sobota, 10 grudnia 2016 r.

Magazyn

Porsche moja miłość

Dodano: 8 sierpnia 2002, 13:25

Jarek Guldynowicz i Marcin Mazurek z Lublina – szczęśliwi posiadacze porsche (M. Kaczanowski)
Jarek Guldynowicz i Marcin Mazurek z Lublina – szczęśliwi posiadacze porsche (M. Kaczanowski)

Najpierw wpadasz w fotel. Potem czujesz charakterystyczne wibracje i słyszysz niepowtarzalny dźwięk silnika. Jak przeholujesz z gazem, od razu stawia cię bokiem. Porsche jest jak narowisty rumak. Trzeba go kochać i umieć nim jeździć. W najbliższy weekend odbędzie się w Lublinie III Ogólnopolski Zlot Posiadaczy Samochodów Porsche.

Jarek Guldynowicz - model 944 (144 KM mocy) i Marcin Mazurek - model 924 (125 KM): - Jazda porsche to niepowtarzalne uczucie - przyznają zgodnie. - Ludzie na ulicy odwracają głowy, a dziewczyny aż piszczą z radości, słysząc rasowy bas wydobywający się z silnika.

Jak magnes

Porsche jest jak fetysz. Przyciąga uwagę, budzi chęć posiadania, kojarzy się bogactwem i witalnością. Innych kierowców aż kręci, aby pokazać, że mają lepszy sprzęt. Ale rzadko który może się z nimi zmierzyć.
- To normalne, że przed światłami znajdzie się zawsze jakiś ścigant, który chce udowodnić swoją wyższość - mówi Guldynowicz. - Jak widzę młodziaka w audi lub w golfie, to wiem, że konfrontacja sił jest nieunikniona. Na ogół jestem opanowany, choć nie zawsze się to udaje - przyznaje z uśmiechem.
Porsche działa na innych kierowców jak czerwona płachta na byka. Szczególnie młodzi, w dobrych, mocnych samochodach chcą pokazać, co potrafią, jak szybko jeżdżą. - Nie wytrzymują konkurencji. Odpadają na starcie lub tracą na dystansie - dodaje Mazurek.

Kupić i pokochać

- W swoim porsche zakochałem się od pierwszego wejrzenia - opowiada Guldynowicz.
Wymarzone auto, dziś już kilkunastoletnie, znalazł aż pod Łodzią. - 944 kupiłem od dwóch pań. Jedna z nich dostała go na 18 urodziny. W ogóle o niego nie dbała. Tylko kluczyk w stacyjkę i jazda. Za auto z 1988 roku zapłaciłem 20 tysięcy złotych. To było 4 lata temu.
Sporo pieniędzy i wysiłku kosztowało doprowadzenie czerwonego 944 do odpowiedniego stanu. Nowy lakier, naprawianie tego, co zniszczone, wymiana zużytych części, w sumie ponad 15 tysięcy złotych i sporo serca. - Wysiłek się opłacał - dodaje. Teraz czerwony bolid, mimo że ma 14 lat, prezentuje się doskonale. Ale porsche jest na specjalne okazje. Na co dzień jeżdżę innym samochodem.

Na pierwszą randkę trolejbusem

Nie ma co ukrywać - dziewczyny lubią samochody tej marki. - Coś w tym jest. Porsche nie przeszkadza w podrywaniu dziewczyn - śmieją się obaj. - My jesteśmy już zajęci, nie sprawdzamy więc w praktyce magicznego działania naszych samochodów.
- Na pierwszą randkę z moją żoną pojechałem trolejbusem, choć już od kilku dni miałem porsche - opowiada Guldynowicz. - Dopiero na drugie spotkanie przyjechałem swoim czerwonym cackiem. Moja przyszła żona była mile zaskoczona. Teraz, gdy tylko może, to wysadza mnie zza kierownicy. Oboje lubimy jazdę naszym samochodem.

Można szybko, ale nie ma gdzie

Dzisiaj, gdy patrzy się na pojemność obu samochodów, może wydawać się śmieszna. Niektóre seryjnie produkowane kompakty mają mocniejsze silniki. Ale kilkanaście lat temu to było coś. Choć i teraz przy małej masie samochodu te 144 KM też pozwala się nieźle rozbujać.
- 210 na godzinę to mój rekord - przyznaje Guldynowicz. - Ale to było na niemieckiej autostradzie. W Polsce nie ma gdzie tak szybko jeździć. Ale bywają i takie przypadki: policja w Lublinie złapała moją żonę przy 190 km/h. Wracaliśmy nocą z wesela i trafiła się "beemka 5”, która chciała się z nami spróbować. Policjant powiedział, że my wygraliśmy i wszystko skończyło się dobrze.
- Takich przypadków się nie uniknie - dodaje Mazurek, którego rekord to dwie "paczki”. - W większości jednak je lekceważymy, bo to nie ma sensu.

To nie jest taka droga zabawa

Używane, 10-12-letnie porsche, można kupić już za 20 tysięcy złotych. To zależy jaki model i w jakim stanie. Samochody z drugiej ręki są w Polsce dwukrotnie tańsze niż na Zachodzie.
- Tam porsche to trzeci lub czwarty samochód w rodzinie - mówi Mazurek.
O porsche trzeba jednak dbać głównie samemu, bo nie ma serwisów. Takim guru od tej marki w Lubelskiem jest Andrzej Stachurski, który sam ma porsche 944 i od lat zajmuje się samochodami sportowymi.
- O serwis nie ma co się obawiać - mówi pan Jarek. - Właściciele porsche to jedna wielka rodzina. Gdyby coś zawiodło, zawsze można liczyć na pomoc innego posiadacza samochodu tej marki.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO