wtorek, 24 października 2017 r.

Magazyn

Sudoł: Chcemy tam jeszcze wrócić

  Edytuj ten wpis
Dodano: 17 kwietnia 2008, 12:25

Rozmowa z Ryszardem Sudołem, byłym z-cą burmistrza Świdnika

Byłem na Białorusi 11 razy. Nigdy nic przykrego mnie tam nie spotkało, wręcz przeciwnie - wielka życzliwość. Tym razem też wszystko zapowiadało się jak najlepiej. Dopóki nie zjawili się milicjanci.


• Pamięta pan swój pierwszy wyjazd do białoruskiego Radunia?

- Bardzo dobrze. Był 2002 rok. Pojechałem tam jako wiceburmistrz Świdnika, żeby nawiązać oficjalną współpracę partnerską. Z takim pomysłem wystąpił nasz radny Stanisław Kubiniec. Trasa pielgrzymki, w której brał udział wiodła właśnie przez Raduń. Zobaczył, że w 5 tysięcznym miasteczku ponad 90 proc. mieszkańców to Polacy.

•Pierwsze wrażenie po przyjeździe do Radunia?

- Bardzo pozytywne. Zostaliśmy powitani z niezwykłą życzliwością i sympatią, jak to się mówi: z otwartymi ramionami. Gdy szliśmy ulicą, to na dźwięk polskiej mowy ludzie nas zatrzymywali, witali się, chcieli zamienić kilka słów. Tak byli spragnieni polskości. To było niebywałe wrażenie. Uświadomiło nam, jak silny związek czują ci ludzie z Polską. Choć historia sprawiła, że żyją dziś na Białorusi, wciąż są Polakami. I żadne administracyjne granice tego nie zmienią.

•Pytali o Polskę?

- Pytali i mówili, że marzą o przyjeździe do nas. A jaką w oczach mieli tęsknotę... Szczególnie starsi ludzie, którzy pamiętają czasy, gdy Raduń był polskim miastem powiatowym. Tej nostalgii za ojczyzną nie da się opisać.

•Czym zaowocowała ta pierwsza wizyta w Raduniu?

- Deklaracją podpisania umowy o partnerstwie. Powstał pomysł, by polskie dzieci przyjechały do Świdnika na wakacje. Udało się to zrobić już w lipcu 2003 roku, kiedy przyjechała do nas grupa kilkudziesięciu dzieci.

•Spodobało im się w Świdniku?

- To mało powiedziane. Dzieciaki były po prostu zachwycone. Niektóre z nich nigdy wcześniej nie wyjeżdżały z Radunia, dla wielu to były pierwsze wakacje. Zabraliśmy je do Zakopanego. Tam po raz pierwszy w życiu zobaczyły góry. Dziwiły się, że są takie wysokie. Tych "zdziwień” było zresztą więcej. Były zaskoczone, że u nas w każdym domu jest telewizor, że prawie każda rodzina ma samochód. Nasze sklepy je wprost zachwyciły.

•W Raduniu życie wygląda bardziej skromnie?

- Bez wątpienia. To co dla nas jest przeciętnym poziomem, dla nich jest dostatkiem. Dzieci nie chciały od nas wyjeżdżać, płakały. A my wiedzieliśmy, że na tej jednej wizycie na pewno się nie skończy. I w tym roku dzieci przyjadą do nas już po raz siódmy. W sumie przyjęliśmy ponad 200 dzieciaków. Teraz, gdy my jesteśmy w Raduniu, to co trzecie dziecko spontanicznie rzuca nam się na szyję. Traktują nas, świdniczan, jak najbliższą rodzinę. To pokazuje, że warto było zaangażować się w tę współpracę.

•Jak jeszcze rozwinęły się kontakty z Raduniem?

- W każde Boże Narodzenie wysyłamy polskim rodzinom paczki. Jest w nich opłatek i życzenia. Żywność, książki, ubrania. Wiemy, że to potrzebna pomoc, na którą nasi rodacy czekają.

No i jest jeszcze coś, z czego jesteśmy bardzo dumni. To taki nasz wspólny sukces. Otóż trzy lata temu do Świdnika przyjechały 3 czternastolatki z polskich inteligenckich rodzin mieszkających w Raduniu. Jana, Oksana i Weronika rozpoczęły naukę w świdnickim liceum, ich opiekunem prawnym został dyrektor szkoły, specjalne stypendium ufundował lubelski Caritas.

Dziewczyny pokonały mnóstwo barier, poradziły sobie z tęsknotą za rodziną, żeby tylko uczyć się w Polsce i mieć szansę na studiowanie tutaj. Za kilka tygodni będą zdawać maturę. Wszystkie chcą iść na Uniwersytet Medyczny. Nie wyobrażają sobie życia poza Polską. A my myślimy już o kolejnych młodych ludziach z Radunia, którym chcemy umożliwić zdobycie u nas wykształcenia.

•Zdaje się, że w tej sprawie pojechaliście w miniony weekend do Radunia?

- Ze Świdnika pojechała tym razem 8-osobowa delegacja. Mieliśmy rozmawiać o przyszłości Jany, Oksany, Weroniki i o nowych osobach, które chcemy przyjąć jeszcze w tym roku. Jak zwykle zostaliśmy wspaniale przyjęci.

W sobotę byliśmy w Nowogródku. W niedzielę poszliśmy na polską mszę w Raduniu. Przyjechała na nią także Andżelika Borys, szefowa Związku Polaków na Białorusi. Po mszy pojechaliśmy razem na obiad do zaprzyjaźnionej polskiej rodziny. Tam grupka polskich dzieci wystąpiła dla nas w specjalnym programie artystycznym.

•I...

- Po pół godzinie do mieszkania weszło 5 funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa. Nas tylko wylegitymowali i zostawili w spokoju. Natomiast Andżelikę Borys zabrali ze sobą na komisariat.

•Była zaskoczona?

- Nie, w ogóle. Widać to dla niej chleb powszedni.

•A wy co zrobiliście?

- Poszliśmy na kolejne spotkanie, tym razem w kawiarni. Tam, po godzinie, dołączyła do nas Andżelika Borys. Nie chciała mówić o tym, co się działo na komisariacie.

Posiedziała z nami chwilę. Kwadrans po jej wyjściu zjawiło się 10 funkcjonariuszy: milicjanci, pogranicznicy i trzej cywile. Zażądali od nas paszportów. Odmówiliśmy mówiąc, że będziemy rozmawiać z nimi tylko w obecności polskiego tłumacza i konsula.

Kazali nam iść ze sobą na komisariat twierdząc, że przebywamy nielegalnie w przygranicznej strefie. Nie zgodziliśmy się, kategorycznie stwierdziliśmy, że nie ruszymy się z miejsca. Jeden z nas zadzwonił do polskiego konsula.

•Co na to milicjanci?

- Chyba nie spodziewali się takiego oporu. Czekając na konsula wróciliśmy do zabawy. Normalnie rozmawialiśmy, nawet tańczyliśmy, nie dawaliśmy po sobie poznać, że nas jakoś dotyka ich obecność. Choć niepewność i lekki niepokój oczywiście były.

•A co na to wszystko inne osoby, które były w tym czasie w kawiarni?

- Reakcja miejscowych Polaków była niesamowita! Zaczęli się zwyczajnie o nas wykłócać z milicjantami. Mówili: dlaczego tak ich traktujecie, przecież to nasi goście!

Nie byli zdziwieni tym nalotem władzy, raczej bardzo zawstydzeni, że nas to spotkało. Tym bardziej, że to wszystko od początku filmowała państwowa telewizja z Grodna.

•Przyjazd konsula załatwił sprawę?

- W jego obecności okazaliśmy wszystkie dokumenty. Milicjanci stracili rezon i wyszli. Ale jeszcze w powrotnej drodze z kawiarni czuliśmy za plecami "aniołów stróżów”. Podobnie następnego dnia, gdy wracaliśmy do Polski. "Odprowadzili” nas do samej granicy.

•Nie boicie się, że to mogła być ostatnia wasza wizyta w Raduniu?

- Mam nadzieję, że nie. To by była ogromna strata. Przede wszystkim dla Polaków, którzy tam mieszkają i z którymi nawiązaliśmy kontakty. Ta współpraca do tej pory rozwijała się znakomicie, tyle dzieci na tym skorzystało. Nie wyobrażam sobie, żeby to zaprzepaścić. Chcemy tam jeszcze wrócić.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!