niedziela, 22 października 2017 r.

Magazyn

Punkcik na niebie

  Edytuj ten wpis
Dodano: 19 marca 2010, 16:33

Rozmowa z Anną Kaczkowską, szefową działu reportażu w Radiu Lublin: Patrzyłam na niebezpieczne ewolucje i pomyślałam, że człowieka może nie być, nagranie zostaje.

W sobotę na zamku w Lublinie rozdanie Melchiorów i wielka gala, na którą przyjeżdżają reportażyści z całej Polski. Wybranie Lublina na stolicę sztuki radiowej to znak uznania dla polskiej szkoły reportażu tworzonej przez pani
zespół?


– Dobrze być gospodarzem tak efektownej imprezy. Jesteśmy całym sercem za tym, żeby nasza rozgłośnia postrzegana była jak najlepiej.

• Sukcesy Katarzyny Michalak, jej koleżanek i kolegów, dziesiątki nagród, fani waszych reportaży w całej Polsce. Czy Radio Lublin to w reportażu najwyższa półka?

– Nie robimy reportaży dla nagród. Nagrody jak chcą, to przychodzą. Ponieważ robimy około 80 reportaży rocznie, do tego dochodzi 50 programów dokumentalnych, to nie ma siły, żeby nie było nagród. W tym tych międzynarodowych. Staramy się, żeby każdy reportaż był jak najlepszy. Z najwyższej półki. Jeśli tak jest, to nasza radość.

• Czy w reportażu ważna jest sztuka słuchania ludzi?

– Bardzo ważna. Jest taki wiersz śpiewany przez Edytę Geppert. O tym, że poeci nie zjawiają się przypadkiem. Z niebieskich do nas podążają stron.

• Co to znaczy?

– Ludzie, którzy robią reportaże, muszą być obdarzeni specyficzną wrażliwością. To jest szczególny gatunek wrażliwości. Na cały świat i na drugiego człowieka. Staramy się bardzo szanować naszych rozmówców. Zasługują na to choćby dlatego że pozwolili nam wejść w swoje życie z mikrofonem.

• Dziś dziennikarze potrafią bezwzględnie wykorzystać swojego rozmówcę. Wyszarpać co się da. I zostawić. Hieny?

– Bardzo mnie to boli. Trafiamy na ludzi poranionych przez kolegów dziennikarzy przed nami. O nagraniu najczęściej już nie ma mowy.

• Najdziwniejsza historia, która zdarzyła się pani podczas pracy nad reportażem?

– Było ich kilka. Robiłam reportaż " W zamku urodzona”. O Małgorzacie Magdalenie Zarzyckiej, która jako sierota przez kilka lat egzystowała w ciężkim, stalinowskim więzieniu. Matka zmarła przy porodzie, ojciec siedział w kazamatach na drugim końcu Polski. Audycja stała się głośna. Pewnego dnia zobaczyłam na ulicy dziewczynkę w letniej sukieneczce. Otworzyły mi się klapki na oczach. I przypomniałam sobie, że jako dziewczynka spędziłam jedne wakacje z bohaterką mojego reportażu. Po tych sukieneczkach się dogadałyśmy, że tak rzeczywiście było.

• Czy za sprawą któregoś z reportaży zdarzyły się pozytywne rzeczy?

– Tak. Jeden zmienił życie bohaterki. Chodziło o bardzo zdolne dziecko z Woli Osowińskiej. Wygrała konkurs. Pojechała do sejmu. W tym czasie rodzina miała trudny moment, matka straciła pracę. Reportaż przedrukowała "Gazeta Wyborcza”, następnie "Die Welt”. Doszły zdjęcia mojej bohaterki. Jak czerpie wodę ze studni, widać było na nich, że nie stać rodziców na gazety, na buty. A co dopiero mówić o wykształceniu.

• Co było dalej?

– Zaczęły się sypać listy od Polaków z Niemiec. I od Niemców. Dostała propozycję kursów językowych, wakacji, nawet się chcieli żenić z mamusią. Pojechała, skończyła studia w Austrii, poznała męża. Jest światową kobietą.

• Zdarzyło się pani płakać z bohaterem reportażu?

– Tak. Ale zawsze wyłączałam mikrofon. Nie miałam odwagi.

• Reportaż, który bardzo pani pamięta?

– Punkcik na niebie. O rodzinie Kasperków ze Świdnika. Ze szczególnym uwzględnieniem najmłodszego z nich, Janusza, który 14 razy miał mistrzostwo Polski, kilkakrotnie mistrzostwo świata. Wtedy to był taki Małysz przestworzy. Wtedy też LOT ogłosił konkurs na 80 lat polskich skrzydeł. Nagrodami były bilety na przelot przez Atlantyk. Postanowiłam o te bilety powalczyć. Tym bardziej że rodzina za oceanem zapraszała nas do siebie, wstydziłam się przyznać, że nie stać mnie na okropnie drogie bilety.

• Co dalej?

– Miałam wielki problem ze spotkaniem się z najmłodszym mistrzem. Albo trenował, albo był na zawodach, albo latał na Boeingach jako kapitan. W końcu dopadłam go na pokazach w Dęblinie. Pogoda się psuła, był zdenerwowany, jeden pokaz mieli, nie wszystko pokazał, co chciał. Patrzyłam na niebezpieczne ewolucje i pomyślałam, że człowieka może nie być, nagranie zostaje. Mówił mi o granicach ryzyka, uważany był za brawurowego pilota, który przekracza granice. Widziałam nawet taką migawkę w telewizji, kiedy zszedł tak nisko, że ledwo wyprowadził samolot. Powiedział, że dostał od losu ostrzeżenie.

• Wysłała pani audycję na konkurs?

– A Janusz Kasperek w bardzo krótkim czasie od naszej rozmowy się zabił. W jury konkursu zasiadały koleżanki z LOT-u. Jedna zasłabła, jak odezwał się Janusz Kasperek. Mówił o tym, że Boeing to cudna maszyna, najcudowniejszy jest w przestworzach wschód słońca. Audycja się spodobała, bilety dostałam. To był prezent od niego.

• Poleciała pani?

– Mój mąż bał się lecieć. Zdecydował się. Zabraliśmy syna na dużą zniżkę. Mieliśmy cudowne wakacje w Górach Skalistych.

• Jaki finał historii?

– Wracaliśmy wieczorem. Zapadliśmy w drzemkę. Obudził mnie ruch w samolocie. Otworzyłam oczy, zobaczyłam jakby ogień. Myślałam, że samochód się pali. Rozejrzałam się, od krańca do krańca świata rozlewała się purpura. To był ten wschód słońca, o którym opowiadał mi Janusz Kasperek.

• Dlaczego przed jednymi ludźmi ludzie się otwierają. Przed innymi nie?

– Nie wiem. To jest metafizyka.

• Świat pędzi coraz szybciej, liczy się kasa. Jest mało czasu na refleksję i uważność? A jednak reportaże trwają, można ich słuchać w radiu, na specjalnych portalach. Czy jeszcze ludzie potrzebują słuchania ludzkich historii?

– Myślę, że coraz bardziej. Dlatego seriale, pokazujące wyimaginowane historie, mają tak wielu zwolenników.

• Czy w słuchaniu innych ludzi liczy się uważność?

– Wśród wielu rzeczy tak. Bardzo.

• Co w życiu jest najważniejsze? Zdrowie, praca, pasja, rodzina, miłość?

– Wszystko po trochu. Myślę, że jakieś dobro. W nas. I dookoła nas.

• To dlaczego miłość się rozpada? Najpierw jest uwielbienie, potem krach, rozstanie. Z tej miłości zostają zgliszcza. Nienawiść.

– Bo ludzie nie są otwarci na siebie. Nie rozmawiają. Nie potrafią sobie powiedzieć prawdy, jak zaczyna się katastrofa.

• A przecież katastrofa może być piękna?

– Może.

• Za panią bardzo twórczy okres, co przed?

– Skończyłam 60 lat. Mam wewnętrzny spokój, że mogę odejść. I radość, że potrafiłam rozlewać oliwę na wzburzone fale. Są młodzi. Mam stuprocentową pewność, że jak im powierzę temat, zrobią go dobrze, a nawet bardzo dobrze. Z tego się cieszę.

• Marzenia?

– Mam zaległą książkę. O reportażach.

• Osiągnęła pani harmonię?

– Tak.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!