poniedziałek, 21 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Spacerowaliśmy. Protestowaliśmy.

Dodano: 22 marca 2007, 16:22

Godzina 19.30, rozpoczyna się Dziennik Telewizyjny. Nikt nie ogląda. Telewizory stają w oknach. Ulicą Sławińskiego ciągną w obie strony tysiące ludzi.

Nikt nic nie mówi, nikomu się nie spieszy; to przecież spacer. Milicja jest bezradna. Takiego protestu jeszcze nikt dotąd nie widział. Tak było 4 lutego 1982 roku.
Dwa miesiące wcześniej, w pierwszą noc stanu wojennego, w WSK Świdnik wybucha strajk okupacyjny. W nocy z 15 na 16 grudnia rozpoczyna się pacyfikacja zakładu. Kilkadziesiąt czołgów otacza fabrykę, lecą petardy. Po 2 godzinach padają pierwsze strzały. Kule przelatują tuż nad głowami ludzi.
- Gdybyśmy wtedy nie zdecydowali się opuścić zakładu, doszłoby do rozlewu krwi, do bratobójczej walki - wspomina Stanisław Pietruszewski, przewodniczy strajku w WSK Świdnik.
Pacyfikacja WSK to początek serii prześladowań świdnickich działaczy Solidarności. Zima ‘82 przynosi masowe aresztowania i dyscyplinarne zwolnienia. Kilkadziesiąt osób musi się ukrywać.
- Patrzyliśmy na to wszystko i mieliśmy w sercach żywą, otwartą ranę - opowiada Henryk Gontarz, działacz Solidarności. - Z każdym dniem czuliśmy coraz większą potrzebę pokazania władzy, że to, co nam serwuje to zwykły tyfus.
W Świdniku narasta bunt.

Victoria

- Dowiedziałam się z poczty pantoflowej w WSK Świdnik, że 4 lutego wieczorem, w porze Dziennika Telewizyjnego mieszkańcy Świdnika wyjdą ze swoich mieszkań. Tak postanowiliśmy zbojkotować cały panujący wtedy system i jego szykany - wspomina Urszula Radek, działaczka Solidarności. - Razem z mężem i synami punktualnie o 19.30 wyszliśmy na ulicę. Nie byliśmy sami. Niemal cały Świdnik był wtedy razem.
Po obu stronach ulicy Sławińskiego (dzisiaj Niepodległości) tuż pod oknami komendy milicji ciągnął nieprzerwany strumień ludzi. Milczący tłum pozdrawiał się symbolicznym ułożeniem palców w literę V.
- To było nasze zwycięstwo, osobisty tryumf. Kilka tysięcy osób szło razem, obok siebie. Całe rodziny, z małymi dziećmi, nawet z wózkami - mówi Radek. - A gdy się spojrzało w górę widok był równie niesamowity; we wszystkich oknach stały włączone telewizory, przy nich paliły się świeczki.
W bocznych uliczkach stały bojowe samochody ZOMO. W tłumie czaili się tajniacy. Co jakiś czas ubecy wyciągali z tłumu upatrzonego "spacerowicza”. Wywozili go za miasto; do lasu, w pole. Trzeba był wrócić stamtąd kilkanaście kilometrów na piechotę, w trzaskającym mrozie. - Ale to nic, bo milicja była bezradna. Nasz protest był mądry, dla nas pod wieloma względami bezpieczny, a równocześnie dotknęliśmy władze do żywego - dodaje Urszula Radek.

Zrobimy wam godzinę milicyjną

Informacje o niesamowitym proteście błyskawicznie idą w eter. Dzięki Radiu Wolna Europa o Świdniku mówi cały świat. Inni próbują naśladować i Dziennik jest bojkotowany w kolejnych miastach. Komunistyczne władze traktują to jak policzek. 11 lutego w Świdniku - jedynym mieście w Polsce - zostaje przesunięta godzina milicyjna: z 22 na 19. Ta bezprecedensowa decyzja ma ukrócić niewygodne dla władzy praktyki. Do tego dochodzą inne restrykcje: wyłączanie prądu, odcinanie wody i telefonów. W porze głównego wydania Dziennika Telewizyjnego na ulice Świdnika wyjeżdżają bojowe samochody ZOMO, czołgi, wozy strażackie.
- Taka demonstracja siły. Że lepiej się nam nie stawiajcie, bo to my dyktujemy tutaj warunki - wyjaśnia Henryk Gontarz. Efekt? - Zaczęliśmy spacerować przy pierwszym wydaniu Dziennika, o 17. Kto żyw i zdrów wychodził z domu. Ja brałem żonę, 10-letniego syna i i 14-letnią córkę. Szliśmy, jakby nic nas nie obchodziło. Graliśmy tym na nosie milicji.
- To było nieprawdopodobne przeżycie - dodaje Radek. - Takiego poczucia jedności nie przeżyłam nigdy wcześniej i później. Podczas któregoś spaceru na wysokości ul. Mickiewicza jakiś ubek próbował wyciągnąć z tłumu mojego męża. Wiadomo, jakie były skutki: wywiezienie za miasto, może coś gorszego... Obcy ludzie, którzy szli obok wyszarpnęli męża z rąk tamtego. Była w tym taka determinacja, taka siła... Tego się nie zapomina.

Koszmar mroku

Alfred Bondos, jeden z przywódców świdnickiego strajku o spacerach dowiaduje się od... hydraulika Jana Borysiuka. To jego jedyny kontakt ze światem od 16 grudnia ‘81. Bondos, obawiając się aresztowania, został wtedy w zakładzie. Przez kolejne cztery miesiące ukrywa się w kanale ciepłowniczym. Żyje w prymitywnych warunkach, bez światła, ogrzewania, kontaktu z ludźmi. Pisze odezwy do ludzi. W domu czeka na niego żona z dwójką dzieci. Dostaje od nich listy, które przemyca do kanału Janek Borysiuk.
W lutym żona Alina pisze mu o spacerach. - Strasznie się tym ucieszyłem. Dla mnie to był chyba najszczęśliwszy moment w kanale, w tej mojej "strefie mroku”. Wiedziałem już, że nie jestem sam - opowiada Bondos. - My, świdniczanie, pokazaliśmy, że jesteśmy mądrzy, odważni i mamy charakter.
Tadeuszowi Zimie odwagi nie brakuje. Podczas spacerów pcha się pod same okna komendy na Sławińskiego. Tak do 11 lutego. To ważny dzień w jego życiu. Właśnie obiecano mu nową pracę. Z WSK wyleciał dyscyplinarnie 5 stycznia. Za udział w strajku. Na utrzymaniu ma niepracującą żonę i dwoje dzieci. Spacerują oczywiście razem.
- Tego dnia już nie wyszliśmy na ulicę, bo tuż przed 17 zgarnęli mnie na Północną, gdzie przesiedziałem 48 godzin. I zaraz błyskawiczna decyzja o internowaniu. Wywieźli mnie do więzienia we Włodawie.
Żona Tadeusza musi iść do pracy, żeby utrzymać rodzinę. Dzieci trzeba oddać do przedszkola, ale żadne przedszkole nie chce przyjąć dzieci "wywrotowca”.

Takie mamy czasy

Po dwóch tygodniach spacerów atmosfera w Świdniku się zagęszcza. Trwają aresztowania. Wiadomo, że rozwścieczona władza szykuje kolejne represje, by złamać mieszkańców Świdnika. Ksiądz Jan Hryniewicz, duchowy autorytet świdniczan, znany ze swojej opozycyjnej działalności apeluje do ludzi, by zrezygnowali z wieczornych spacerów, bo ich skutki mogą być dramatyczne. 14 lutego ‘82 świdniczanie po raz ostatni wychodzą na ulice.
- Odnieśliśmy zwycięstwo, nie daliśmy się. To najważniejsze - ocenia Alfred Bondos, który wrócił z ukrycia do domu dokładnie po roku, 16 grudnia ‘82.
Tadeusz Zima, który w więzieniu spędził ponad 4 miesiące zamyśla się: - Zawsze mówiłem, że jak nie będzie prawa i prawdy to będę w opozycji. W czasie stanu wojennego odniosłem moralne zwycięstwo. A dziś? Dziś jestem w moralnej opozycji. Bo i takie mamy czasy.


Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!