piątek, 9 grudnia 2016 r.

Magazyn

Powrót pana prezesa

Dodano: 8 sierpnia 2002, 13:38

Bogdan M., oskarżony o przekroczenie uprawnień i udzielenie kredytu dziesięciokrotnie większego niż miał prawo, znowu kieruje Bankiem Spółdzielczym w Lubartowie. Jego przeciwnicy z poprzedniej Rady Nadzorczej, którzy go dwukrotnie odwoływali, przegrali w wyborach podczas Walnego Zgromadzenia

- To nie ja byłem stroną konfliktującą - uważa Bogdan M., pytany o przyczyny sporów z częścią poprzedniej Rady Nadzorczej. - Wyciągają bzdurne historie. Tu nie chodzi o bank, ale o pokazanie, kto ma władzę.
Prezes dużo mówi o dobrej sytuacji banku. - To był bank, który był na krawędzi ubóstwa, kwalifikował się do likwidacji. Odważne działania przyniosły efekt, że bank stał się silny, duży i prężny. Pracujemy normalnie, ludzie nieźle zarabiają...
Oszczędniej prezes wypowiada się, gdy padają pytania o sprawy, które podnoszą niechętni mu członkowie poprzedniej Rady Nadzorczej - rozliczenia za remont sali operacyjnej w banku i udzielenie kredytu jednej z lubartowskich firm o niepewnej sytuacji finansowej.

Jaki to gospodarz

O tym długo może mówić Zygmunt Bieniek, przewodniczący poprzedniej Rady Nadzorczej. A nie podoba mu się przede wszystkim to, jak prezes gospodarował pieniędzmi.
Sala operacyjna lubartowskiego banku jeszcze wygląda na nową. Projekt wnętrza opracowała specjalistka z Lublina. Przekazała bankowi dwie strony opisu wnętrza i dziewięć kolorowych symulacji wystroju sali. Prezes stwierdził, że wywiązała się z umowy. Dostała 10 tys. zł, a potem jeszcze ponad 5,6 tys. zł za nadzór autorski nad modernizacją.
Przetarg na roboty wygrało przedsiębiorstwo z Lublina. Do kierownictwa banku dotarły informacje, że nie jest wiarygodne. Umowę podpisano z firmą z Lubartowa, która miała wykonać roboty za 111 tys. zł netto. Bank zapłacił jej oprócz tej kwoty jeszcze 47 tys. zł. Tyle kosztowały prace dodatkowe. Wyposażenie do sali dostarczyła firma z Kraśnika. Początkowo miało kosztować 83 tys. zł netto. Potem doszło do tego prawie 9 tys. zł.

Biegły wyliczył

Rozliczenia kosztów inwestycji rozstrząsano na posiedzeniach poprzedniej Rady Nadzorczej, która w końcu doszła do wniosku, że trzeba powołać biegłego sądowego.
- Biegły stwierdził, że ze 190 tys. zł wdanych na roboty budowlane i elektryczne w sali operacyjnej, przepłacono 102 tys. zł - wylicza Bieniek.
Przed bankiem utwardzono teren, wybudowano bramę. Za to też - według byłego przewodniczącego Rady Nadzorczej - można było zapłacić połowę mniej.
- Zawyżone koszty? To oszczerstwo - ucina krótko prezes. - Z każdym, kto tak twierdzi, będę rozmawiał przez adwokatów. To były przewodniczący RN negocjował z wykonawcą. Ja powołam swojego biegłego.
Sprawę kosztów bada teraz zawiadomiona przez Bieńka prokuratura.

Kredyt na zwolnieniu

Jesienią ub. roku w Banku Spółdzielczym wypłacono kredyt w wysokości 150 tys. zł. Na umowie kredytowej był tylko podpis prezesa. A statut banku pozwala mu na jednoosobowe przyznanie co najwyżej 15 tys. zł. Pod umowami na większe kredyty musi się podpisać dwóch członków zarządu. Tymczasem rubryka w umowie, w której wymieniony jest zwykle drugi członek zarządu, pozostała pusta.
Dochodzenie w tej sprawie przeprowadziła lubartowska prokuratura, która oskarżyła prezesa o przekroczenie uprawnień i działanie na szkodę banku.
Kredyt dostała firma prowadzona przez żonę lubartowskiego biznesmena, o którym nie tylko w miejscowych bankach wiadomo że ma duże kłopoty finansowe. W banku komitet kredytowy doszedł do wniosku, że pożyczki nie należy udzielać, bo klient nie ma płynności finansowej i przedstawił niewystarczające zabezpieczenie. 18 października sprawą zajął się zarząd banku. Jego członkowie do udzielenia kredytu odnieśli się z rezerwą. Jednakże już tego dnia większość pożyczki znalazła się na koncie firmy.
Prezesa obciąża członek zarządu, który zwykle jako drugi podpisuje się na umowach kredytowych, a w banku kieruje działem kredytów. Według niego Bogdan M. po posiedzeniu zarządu polecił mu zrealizować kredyt i - nie zważając na jego sprzeciw - kazał sporządzić umowę kredytową, na której się podpisał.
18 października prezes był na zwolnieniu. Pojawił się jednak w pracy. - Miałem zaszłości i przyszedłem je zlikwidować - tłumaczy dziś.
O udzieleniu kredytu mówi: - Zdania na zarządzie były podzielone, firma miała dostarczyć dodatkowe dokumenty, one wpłynęły i dlatego podpisałem umowę. Potem się już nią nie zajmowałem.
Prezes twierdzi, że zrobił to, myśląc, iż podpisze się na niej również drugi członek zarządu. Przyznaje, że zostały naruszone bankowe procedury, ale polegało to na tym, że pieniądze opuściły bank na podstawie umowy z jednym podpisem. - Sam byłem zaskoczony, że pieniądze zostały wypłacone - mówi, sugerując, że w sprawę kredytu został wrobiony. - Bank nie stracił na tym ani grosza. Doprowadziłem do spłaty kredytu - podkreśla.

Wycofane odwołanie

- Podpisał umowę i od razu doprowadził do wypłaty pierwszej transzy kredytu - mówi Bieniek, który kilka tygodni potem postawił wniosek o odwołanie Bogdana M. Zagłosowała za tym większość Rady Nadzorczej, która jednak szybko się z tej decyzji wycofała.
- Przyjechali z Lubelskiego Banku Regionalnego i mówili, że nasz bank łączy się z innymi, na wnioskach do sądu rejestrowego są podpisy prezesa i jak go odwołamy, to będą kłopoty z zarejestrowaniem przekształceń - mówi Bieniek. - Postanowiliśmy go zawiesić.
Wiosną zaczęły się odbywać spotkania grup członkowskich banku, które wybierały przedstawicieli na walne zgromadzenie. W Lubartowie takiemu spotkaniu przewodniczył Jerzy Zwoliński, burmistrz tego miasta. Podczas obrad skrytykował Bieńka, bo - jak twierdzi - nie podobał mu się sposób, w jaki ten postąpił z Bogdanem M.
- Zwołał posiedzenie Rady Nadzorczej i pod nieobecność prezesa, który był na zwolnieniu, wprowadził punkt dotyczący odwołania - mówi burmistrz. - Powinien zagwarantować jego obecność i jeśli stwierdził nieprawidłowości, to powinien zarządzić kontrolę, która zbadałaby, czy takie przypadki były w przeszłości.
Burmistrz tłumaczy, że w sprawę zaangażował się z troski o bank, w którym miasto ma pieniądze. Zaprzeczył, że szykuje sobie tam posadę na wypadek przegranej w jesiennych wyborach samorządowych.
Burmistrz prowadził również Walne Zgromadzenie. Delegaci udzielili absolutorium Bogdanowi M., nie dostał go członek zarządu, który nie chciał się podpisać pod umową kredytową na wspomniane 150 tys. zł. Do nowej Rady Nadzorczej nie dostali się oponenci prezesa, m.in. Bieniek.
Były przewodniczący nie ma wątpliwości, że wszystko było ustawione, żeby niewygodne osoby nie dostały się do nowych władz banku. Pokazuje instrukcję, jak głosować, którą mieli niektórzy delegaci.
- Ja się z taką instrukcją nie spotkałem - mówi Zwoliński. - Z nikim się też nie spotykałem, żeby ustalać, na kogo głosować. O ściągawkach do głosowania nic nie słyszał też Bogdan M.

Poprosili, abym został

Podczas kwietniowego posiedzenia, tuż przed Walnym Zgromadzeniem, poprzednia Rada Nadzorcza jeszcze raz odwołała Bogdana M. z funkcji prezesa. Wybrano nowego kandydata na to stanowisko – Jana Kopcia, prezesa Banku Spółdzielczego w Michowie.
Ale nie na długo. Oto na początku maja nowa Rada Nadzorcza niemal jednogłośnie uchyliła uchwały swojej poprzedniczki. Bogdan M. powrócił do kierowania bankiem. – Nowa rada poprosiła mnie, abym przyjął funkcję prezesa – mówi. – Zgodziłem się.
Bank Spółdzielczy chwali Adam Kuzdraliński, dyrektor regionalnego oddziału Banku Polskiej Spółdzielczości, w którym bank z Lubartowa jest zrzeszony. – Z miesiąca na miesiąc osiągają coraz lepsze wyniki. Z powodzeniem realizują program naprawczy – mówi. – W pierwszym półroczu 2002 roku mieli 500 tys. zysku netto. Mają stabilną pozycję.
– To było za działania ludzi, którzy poprzednio kierowali bankiem – zauważa Bieniek.
Jeden z członków poprzedniej RN wystąpili z pozwem do sądu domagając się uznania, że uchwały powołujące Bogdana M. na prezesa banku są nieważne.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO