piątek, 9 grudnia 2016 r.

Magazyn

Stoczniowiec z Woli Niemieckiej

Dodano: 8 listopada 2001, 15:00

"Biegnąca po Falach” - najpiękniejszy jacht na mazurskich jeziorach
\"Biegnąca po Falach” - najpiękniejszy jacht na mazurskich jeziorach

Koryta brzuchatych łodzi stoją na kołkach. Jedna dopiero sklejona z części, druga świeci świeżym drewnem kabiny. W śliwkowym sadzie w Woli Niemieckiej pod Lublinem Adam Glegoła buduje jachty. Do Mazur jakieś czterysta kilometrów, ale co tam. Kilkanaście wodowań ma już
za sobą.

A. Glegoła zastrzega, że nie jest szkutnikiem. Szkutnictwo to rzemiosło. Gdy coś jest narysowane, obliczone i tylko wyciąć i skleić - to żadna sztuka. A zbudować jacht od stępki, w głowie go wymyślić - to co innego. Dowód pływa po Mazurach. "Biegnąca po Falach” - najpiękniejszy jacht na jeziorach, zbudowany przez A. Glegołę. Łódka, pod którą fotografują się wszyscy.

Zamiast naprawiać lodówki

- Wzięło mnie w szkole średniej. W Lublinie na Długosza, w technikum, budowaliśmy w schronie łódki. Miałem zostać energetykiem-chłodnikiem, ale łódki stały się ważniejsze. Rysowaliśmy je, budowaliśmy. Zrobiliśmy trzy piraty - łódki otwartopokładowe. Tak się nauczyłem rysować, że na WSI z rysunkiem technicznym kłopotu nie było.
W Polsce w latach 60. popularne były już kabinowe ramblery. - Chodziło mi po głowie, żeby skombinować kabinówkę. Wziąłem zeszyt, ołówek... To, co wtedy zacząłem kreślić, to był pierwowzór Penelopy, którą zbudowałem dużo później.
Wróciłem z wojska. W Yacht Clubie rządził Waldemar Czechowicz. Szaleniec, czasem nie do wytrzymania, ale bez niego nic by nie było. On uwierzył, że możemy zbudować łódkę. Z tego szaleństwa powstał najpierw "Rumcajs - szkoleniowa, dwumasztowa łódka, która nadała nowy sens klubowi żeglarskiemu. Bo można było mieć "Rumcajsa”, to może i coś innego?

Stocznia w Domu Kultury

Klub miał lokum w Domu Kultury LSM przy Wallenroda. Długość i szerokość pracowni żeglarskiej była określona. - Ująłem metr na obejście i manewry. I tak powstały wymiary "Biegnącej po Falach” - 13,5 metra długości pokładu na 3,05 metra szerokości. Pracowaliśmy półtora roku, po kilkanaście godzin na dzień.
To było praktycznie niemożliwe przedsięwzięcie. W tamtych czasach - a były to lata 70. - brakowało wszystkiego, wszystkie materiały trzeba było skądś wydostać, nie mówiąc o tym, że pieniędzy też nie było. - Ale pomagali wszyscy: Dom Kultury, harcerze, żeglarze i kto mógł - dodaje A. Glegoła.
Łódki buduje się tak, że jest ktoś od projektowania, jest stolarz, który zrobi kopyto, żeby kadłub odrobić, kto inny mebluje, kto inny jest od masztów i takielunku, wyplatania lin.
- A ja miałem tylko wizję i ołówek. Ale nawet żagle uszyłem. Bałem się jak diabli, czy będzie pływać. Zrobiliśmy łódkę w 1976 roku, nazwałem ją "Biegnąca po Falach”. Matką chrzestną została moja przyszła żona Ola.
Wywozimy na jeziora, spuszczamy dźwigiem na wodę, a ona stoi! Trzyma linię wody i nie ma uchyleń. Bo, wie pani, łódź ma określone zanurzenie i powinna chodzić prościutko. Jakoś tak się dzieje, że wiem, jak ma być, obywam się bez projektu, proporcje same się pod ręką wyważają...
"Biegnąca po Falach” jest dziś ładniejsza niż na początku. Szlachetną linię podkreśla jeszcze galeryjka, ma przebudowaną kabinę, a najważniejsze - maszt i ożaglowanie.
- Kiedyś Ziemek Barański, ten z żaglowca "Roztocze”, mówi: Wiesz, jakby to było można wydać komendę: "Fok i marsel dookoła!” No i zmieniło się ożaglowanie. Na pierwszy maszt doszły reje i żagle czworokątne, można przestawiać żagle dokoła. "Biegnąca” jest teraz brygantyną, świetnie utrzymaną, zadbaną przez Wojtka Sadowskiego bez najmniejszej ryski. Radość patrzeć.

Królowa nie może się wyprostować
Wieść o urodzie jachtu rozeszła się błyskawicznie. Klub w BielskuBiałej też chciał mieć takie cudo. Adam Glegoła zbudował więc dla nich siostrę Biegnącej - "Smugę Cienia”.
Potem powstała "Penelopa”. Nieduża, 7,15 metra pokładu, ale zgrabna i lotna. Dziesięć lat temu pan Adam dorobił się rodzinnego jachtu - "Złotej Rybki”: 5,60 metra. Kabinka taka, że wyprostować się nie sposób i żona narzeka.
- No, to teraz już muszę coś zbudować na ludzką miarę - śmieje się, dumnie wskazując na wysokość drzwiczek nowej kabiny.
Żonę nazywa królową. Co roku pływa z nią na Mazury, choćby na kilka dni. Taka coroczna podróż poślubna. "Złota Rybka” jest dumą rodziny. Córka Katarzyna w tym roku wygrała na niej regaty.
Zwrotność i szybkość jachtów to cechy, które najbardziej sobie cenią dzisiejsi żeglarze. A tymczasem łodzie pana Adama nie są najszybsze i w ogóle takie niedzisiejsze. Bez włókna szklanego, plastiku, z "boazerią” w konstrukcji i na pokładzie.
- Mam w Norwegii przyjaciela, który pracuje na platformie wiertniczej. Wyremontowałem mu łódkę z 1933 roku, skonstruowaną przez autora olimpijskiego "Dragona”. Nie ma dla niego nic cenniejszego. On tę łódź tak kocha, że samolotem do niej przylatuje. Nie da się porównać tego przywiązania z żadnym hobby.
- Wszyscy mówimy, że łodzie Adama mają duszę - mówi Wiesław Dumkiewicz, właściciel "Penelopy”. - Są ciepłe, przyjazne, noszą ślad serca konstruktora.
Ich wykonawca twierdzi, że tak musi być. Drewno jest żywe, żaden plastik się z nim nie równa w szlachetności, a jak się każdą deseczkę w rękach obrabia, chucha, głaszcze, to coś i z człowieka w niej zostaje.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO