środa, 23 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Stacja Bełżec. Ostatnia stacja w ich życiu

Dodano: 26 lutego 2010, 18:36

Do ostatniej chwili łudzili się, że pociągi wiozą ich do obozu pracy. Trafiali jednak pod Tomaszów Lubelski do obozu śmierci. Stacja Bełżec była ostatnią stacją w ich życiu.

Początek czerwca 1966 roku. Dzień gorący i bezchmurny. – Wreszcie możemy oddalić się z zagrożonego terenu – wspomina pan Tadeusz Wolczyk. Odchodzą jakieś sto metrów od miejsca, gdzie kwadrans wcześniej zdetonowana została butla z trującym gazem. Próbki się nie zabarwiły, a to oznacza, że skażenie tu nie występuje. Razem z kolegą od trzech godzin sprawdzają skażenie w szczelnych, podgumowanych uniformach. Wreszcie mogą zdjąć maski przeciwgazowe.

Butli było więcej

22 lata temu skończyła się wojna. Przy obozie śmierci w Bełżcu trwa wydobycie piasku na potrzeby cegielni. Uwagę operatora koparki przykuła butla, na którą łyżka natrafiła na głębokości około 3 metrów. Butli było więcej. W środku cyjanowodór. Ściągnięto saperów. – Jedną z butli unieszkodliwiliśmy wśród rozległych ugorów i nieużytków leżących w trójkącie wsi Kornie–PGR Machnów Stary–granica państwa – opowiada Wolczyk.

Pozostało 25 butli ze śmiertelną trucizną.

Cyjanowodór (kwas pruski) to silnie toksyczny nieorganiczny związek chemiczny. W temperaturze pokojowej jest to bezbarwna, łatwo parująca ciecz o intensywnym zapachu gorzkich migdałów. Do organizmu przenika przez śluzówki i drogi oddechowe. To trucizna o piorunującym działaniu. Do zgonu dochodzi w ciągu kilku sekund.

– Rozpinamy gumowe ubrania, zapalamy papierosa. Ustalamy, że po półgodzinie sprawdzimy, czy występuje skażenie, a jeśli tak, to w jakiej odległości od miejsca eksplozji – opowiada pan Tadeusz.

Ruszają. 200 gramów trotylu przecięło "ich” butlę na pół: – Widzę, że po czerepach łażą mrówki. Owadów nie bierze? Dwie próby nic nie wskazały. Baliśmy się jednak zdjąć maski.
Odchodzą na dwadzieścia kilka metrów: Pierwszy oddech lękliwy. – Nie odczuwam żadnej woni, dlatego zaczynam oddychać normalnie. Koniec pracy, koniec blokady.

Wracają do Bełżca, a stamtąd do Hrebennego, gdzie w strażnicy Wojsk Ochrony Pogranicza mają nocleg. Na drugi dzień do Bełżca ma przyjechać szef Wojsk Chemicznych Wojska Polskiego.

Pukiel włosów

Ranek był nadzwyczaj pogodny i piękny. Zewsząd dolatywał wesoły świergot ptaków. – Na krótkiej odprawie przypomniałem żołnierzom o zachowaniu szczególnej ostrożności z materiałem wybuchowym podczas przewożenia, przenoszenia i niszczenia cyjanowodoru – wspomina nasz rozmówca. – Jeden z samochodów ustawiłem na poboczu drogi przy wjeździe do obozu zagłady.
Nie może być nic gorszego od bezczynności, dwóch żołnierzy poprosiło, aby z wykrywaczem udać się na teren obozu. – Po chwili wahania, zezwoliłem – opowiada pan Tadeusz. – Wypaliłem już kilka papierosów, oczekiwanie się przedłuża. Coś trzeba robić. Spacerem udałem się w kierunku obozu.

Uważnie przyglądał się wokoło. – Dziwne podłoże: drobny żwir, piasek... To rozkruszone ludzkie kości! Stałem w miejscu najstraszniejszej zbrodni! – opowiada historię sprzed ponad 40 lat jakby się wydarzyła wczoraj.

Żołnierze odgrzebali w tym czasie wielki, piękny pukiel kobiecych włosów koloru ciemnej miedzi. Spięte były dużą ozdobną metalową klamrą. Czyje to były włosy? Sary z Lublina, Racheli spod Lwowa?

Fabryka śmierci

Prace przy organizowaniu obozu zagłady dla ludności żydowskiej rozpoczęły się w Bełżcu na jesieni 1941 roku. Wybrano teren o powierzchni 7 hektarów położony blisko stacji kolejowej. Miejsce ogrodzono, doprowadzono bocznicę kolejową, wzniesiono baraki. W okresie doświadczalnym, kiedy obóz był w fazie budowy, prowadzono eksperymenty z komorami gazowymi. Zamordowano wówczas grupę 150 Żydów z Lubyczy Królewskiej. Były to pierwsze ofiary obozu.

Systematyczne transporty zaczęły napływać od 17 marca 1942 roku. Tego dnia na stracenie przywieziono po około 1500 Żydów z Lublina i Lwowa. Po dotarciu transportu na miejsce, dokonywano wstępnej selekcji. Osoby starsze, chore oraz dzieci były prowadzone nad jeden z masowych grobów, w którym musiały położyć się twarzą do ziemi, a esesmani dokonywali egzekucji strzałem w tył głowy. Pozostałych uśmiercano w komorach gazowych. Najpierw prowadzono tam mężczyzn. Kobiety wcześniej strzyżono. Zwłoki ofiar grzebano w dołach, a po kilku miesiącach palono na stosach.

Na tym etapie likwidacji uległo lubelskie getto; największe w regionie. Do połowy kwietnia zdecydowana większość lubelskich Żydów zginęła w komorach gazowych Bełżca.

W połowie 1943 roku hitlerowcy rozwiązali obóz, ślady zbrodni zatarli, teren zniwelowali i zalesili. W sumie zginęło tam ok. 600 tys. Żydów z całej Europy oraz ok. 1,5 tys. Polaków.

Ktoś chce wysadzić Bełżec

W końcu pojawił się ten, na którego czekali, a w zasadzie prawie ten, bo zamiast szefa Wojsk Chemicznych przyjechał jego zastępca. Ale to nic w porównaniu z kolejną niespodzianką: "wyparowała” jedna butla. Przepadła, rozpłynęła się, nie ma. Wystarczy na uśmiercenie połowy Bełżca. Komu to potrzebne? Teren był ogrodzony i oznakowany, a jednak ktoś ją ukradł. Na piasku pozostał ślad po wozie na metalowych kołach. Wojsko prosi o pomoc w odnalezieniu "zguby” milicję. Nie czekając na wynik poszukiwań, ostrożnie wywożą 24 butle z trucizną i detonują w tym samym miejscu, gdzie dzień wcześniej zniszczono pierwszą.

Butla się znalazła. Zabrał ją jeden z gospodarzy, by wykorzystać na obręcze do piasty koła furmanki. Zamierzał ja... pociąć. Na butli był już rowek po brzeszczocie. Ją też zniszczył trotyl.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!