niedziela, 4 grudnia 2016 r.

Magazyn

Prymas i placki kartoflane

Dodano: 1 sierpnia 2002, 14:22

To był zadziorny facet ­– wspomina kardynała Stefana Wyszyńskiego ks. prałat dr Bronisław Piasecki, w latach 1974–1981 osobisty sekretarz Prymasa Tysiąclecia.
Pomnikowa postać prymasa Wyszyńskiego w powszechnej opinii jawi się jako wyniosła, hierarchiczna. Tymczasem w rzeczywistości był to człowiek skromny i unikający przepychu.
– Ks. prymas zawsze mówił, że jest związany z Podlasiem – mówi ks. prałat Piasecki. – Trochę myślał po podlasku. Wychował się w klimacie zaboru rosyjskiego i relacje naród polski – władza carska zapadły mu w świadomość już od dzieciństwa, a utrzymały się aż do ostatnich dni.
Oto pewnego dnia pojechaliśmy do Serdyniu. Miejscowy ksiądz proboszcz przyjął nas, a prymas grzebał w księdze metrykalnej. Kiedy znalazł akt urodzenia swego ojca, powiedział nam: – To są moje korzenie.
A potem pojechaliśmy do Zuzeli, rodzinnej miejscowości. – Tu bawiłem się, miałem kolegów. Biegałem nad Bug, patrzyłem na barki wiozące zboże – wspominał. Później wyruszyliśmy do Andrzejewa na cmentarz, gdzie znajduje się grób jego matki.

Zadziorny facet

Jak się stało, że z Podlasia zawędrował do Warszawy? To był zadziorny facet. Jako młody chłopiec chodził do rosyjskiej czteroklasowej szkoły. Kierownikiem tej szkoły był niejaki Rubinkiewicz. Nauczał po rosyjsku. Polecił dzieciom uczyć się wierszyka. Stefan nauczył się, ale wyrwany do odpowiedzi powiedział:
– Nie będę mówił po rusku. Nauczyciel sięgnął więc po linijkę. Raz, drugi i trzeci uderzył w rękę. A bity się zaciął. – To w kozie zostaniesz po lekcjach – zadecydował kierownik.
Po dwóch godzinach znowu zwraca się do dziecka. – Mów wierszyk! – Nie – pada odpowiedź. – Do domu! – Rubinkiewicz wypędził chłopca. W mieszkaniu Stefan zapowiedział. – Więcej do tej szkoły nie pójdę!
Ojciec, organista, nie przekonywał go paskiem od spodni, tylko wziął chłopaka za rękę, wsiadł do pociągu i pojechali do Warszawy, gdzie mieszkała ciotka. Ojciec zapisał go do jedynej nauczającej w języku polskim szkoły Górskiego. Bywało, że na pryzmach piasku chłopcy z polskiej szkoły przewracali się i „walczyli” z dziećmi z rosyjskich szkół.
Kiedy papież podczas pierwszej pielgrzymki do ojczyzny odprawiał mszę św. na pl. Zwycięstwa, prymas siedział naprzeciw ołtarza. Po nabożeństwie wsiedliśmy do samochodu. Prymas zapytał. – Bronek, o czym ty myślałeś w czasie mszy jak papież odprawiał? – zapytał.
Zatkało mnie, zacząłem łapać myśli, by dać pobożną odpowiedź. Wtedy prymas powiedział mi: – A ja myślałem o tym, jak chłopcy ze szkoły Górskiego walczyli z uczniami z rosyjskich szkół.

W Lublinie tylko placki ziemniaczane

Prymas nie urządzał przyjęć i spotkań. On wyrósł w Zuzeli i Andrzejewie. Tam się jadło kartoflankę i on tę kartoflankę jako prymas najbardziej lubił. Kiedy był biskupem w Lublinie, gospodynie księży zapytały, co też gość lubi zjeść. Gdzieś nieopatrznie biskup Wyszyński powiedział, że bardzo lubi placki kartoflane.
I wtedy się zaczęło! Gdziekolwiek pojechaliśmy, na stół wjeżdżały placki ziemniaczane. Na szczęście Pan Bóg rozwiązał sprawę i w Lublinie biskup był tylko dwa lata. Już później się nie zdradzał z upodobaniami kulinarnymi.
Był to szczególny typ osobowości – samotnika. Od dawna chciał trafić do klasztoru. Jako młody ksiądz chciał pójść do benedyktynów w Tyńcu. Pragnął siedzieć w klasztorze, mieć dużą bibliotekę i pisać książki. Ale ten pomysł wybił mu z głowy jeszcze podczas studiów w KUL ksiądz Kurniłowicz, który pod karą... nieudzielenia rozgrzeszenia kazał mu się wyzbyć tego pragnienia. Później jednak te klasztorne ciągoty nie opuszczały Stefana Wyszyńskiego. Kiedy zaprzyjaźnił się z zakonnikami na Jasnej Górze, był „tercjarzem paulińskim”.
Miał dystans do siebie. Nie był bufonem. W swoim domu wcale nie miał radia. Nie miał też telewizora. Natomiast dużo czytał. Kiedyś naliczyłem sześć otwartych książek.

Dlaczego go aresztowano?

Wielu sprawę naświetlało niezgodnie z prawdą historii. To było wielkie wydarzenie polityczne. Władzom zależało na likwidacji Kościoła w Polsce, gdyż był on jedyną organizacją społeczną. Siedem lat po wojnie naród żył bez konstytucji. Partia działała bez ustawy zasadniczej. Było to świadome założenie, aby stworzyć jak najwięcej faktów dokonanych.
Prymas starał się nie zaogniać sytuacji. Nigdy wcześniej nie odwoływał się do ludzi. Wszelakie problemy załatwiał pismami i spotkaniami komisji mieszanej. Ale 7 lutego 1953 roku rząd wydał dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych. Biskupów miał mianować premier, a proboszczów wojewoda. Gdyby ten dekret teraz funkcjonował, premier Miller mianowałby biskupów, a wojewoda proboszczów. Jakby ten Kościół wyglądał, strach sobie wyobrazić. Same szwagry by były.
Wtedy to, w maju, biskupi na konferencji w Krakowie wypisali słynny list „Non possumus” – „Nie możemy tego przyjąć”. Ale władza nic sobie z tego nie robiła. 4 czerwca podczas procesji Bożego Ciała w Warszawie prymas powiedział do 120 tysięcy ludzi:
– Dłużej już tego nie możemy znieść. Kościołowi grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, bo rząd wydał dekret. Prosiłem, nic nie pomogło. Do was się zwracam – czuwajcie, bo Kościołowi grozi niebezpieczeństwo.
Od tego wystąpienia był tylko problem czasu, w jakim go zamkną. Odwołał się bowiem do mas pracujących, czyli stał się kontrrewolucjonistą. To było przyczyną jego aresztowania.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO