czwartek, 14 grudnia 2017 r.

Magazyn

Rzecz o bezradności

  Edytuj ten wpis
Dodano: 5 grudnia 2008, 08:45

Skoro od dziecka miało się spaprane życie, to trudno oczekiwać optymizmu - mówi Nina z niejaką pretensją w głosie, że los oto uwziął się właśnie na nią i jest, jak jest. Czyli niedobrze.

Kładzie na kolanach torebkę obszytą czarną koronką. Róża przyczepiona na środku coraz bardziej przestaje być różowa. Szmaciane płatki są już przywiędłe. Jak nastrój tego spotkania. Obydwoma rękami w czarnych ciepłych rękawiczkach, obejmuje ramię męża, jak by się bała, że za chwilę on wstanie i zostawi ją samą. Jak sobie wtedy dać radę?

Bezdomni

"Wokalistka szuka zespołu. Śpiewam Ave Maria”. Ten anons w gazecie z numerem telefonu - jak mówi - został źle sformułowany.

- Zadzwonił jeden spod Puław, inny nie wiadomo skąd - uśmiecha się, mruży oczy i lekko skubie rękawiczki splecione na mężowskim ramieniu. - Miałam też jakiś głupi telefon. Powinnam napisać, że jestem z Zamościa i praktycznie mogę zaśpiewać wszystko. Wyjazdy gdzieś do Puław nie wchodzą w grę.

Marek lekko uśmiecha się i potakuje głową. Na zamojskim podwórku przenikliwy wiatr wdziera się pod jej skromny płaszczyk. Siedzą blisko siebie, nierozłączni, jak by ogrzewali się nawzajem.

- Oboje jesteśmy niepełnosprawni. I bezdomni. Bo rodzina się nas wyrzekła - dodaje.

Nie patrzy nawet, czy on to potwierdzi. Wystarczy, że jest tu, obok i na pewno zgadza się z tym, co ona powie.

- Znajomi nas poznali. Uczyłam się wtedy w szkole muzycznej, a Marek był na przepustce z wojska. Myśleli, że nic z tego nie będzie, a myśmy już po kryjomu się spotykali - śmieje się, a on jej cicho wtóruje. - Później już nie mieli na nas wpływu. No i jesteśmy razem. W mężu mam wsparcie - spogląda na niego.

Bez pracy

- On był bezdomny. Wystarczyło, że się zameldował i od razu go wojsko odnalazło. On nawet chciał iść, a jak ktoś chce, to go przyjmą. Nie miał nic do stracenia - wysuwa na chwilę rękę spod jego ramienia i poprawia torebkę na kolanach. Różowa róża drży lekko na zimnym wietrze.

- I on, i ja jesteśmy niepełnosprawni i bezdomni - powtarza za siebie i za niego. - On w trakcie wojska dostał kategorię D. Jak było ze mną? - Właściwie koleżanki w Łodzi zwróciły mi uwagę, że coś jest nie tak - przypomina sobie. - Musiałam przerwać studia i zacząć się leczyć.

Siedzą na ławce niemal nieruchomo. On milczący, ale uśmiechnięty, patrzący na nią zgadza się ze wszystkim o czym Nina mówi. Nawet, jeśli to dotyczy jego.

- Nie możemy pracować - wyjaśnia. - U nas chorzy nie mają szans na to, żeby być wśród ludzi i pracować - jej głos staje się bardziej ostry, ton kategoryczny. - Wtedy stracą prawo do renty, a przecież nie wiadomo w jakim momencie będzie nawrót choroby. Marek skończył podstawówkę, ale jest zniechęcony. Oczywiście, ja będę próbowała kończyć studia, on się dokształcać. Ale na razie to niemożliwe.

Opowiada, że ze swoich 475 złotych renty dwieście wydaje na leki.

- Dobrze, że to w ogóle jest - dodaje z rezygnacją.

Bez perspektyw

Zwracają się ku sobie i przypominają, jak to było z jej występem u Anny Dymnej i śmieją się teraz, że wtedy w ogóle nie słyszała podkładu muzycznego. Może dlatego nie zdobyła nagrody.

- To mąż namówił mnie do wzięcia udziału w tym programie - spogląda na niego, a on odwzajemnia się uśmiechem, lekkim pochyleniem głowy. - Trzeba było nagranie wysłać do telewizji. Zakwalifikowało się do finału 17 osób. Ja też - mówi z pewną dumą, bo przecież tyle było zgłoszeń z całej Polski. - Finał był w Łazienkach warszawskich. Mam bardzo miłe wspomnienia. W przyszłym roku też będę startować - jest już pewna, tym bardziej że ma jego wsparcie i wie, że jest wokalnie dobra.

Lubię metal

Słońce schodzi z zamojskiego podwórka i robi się jeszcze zimniej. Obydwoje wydają się tego nie odczuwać siedząc blisko, obok siebie, wsłuchani we własną historię.

- Właściwie to najbardziej lubię rocka i metal symfoniczny - mówi. - Szczególnie metal - dodaje z naciskiem. - Brzmienie ciężkie, ale to jest klimat, który mi odpowiada. - Dziś to nawet nie ma miejsca dla ludzi, którzy szukają takiej muzyki - "Brama” zamknięta, a kiedyś zjeżdżali się tam z okolic posłuchać, pograć. Teraz nie ma gdzie się spotkać - znów jej głos brzmi donośniej, kategorycznie, może z nutą irytacji, bo dorzuca - to miasto umiera. Jest bezrobocie, brak perspektyw, ludzie uciekają.

Po chwili ciszy dodaje - oczywiście, Ave Maria też mogę śpiewać. Jest trudno wyżyć z tego, co dostajemy. Mogłabym być w jakimś zespole…

Brak życzliwości

- Jak wygląda nasz dzień? - powtarzają obydwoje pytanie, ale opowiada Nina. - Rano śniadanie i trzeba wziąć leki. Spędzamy wspólnie czas - dodaje, żeby nie było wątpliwości, że zawsze są razem. - Tu jest klub "Bratek” i środowiskowy klub samopomocy - tam chodzimy. Chodzimy po lekarzach albo na rehabilitację i mąż, i ja. Jak jestem w stanie, to coś czytam, spotykamy się ze znajomymi i tak nam mija dzień. Nie ma we mnie optymizmu - powtarza. - Nie ma, bo nie mamy dachu nad głową ani perspektyw. Wynajmujemy pokoik u znajomych i tak wygląda nasze życie. Mąż jest może większym optymistą. Ale chyba widzisz to samo co ja? - zwraca się do niego, a on kiwa głową.

Dodaje jeszcze, że właśnie w tych dniach ma zamiar usiąść i napisać to pismo o mieszkanie socjalne.

- Czy w tej sytuacji można mieć jakieś plany na przyszłość - zastanawia się. - Dach nad głową jest najważniejszy. I dziecko też by się chciało mieć - śmieje się i pochyla ku niemu. - Nie mamy mieszkania, nie możemy pracować, ale najbardziej odczuwamy brak życzliwości ludzkiej. Może gdyby z tym zespołem muzycznym coś wyszło, to odmieniłoby nasze życie. A tak, rano wstaniemy, zjemy śniadanie, później leki.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!