarności” przyjąłem z ogromnym entuzjazmem. Miałem wgląd w dokumenty, które zawierały ocenę sytuacji i nastrojów społecznych w regionie. Według tych dokumentów "Solidarność” nie chciała zmiany ustroju, jak wielu sądziło. Chciała zmiany sposobu zarządzania i poprawy bytu społeczeństwa. Niestety, wraz z upływem czasu zmienił się ton, a także treść rozmów "Solidarności” z rządem. Wkrótce dowiedziałem się, że wysiłki "Solidarności” wspierane są m.in. przez CIA. "S” stała się częścią polityki USA w ramach planu tzw. rozmiękczania socjalizmu. Potwierdził to później prof. Zbigniew Brzeziński, a także Peter Schweizer w książce "Victory, czyli zwycięstwo”.
W lubelskiej Komendzie Wojewódzkiej podjęto próby założenia "S”. Było to robione nieudolnie. W zarządzie znalazło się wielu nieudaczników, którzy dzięki "S” mogli się wybić. Dochodziło do absurdalnych sytuacji, jak np. żądanie, że warunkiem przyjęcia do "S” jest stopień podoficerski.
• Jak pan przyjął wprowadzenie stanu wojennego?
- Dostałem zawału. Stres był tak ogromny, że serce nie wytrzymało. Byłem wówczas na stanowisku starszego inspektora wydziału inspekcji Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Lublinie. Byłem członkiem partii (Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej - red.). Nie wstąpiłem do niej dla kariery. To często powtarzana bzdura przez ludzi, którzy nie mają innych argumentów w rzetelnej ocenie tamtych czasów. Przez 17 lat byłem w randze majora i mnie nie awansowano. Fakt przynależności do partii w niczym nie pomagał. Do PZPR należało ponad 90% milicjantów. I co - wszyscy robili karierę, bo nosili legitymacje partyjne?
13 grudnia znalazłem się w sytuacji, w której
mogłem liczyć tylko na siebie,
czyli działać zgodnie ze swoim sumieniem. Jaką miałem alternatywę wobec wydanego przez przełożonych rozkazu? Zdezerterować? Nie zrobiłem tego z dwóch przyczyn: po pierwsze nie pozwalała mi na to świadomość złożonej przysięgi, po drugie - i jestem o tym głęboko przekonany do dziś - wprowadzenie stanu wojennego uchroniło społeczeństwo przed rozlewem krwi. Z dokumentów, do których miałem dostęp, jasno wynikało, że jakiekolwiek inne rozwiązanie byłoby jednoznaczne z wkroczeniem do Polski wojsk radzieckich. Oni się zresztą z tym wcale nie kryli. W rozmowie z oficerem radzieckim usłyszałem, że już na miesiąc przed wprowadzeniem stanu wojennego żołnierze "zaprzyjaźnionej” armii nie ściągali butów, będąc gotowi w każdej chwili przystąpić do akcji. Potwierdził to mój przyjaciel, pracujący wówczas w ambasadzie polskiej w Moskwie.
Niewiele osób wie, że lotniska w Radawcu i Świdniku były wówczas zdolne przyjmować samoloty radzieckie, które mogłyby lądować w odstępach pięciominutowych. W lesie koło Radawca stacjonowała przez pewien czas grupa specjalistów od nawigacji. To ona miała w momencie inwazji zająć się obsługą lotnisk. Mój kolega w randze pułkownika codziennie osobiście koordynował dostawy żywności dla nich.
To, że
rosyjska interwencja była realna,
potwierdza prof. Brzeziński w książce "Cztery lata w Białym Domu”. Potwierdza także, że w przypadku interwencji Stany Zjednoczone nie zamierzały się wtrącać. Czyli, jak pan widzi, podobna postawa, jaki naszych "sprzymierzeńców” w 1939 roku.
Była jeszcze jedna przyczyna, która usprawiedliwiała wprowadzenie stanu wojennego - perspektywa strajku generalnego. Niech pan sobie wyobrazi, co by się stało, gdyby przez kilka dni w ćwierćmilionowym mieście, jakim był Lublin w 1981 roku zabrakło prądu, wody i gazu przy kilkunastostopniowych mrozach? A takie niebezpieczeństwo istniało. I co - mieliśmy na to pozwolić?
Z całą odpowiedzialnością twierdzę, że wprowadzenie stanu wojennego było aktem rozpaczy, ale aktem koniecznym, który uchronił nas od wojny domowej.
• Jakie najbardziej dramatyczne momenty stanu wojennego utkwiły panu w pamięci?
- Było ich wiele. Dwa szczególnie utkwiły mi w pamięci. Do dzisiaj się budzę, słysząc ryk fabrycznych syren. Tak wyły w niektórych fabrykach w stanie wojennym i krótko przed nim. Był to dla mnie krzyk rozpaczy.
Pamiętam również
wydarzenia z Kraśnika.
Byłem pomocnikiem jednego z naczelników KW MO, który kierował działaniami w Fabryce Łożysk Tocznych. Przez wiele godzin siedzieliśmy w stalowym, nie ogrzewanym wozie dowodzenia. Mróz dochodził do minus 20 stopni. Czekaliśmy, aż robotnicy dobrowolnie wyjdą z hali. Drzwi się otworzyły. Wyszła z nich kobieta. Trzymała chleb i sól. Dowodzący akcją ucałował bochenek, po czym przekazał go stojącemu obok funkcjonariuszowi. Z hali wyszła kilkusetosobowa grupa pracownic fabryki. Trzymały w rękach zapalone świece. Był z nimi ksiądz. Utworzyły pochód i śpiewając religijne pieśni skierowały się w kierunku Kraśnika-Miasto. Za grupą podążał radiowóz. Nagle zadzwonił radiotelefon. Była trzecia w nocy.
- Tu pierwszy, co dzieje się z grupą kobiet? - usłyszałem pytanie.
- Tu trzeci - odpowiedziałem. - Nic się nie dzieje. Idą spokojnie w stronę miasta. Odbiór.
- Tu pierwszy - rozległo się po chwili. - Rozkazuję polać wodą i rozpędzić.
Rozkazu nie wykonaliśmy. Nie wpisaliśmy go także do dziennika działań. Do dzisiaj się zastanawiam, czy rozkaz wydał człowiek zrównoważony psychicznie. Sprawa się rozmyła.
Kilkakrotnie spotkałem się z sytuacją, kiedy okupujący hale fabryczne robotnicy
z ulgą przyjmowali nasze żądania
opuszczenia zakładów pracy. Wszyscy byli zmęczeni tą sytuacją.
• Stan wojenny pociągnął za sobą ofiary, chociażby w kopalni "Wujek”. Czy można było tego uniknąć?
- Były to tragiczne chwile dla wszystkich Polaków. Taką cenę zapłacił naród. Spójrzmy na to jednak także z innej strony. Milicjanci zostali zaatakowani przez górników. Czy pan sądzi, że strzelali z zemsty czy ze złości? Nie. Oni się bronili. To był trudny wybór: albo ja - albo on.
Biorąc pod uwagę grozę sytuacji i zdeterminowanie społeczeństwa, uważam, że
zapłaciliśmy i tak małą cenę.
Oczywiście, nikt zabitym górnikom życia nie zwróci. Ofiar mogło być jednak niewiarygodnie więcej. Dodam przy tym, że przewrót majowy dokonany przez Piłsudskiego z pomocą komunistów, pociągnął za sobą o wiele więcej ofiar. Nikt jakoś nie stawia im pomników i krzyży.
Zarówno milicja jak i bezpieka były przygotowane na wszelką ewentualność ze strony "S”. Doskonale wiedzieliśmy o każdym kroku związku. Niczym nas nie mogli zaskoczyć. To bzdura, że "S” obaliła partię. To członkowie partii sami podjęli decyzję o jej rozwiązaniu. To kolejny mit tego okresu. Taki sam, jak ten, że to Wałęsa w stoczni obalił ustrój. To Świdnik i Lublin pociągnęły naród do wystąpienia przeciwko rządzącym. Nie zapominajmy o tym.
Zanotował Krzysztof Załuski

Zbuntowany glina idzie na bruk

• Jak wyglądała sytuacja w milicji krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego?
- Zwiastunem, że ówczesne władze tracą grunt pod nogami, były ulotki i biuletyny, które pojawiały się na komendach i komisariatach. W pewnym momencie okazało się, ze nasi przełożeni przeinaczają fakty. To spowodowało frustracje u wielu milicjantów.
Początki tworzenia związków zawodowych nie były łatwe. Konsolidacja przyszłych związkowców nastąpiła po incydencie na jednym z komisariatów w Katowicach, gdzie odsunięto od pracy milicjanta za pobicie działacza "S”. Okazało się, że była to prowokacja ze strony jego przełożonych. Do komisariatów w całej Polsce nadchodziły telefonogramy nawołujące do protestów. Mówiono o tym na partyjnych zebraniach. W maju powstał Tymczasowy Komitet Związków Zawodowych Funkcjonariuszy MO. Zostałem wybrany na przewodniczącego. Wkrótce do związku należało około 70 - 80% milicjantów. Tylu milicjantów wstąpiło do związku w województwie lubelskim w ciągu 3 dni! Byłem tym faktem zszokowany.
Nikt jednak nie chciał z nami rozmawiać. Komenda Główna i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wydały zalecenie, że ruch związkowy należy
stłumić za wszelką cenę,
nawet kosztem zwolnienia z pracy 30% "buntowników”.
Pierwsze represje zaczęły się w czerwcu 1981 r. Ówczesne władze nie chciały dopuścić do tego, żeby związki zawodowe w takiej formie istniały w służbach mundurowych. Jako pierwszych zwolniono mnie i Zbigniewa Żmudziaka. Było to 19 czerwca. Bez podania przyczyn - dla dobra służby. Wszystko zgodnie z przepisami. Zostałem na bruku.
Nie zrezygnowałem jednak z pracy na rzecz związku. W hali Olivia spotkałem się m.in. z Lechem Wałęsą, który obiecał pomoc w rejestracji związku. Każdy mój krok był śledzony. Nie obyło się również bez przeszukania mieszkania. Zrobiono z nas agentów. Sprawdzała nas także "S”. Puszczono plotkę, że jesteśmy kapusiami bezpieki i mamy za zadanie zniszczenie związku od środka.
• Kiedy i w jakich okolicznościach dowiedział się pan o wprowadzeniu stanu wojennego?
13 grudnia przebywałem w Stoczni im. Warskiego w Szczecinie. Byłem razem ze strajkującymi stoczniowcami. Prowadziliśmy głodówkę. W nocy z oficjalnego komunikatu dowiedzieliśmy się o wprowadzeniu stanu wojennego. Zakład otoczyły czołgi, transportery opancerzone i mnóstwo wojska. Koledzy chcieli mnie przemycić na statek z myślą o ucieczce z kraju, ale ostatecznie podjąłem decyzję o pozostaniu.
Siły porządkowe przetrzymały nas przez trzy dni. Potem
na teren stoczni wjechały czołgi,
zupełnie bezsensownie taranując bramę. Wystarczyło ją otworzyć. Zniszczyli przy tym częściowo pomnik Stoczniowców. Kolejne chwile zapamiętam do końca życia. Stanęliśmy wszyscy zbici w kupę. Ktoś zaintonował hymn. Naprzeciw nas żołnierze i milicjanci. Wszyscy uzbrojeni w długą broń, tarcze i pałki. Twarzy nie było widać. Mieli je zasłonięte hełmami. Zrobili kilka kroków w naszą stronę. Strasznie się wtedy bałem. Jak wszyscy w stoczni. Miałem świadomość, że w każdej chwili może paść rozkaz otwarcia ognia.
Strach był także po drugiej stronie. To byli przecież moi koledzy. Milicjanci. Znałem ich psychikę. Sytuacja była dramatyczna. Przemogłem się i wystąpiłem przed naszą grupę. Przedstawiłem się jako milicjant-związkowiec. Głos mi drżał. Poprosiłem, żeby się wstrzymali przed podjęciem jakiegokolwiek kroku.
- Nie chcemy konfrontacji - powiedziałem. - Porozmawiajmy... Przecież walczymy o to samo...
Nie wiem, skąd wzięło się u mnie tyle spokoju i rozwagi. Nerwy miałem napięte do ostatnich granic. Nagle zauważyłem, że niektórzy opuszczają tarcze i zdejmują hełmy.
Mogliśmy spojrzeć sobie
w oczy.
Zaczęliśmy rozmowę. Początkowo nieufnie, ale najważniejsze, że nikt nie zrobił głupiego kroku.
Aresztowano członków komitetu strajkowego. Obyło się bez incydentów.
Noc spędziłem u kolegi ze stoczni. Następnego dnia pociągiem udałem się do Lublina. Na miejscu okazało się, że jestem poszukiwany przez bezpiekę jako wrogi element państwa. Ukrywałem się u znajomych. Co kilka dni zmieniałem miejsce. Najbliżej wpadki byłem 31 grudnia. Znajoma chciała mnie zaprosić na sylwestra. W mieszkaniu, gdzie mieliśmy się bawić, był przygotowany "kocioł”. Miałem przeczucie, żeby zostać w ukryciu. Wpadł natomiast Zbyszek Żmudziak.
Ukrywałem się do 7 kwietnia.
Sprzedał mnie kolega.
A wszystko przez... mecz piłkarski. Byłem fanem Motoru. Tego dnia grali ze Śląskiem. Kolega, o którym wspomniałem, zauważył mnie przed stadionem. W przerwie meczu podszedł do mnie tajniak. Znałem go. Poprosiłem tylko, żeby mi pozwolili obejrzeć mecz do końca. Na komendę nie pojechałem więźniarką, lecz samochodem ówczesnego komendanta miejskiego Andrzeja Koczwarskiego. Niezwykle zacny człowiek. Gdy mnie i Żmudziakowi wręczał wymówienie, miał łzy w oczach.
Po wielogodzinnych przesłuchaniach otrzymałem propozycję wyjazdu za granicę. W ostatniej chwili nie dostałem paszportu. Przez wiele lat byłem bez stałej pracy.
W 1990 roku przywrócono mnie do pracy w policji - na to samo stanowisko, z jakiego mnie zwolniono. Znów byłem kierownikiem sekcji dochodzeniowo-śledczej w IV komisariacie policji w Lublinie.
• Jak z perspektywy czasu ocenia pan zasadność wprowadzenia stanu wojennego?
- Nie mam żadnych wątpliwości, że poczynania naszych decydentów odbywały się
pod ogromną presją Sowietów.
Nie ukrywał tego gen. Czesław Kiszczak. Na jednym ze spotkań z naszą delegacją związkową w Warszawie zrobił w pewnym momencie przerwę w obradach. Po chwili wszedł na salę z delegacją sowieckich oficerów. W milczeniu wszyscy przeszli obok nas do jego gabinetu. Moim zdaniem było to wówczas zamierzone działanie Kiszczaka. Chciał nam uświadomić skalę zagrożenia.
Możliwe, że wprowadzenie stanu wojennego było koniecznością. Z perspektywy czasu jestem przekonany o tym, że chodziło przede wszystkim o zniszczenie etosu "Solidarności”.
Czy w "Wujku” można było uniknąć ofiar?
Myślę, że tak. W stoczni Warskiego, w każdej chwili mogły paść strzały. Ale rozsądek zwyciężył nad emocjami. Tego zabrakło w kopalni.
Rozmawiał Krzysztof Załuski
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO