niedziela, 17 grudnia 2017 r.

Magazyn

Weźmy taką biedronkę: nie dość, że malutka i plecki ma półokrągłe - więc trudno ją ułożyć - to jeszcze zaraz po śmierci kuli nóżki.

I pan Wojtek musi jej te nóżki rozłożyć. Bierze delikatnie za jedną, jest dobrze. Sięga po drugą, a w tym czasie ta pierwsza - myk i już się znów podgięła. A nóżek jest sześć i wszystkie muszą być ładnie wyprostowane.
Albo taki pająk. Pająk po śmierci niestety się kurczy. Maleje. I jego odwłok wygląda tak, jak by z balonika ktoś spuścił powietrze. Dlatego, jeśli trafi się okaz dorodny, pan Wojtek musi mu ten balonik rozciąć nożem i - jeśli tak można powiedzieć - wypełnić wnętrze np. watką.
- Najtrudniejsze manualnie są małe gatunki - stwierdza pan Wojtek. - Niektóre bardzo szybko sztywnieją. Mają kurcze mięśni. Inne nie dość, że są maleńkie, to miękkie. I tych praktycznie nie robi się na sucho. Idą do formaliny.

Na łowy

Wojciech Piskorek od 17 lat pracuje w Muzeum Przyrodniczym w Kazimierzu. Od 15 lat jest preparatorem.
- Nie ma w Polsce szkoły, która by tego uczyła - mówi. - Z reguły ma się mistrza, u którego zdobywamy wiedzę i praktykujemy. Wszystko odbywa się metodą prób i błędów, dopóki nie zdobędzie się doświadczenia, nie dojdzie do pewnych własnych technik. Ja specjalizuję się w preparowaniu gatunków najmniejszych: owadów i tych gatunków, które powszechnie nazywamy "robalami”.
Najpierw owada trzeba złapać. Dlatego pan Wojtek na łowy wychodzi z siatką na motyle.
- Musi być bardzo miękka, delikatna, żeby motyl nie uszkodził sobie skrzydeł - wyjaśnia. - Ludzie różnie reagują, jak widzą faceta biegającego po łące z siatką na motyle. Jedni patrzą jak na wariata, pukają w czoło, inni napominają, że wszystko jest pod ochroną.
Jak dodaje pan Wojtek - można także zebrać jajka i wyhodować sobie motyla. Wtedy jednak trzeba go szybko uśmiercić, póki jest świeży. Później nie będzie się nadawał do roboty.

Jak każda śmierć

Złapany okaz trafia do słoika, w którym jest papierowy ręcznik nasączony octanem etylowym. - Są i takie, które piszczą, albo skrzeczą, a to na pewno nie jest miłe. Lepszy byłby cyjanek: szybciej zabija, ale jest zabroniony - dodaje preparator i smuci go to, że zamiast śmierci błyskawicznej może być taka, że niestety potrzebny będzie w odwłok zastrzyk z amoniaku podany cieniutką insulinówką.
- Nie lubię tego robić - dodaje. - Naprawdę nie lubię uśmiercać.
Dlatego łapie tylko tyle, ile trzeba i stara się, aby ta pierwsza część przebiegała szybko.
Większe owady, motyle później przebija się igłami i suszy. Musi być widoczne każde odnóże, czułki, a nawet aparat gębowy.
- Przebija się specjalnymi szpilkami długości 38 mm po prawej stronie tułowia. Zdarza się urwać nóżkę i trzeba ją później dosztukować.

Kto ma pluskwę?

W Muzeum Przyrodniczym w Kazimierzu starają się mieć wszystkie gatunki endemiczne.
- Lepiej mieć własną muchę, niż ją pożyczać - lakonicznie rzuca pan Wojtek.
Nie ukrywa, że z niektórymi gatunkami są prawdziwe kłopoty.
- Poszukiwaliśmy pcheł, wszy, pluskiew, prusaków, ostatnio mrówek faraona. Kto się przyzna, że ma wszy? Albo pchły? Te psie są nietrudne do zdobycia, ale to inne niż "ludzkie”. Kto z dzisiejszego pokolenia widział pluskwę?
Niektóre gatunki pan Wojtek darzy szczególnym sentymentem. To piękne, lśniące jak szmaragd kózki. To trzyszcze, o których mówi, że są tygrysami wśród owadów. W powiększeniu pięknie lśniące i z misternym ornamentem na skrzydłach, choć gołym okiem tego nie widać. Z wycieczki do Ekwadoru przywiózł sobie kolekcję motyli choć uważa, że nasze cytrynki czy pazie królowej są wielkiej urody.
- Cóż, owady mają być piękne nie dla człowieka - rzuca pan Wojtek.

A rysia przejechali

Dla człowieka najpiękniejsze są motyle. Rozpinane na rozpinadle, unieruchomione przez kilkadziesiąt szpilek. Jeden po drugim lokowane na deseczce później trafiają do suszarni. Po dwóch tygodniach zdejmuje się szpilki.
Stół preparacyjny pana Wojtka wygląda skromnie: pojemnik ze szpilkami, lampka, mikroskop, ostry lancet, pinceta, różnego rodzaju podkładki.
- Kto może być dobrym preparatorem? Ktoś kto grał w bierki, albo zegarmistrz.
Ale wiadomo, że ta praca wymaga nie lada pewności, delikatności, precyzji. I wiedzy. Dziś, po 15 latach pracy, w ciągu dnia może opracować nawet do 20 motyli.
Zbiory schowane są w specjalnym magazynie, w oszklonych szufladach. Obok znajduje się szafa, z której po otwarciu drzwi wygląda straszny dzik i ryś jedyny, jaki znalazł się na Lubelszczyźnie i miał pecha: przejechał go samochód.
- Z reguły trafiają do różnych preparatorów zwierzęta po wypadkach, albo takie, które już znaleziono martwe, ale jeszcze w dobrym stanie - podkreśla pan Wojtek. - My naprawdę nie lubimy uśmiercać.





  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!