czwartek, 14 grudnia 2017 r.

Magazyn

Przeżyliśmy piekło na ziemi

  Edytuj ten wpis

- Jeśli ktoś nie wie, co to jest, to możemy opowiedzieć. My je przeżyliśmy 2 lutego 1944 - mówią mieszkańcy Szczecyna, małej wsi niedaleko Kraśnika.

Ludzie płonęli żywcem, a wieś została zrównana z ziemią. Po 63 latach to wszystko
znowu wróciło. W ich wspomnieniach

To był senny, świąteczny poranek we wsi Szczecyn, 5 kilometrów od Gościeradowa, w połowie drogi z Kraśnika do Annopola. Święto Matki Boskiej Gromnicznej. Ciepło, jak na luty. Kila stopni Celsjusza na plusie. Okoliczne pola ledwo przyprószone śniegiem.
- Wszyscy krzątali się po domu - wspomina Janina Kubik, wówczas 15-latka. - Byłam razem z mamą w kuchni. Siostra-bliźniaczka, o 6 lat starszy brat i ojciec siedzieli w pokoju. Nic nie zapowiadało tego, co stanie się za chwilę...

Umarła w objęciach brata

Tuż przed godziną 8 rano wieś otoczyli Niemcy. Przyszli od strony Gościeradowa i Zaklikowa.
- Nagle krzyki, strzały z karabinów maszynowych. Panika. Nikt nie wiedział, co się dzieje - wspomina Jan Konopka; tamtego dnia 12-letni Janek. - Wbiegli do naszego domu. Kilku Niemców i Ukraińców, którzy im pomagali. Kazali wszystkim wychodzić.
Minutę później hitlerowcy pojawili się w domu Kubików. - Zdążyłyśmy się z mamą schować. Ja wszystko widziałam przez malutką szparę - mówi drżącym głosem pani Janina. W jej oczach pojawiają się łzy. - Mam to przed oczami do dziś. Niemcy strzelają do mojego brata. Upada. Podbiega do niego siostra. Ją też zabijają. Umiera w jego objęciach. Oboje w takiej pozie leżą na podłodze.

Mamo, dobij mnie

Sylwestrowi Rogowskiemu na samą myśl o tym dniu uginają się nogi. - Zaczęli strzelać w brzuch mojego brata - mówi z trudem. - Upadł na ziemię. Z jego brzucha wypłynęły wnętrzności. Jeszcze żył... Obok stała nasza mama i brat dał jeszcze radę do niej powiedzieć: "Mamo, proszę, dobij mnie”.
Wówczas 7-letni Sylwester zdołał uciec. - Chciałem przebiec przez stodołę - tłumaczy po latach. - Ale z drugiej strony, za kieratem, już stał Niemiec z karabinem. Puścił w moją stronę serię kul. Widziałem, jak przelatywały obok mojej głowy. Nie wiem, jakim cudem żadna nie trafiła.
Rogowski biegł dalej.
Dopadł do małej, drewnianej szopy. Sekundę później budynek stanął w ogniu. - Przywaliły mnie płonące krokwie. Zacząłem się z nimi mocować i gołymi rękami przedzierać się przez nie - pan Sylwester spogląda teraz na ręce. Widać na nich ślady po poparzeniach. - Wtedy nie czułem bólu. Wiedziałem, że muszę się wydostać.

Płonął żywcem

Sylwek doczołgał się do sąsiadów; do Natoniewskich.
Tam chwilę wcześniej Niemcy wyprowadzili z domu rodziców 6-letniego Winicjusza Natoniewskiego. Rodzicom wydawało się, że dzięki temu chłopiec przeżyje.
Dom podpalono. Był drewniany, więc ogień szybko się rozprzestrzeniał. - Nie wiem jak, ale matce udało się wyciągnąć Winicjusza - mówi Rogowski. - On żywcem płonął! Jak go ugasili, praktycznie całe ciało miał poparzone.
Oprawców to nie wzruszyło. Zagonili Natoniewskich razem z innymi mieszkańcami wsi na środek osady. - Mieli nas rozstrzelać - podkreśla Jan Konopka. - Ale przyjechał jakiś dowódca z nowymi rozkazami.
Dorosłych mężczyzn skierowano do obozu koncentracyjnego na Majdanku. A kobiety i dzieci miały iść do Gościeradowa.

Wycie z bólu

- Szliśmy piechotą - opowiada Konopka. - Za naszymi plecami została splądrowana i doszczętnie spalona wieś. Nie zostało nic. Nawet jedno drzewo. Tylko ziemia, bo ona ognia się nie boi.
Alfreda Kłosowska, wówczas 13-letnia dziewczyna, z tego marszu najbardziej pamięta przeraźliwy płacz Winicjusza Natoniewskiego. - To było straszne. Matka niosła go na rękach, a on wył z bólu. Był cały poparzony. Ale nie było wyjścia. Musiał iść z nami.
Mimo początku lutego, wszyscy szli w lekkich ubraniach. - Niemcy zastali nas o godz. 8 rano, gdy większość była w domach - dodaje Janina Kubik. - Nie pozwolili się ubrać. Trzeba było iść w tym, co się miało na sobie.
Z Gościeradowa kobiety i dzieci były rozwożone w różne części kraju. Janina z 3-letnią siostrą i matką, trafiła do Niemiec, do obozu pracy.

63 lata zapomnienia

- Wróciłam do Szczecyna po wojnie - mówi pani Janina. - Co zastałam? Nic. Naprawdę nic.
- Spaliśmy w ziemiankach na kartofle - dodaje Jan Konopka. Jemu udało się uciec Niemcom w Gościeradowie. Trafił do rodziny kilka wsi dalej. - Po powrocie musieliśmy budować nasze życie od nowa.
Przez 63 lata każde z nich chciało zapomnieć o koszmarze z 1944 roku. - Zadośćuczynienie? Straciliśmy nadzieję - rozkłada ręce Kłosowska. - Trzy razy próbowałam się o nie starać. Bez skutku.
Nadzieja wróciła teraz, wraz z wieścią o Winicjuszu Natoniewskim. - Jeśli jemu się uda, to i my spróbujemy - zapowiada Sylwester Rogowski. Na procesie Natoniewskiego ma być świadkiem. - Może na starość doczekamy się wreszcie sprawiedliwości. I to za czasy, które już dawno powinny być rozliczone.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
lecho
(1) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

lecho
lecho (7 listopada 2007 o 20:10) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
racja, hitlersynów nalezy nieco obskubać. Ciekawe co na to spolegliwy rząd tuska, bo za wschodnią granicą putin nie przebiera w srodkach również. Jeszcze będziecie chwalić nieustepliwa polityke PIS wobec naszych odwiecznych, tak, tak, nie pomyliłem sie - wrogów. Oni ZAWSZE beda mieli roszczenia, cokolwiek by sie nie działo. To sa narody MOCARSTWOWE, więc uśmiechy naszych spolegliwców moga jedynie śmieszyć naiwnych wiarą w przyjaźń. Tej przyjaźni naiwniaki nigdy nie będzie, zwyczajnie.
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (1)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!