czwartek, 24 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Proboszcz na pontonie

Dodano: 15 stycznia 2009, 15:16

Najpierw przeniósł cerkiew z Tarnoszyna do Lublina. Potem Matkę Boską Korczmińską z Polski na Ukrainę.

A w sierpniu chce zbudować w Kryłowie pontonowy most przez Bug, przez który przeprowadzi procesję. Co jeszcze wymyśli ks. Stefan Batruch?

O godz. 17 mała cerkiewka stojąca na terenie skansenu w Lublinie zapełnia się wiernymi. Pachnie woskiem i kadzidłem. Malutkie świeczki rozświetlają wnętrze. Przy wejściu intrygują ślady polichromii z XVIII wieku. Z północnej ściany spogląda na mnie św. Jerzy na cętkowanym koniu. Pod kopułę niesie się wschodni śpiew. Słychać szepty modlitw kierowanych do Matki Boskiej Korczmińskiej.

- To nasz największy skarb. Kiedy konserwatorzy zdjęli z ikony sukienki, wizerunek rozpadł się na części - mówi ks. Stefan Batruch, proboszcz parafii greckokatolickiej w Lublinie i duszpasterz studentów z Polski, Ukrainy, Białorusi, Rosji, Litwy, Słowacji, Rumunii i Węgier, którzy studiują na Lubelszczyźnie.

Syn krawca

Dom na rogu Al. Warszawskiej i Botanicznej w niczym nie przypomina wystawnych plebanii. W środku skromnie. W największym pokoju długi stół, nakryty jak do wigilii. W kościele greckokatolickim czas Bożego Narodzenia jeszcze trwa.

- Urodziłem się 15 czerwca 1963 r. w Miastku na Pomorzu Środkowym jako najmłodszy syn z pośród ośmiorga rodzeństwa Andrzeja i Katarzyny z domu Dołban - mówi ks. Stefan Batruch. Ojciec był krawcem, dziadek Michał - stolarzem. W 1947 roku Batruchów przesiedlono z Baligrodu w Bieszczadach do Białego Boru. Tam Stefan był ministrantem, chodził do jedynej w PRL-u podstawówki z ukraińskim językiem nauczania.

Co pamięta z dzieciństwa?

Terkot maszyny do szycia, na której ojciec szył mu ubranie do pierwszej komunii. Zapach kutii na wigilijnym stole. Nabożeństwa w skromnej cerkwi, w której ojciec był kościelnym. - Zabierał mnie motorem do świątyni. Patrzyłem jak pracowicie obcinał wielkie świece, ścinki spadały do wielkiej skrzyni. Stuk, stuk, wosk się kruszył. Jak się napełniła, wosk jechał do wytwórni świec.

Na księdza

Do liceum poszedł w Kołobrzegu. Wybrał klasę matematyczno-fizyczną. Pierwsza myśl o seminarium duchownym przemknęła mu przez głowę na rekolekcjach wielkopostnych. Był w szóstej klasie podstawówki. - To, że tata był kościelnym miało duży wpływ na moją decyzję. Przesiąkłem cerkwią - przyznaje ks. Batruch. - Najbardziej lubiłem słuchać śpiewu. Po maturze poszedłem do seminarium duchownego w Warszawie.

Po dwóch latach przeniósł się do Lublina. W tutejszym seminarium zaczęli uczyć się greckokatoliccy klerycy.

- Zachwyciłem się Lublinem. W katolickim kościele na zamku były ruskie malowidła - dodaje ks. Stefan.

Niczego nie żałuję

W seminarium dużo pracował. Siedział w bibliotece. Grał w teatrze. Po uzyskaniu absolutorium pojechał na roczną praktykę formacyjną do mnichów św. Teodora Studyty w Marino koło Rzymu. Po powrocie do Lublina rozpoczął studia licencjackie z teologii duchowości. Na kapłana został wyświęcony 4 maja 1991 r. w cerkwi Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy w rodzinnym Białym Borze.

• Leżał ksiądz na posadzce?
- Tak.

• Jakie to uczucie?
- Radość, że mam to, co chciałem.

• Miał ksiądz dziewczynę przed wstąpieniem do seminarium?
- Były zauroczenia, fascynacja, zakochanie.

• Żałował ksiądz?
- Niczego nie żałowałem. Greckokatolicki ksiądz może mieć żonę. Ale ja wybrałem Boga. Nie da się oddać całego siebie Bogu i człowiekowi. Na całe życie - mówi ks. Batruch.

Marzenia o cerkiewce

1 stycznia 1993 roku arcybiskup Przemysko-Warszawski Jan Martyniak erygował w Lublinie Parafię greckokatolicką pw. Św. Jozafata a ks. Batrucha mianował jej pierwszym administratorem.

- Modliliśmy się w kościele rektoralnym przy Zielonej, który kiedyś był cerkwią. Brakowało nam spokoju i ciszy. Modliliśmy się, nagle do kościoła wchodziły inne wspólnoty, zaczynały modlić się z boku - wspomina Batruch.

Zaczął marzyć o swoje cerkwi. Poszedł do arcybiskupa Pylaka. Jeździł po Roztoczu i szukał opuszczonej świątyni. Trafił do Tarnoszyna. - Zobaczyłem biedną, opuszczoną, okradzioną i podpalaną świątynię - mówi ks. Batruch.

Katastrofa coraz bliżej

Okazało się, że pochodzi z Uhrynowa. Do 1947 roku tarnoszyńska cerkiew służyła grekokatolikom, po deportacji ludności ukraińskiej przerobiono ją na kościół katolicki. Po 1960 roku zabytkowa cerkiew została opuszczona. Cerkiew dwukrotnie podpalano, lecz za każdym razem ratowali ją mieszkańcy. Ale do katastrofy budowlanej było coraz bliżej.

- Dowiedziałem się, że Muzeum Wsi Lubelskiej chciałoby mieć u siebie cerkwiew. W 1994 roku kupiliśmy "ruinę” w Targoszynie. W 1997 roku poświęciliśmy plac w skansenie pod budowę, w 1998 roku zakończono rekonstrukcję cerkwi, do 2001 roku konserwatorzy odrestaurowali polichromię, ikonostas i elementy wyposażenia - relacjonuje ks. proboszcz.

Procesja w Korczminie

Korczmin to jak dotąd największa przygoda jego życia. Leży tuż przy granicy Polski z Ukrainą. Po polskiej stronie jest najstarsza drewniana cerkiew na Lubelszczyźnie. Za pasem granicznym cudowne źródełko, należące do cerkwi. - Pomyślałem, żeby najpierw odnowić świątynię. Następnie z ikoną Matki Bożej przejść przez granicę do źródełka.

• A druty kolczaste, strażnicy?
- Zadzwoniłem do Komendanta Straży Granicznej. Pojechałem do Warszawy. Powiedziałem, że chcę przeciąć druty - wspomina ksiądz. - Wysłuchał. Zgodził się. I powiedział: teraz niech się ksiądz dogada z Ukraińcami.

• Co było dalej?
- Pojechałem do Kijowa. Dostałem zgodę - śmieje się ks. Batruch.

W 2004 roku stara cerkiew w Korczminie została rekonsekrowana. - W procesji do drutów kolczastych blokujących granicę ruszyło ponad 1500 osób. Razem ze strażnikami przecięliśmy druty. Przeszliśmy na ukraińską stronę - opowiada ks. Batruch.

Nigdy nie zapomni sceny, kiedy ikona z Matką Bożą Korczmińską nie mogła przejść przez druty.

- Strażnicy podcięli je na wysokość człowieka. Ikona szła wyżej. Trzeba było druty podgiąć rękami - dodaje ksiądz Stefan.

Proboszcz na pontonie

Granicę w Korczminie przekroczył z procesją już pięć razy. W ubiegłym roku na pograniczu odbył się wielki koncert Kayah i innych gwiazd sceny. To samo zrobił w Dołhobyczowie. Teraz chce przejść z procesją przez Bug. W Kryłowie. - Mostu nie ma, dlatego w sierpniu chcę zbudować most pontonowy - mówi skromnie. - Chce też zadbać o opuszczone cerkwie na Lubelszczyźnie. Najgorzej jest w Wyżłowie. Stoi cerkiew, nie ma ludzi. Wymarli…

Fot. Maciej Kaczanowski
Czytaj więcej o:
mit
alfreda
~Ania~
(4) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

mit
mit (22 stycznia 2011 o 20:05) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
[quote name='tim' timestamp='1261076505' post='207819']
niesamowity człowiek gdyby więcej było takich ludzi, świat wyglądałby zupełnie inaczej - lepiej
[/quote]

takich niesamowitych też nie brakuje tylko trzeba ich dostrzec i docenić
Rozwiń
alfreda
alfreda (22 stycznia 2011 o 13:02) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
chylę czoło przed przed tak wspaniałym człowiekiem
Rozwiń
~Ania~
~Ania~ (17 grudnia 2009 o 21:38) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Wspaniały czlowiek. Wielki ksiądz , chylę głowę .Wzór do naśladowania.
Oby jak najwięcej takich ludzi bylo obok nas.
Rozwiń
tim
tim (17 grudnia 2009 o 20:01) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
niesamowity człowiek gdyby więcej było takich ludzi, świat wyglądałby zupełnie inaczej - lepiej
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (4)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!