sobota, 21 października 2017 r.

Magazyn

Tam, gdzie znikają ludzie

  Edytuj ten wpis
Dodano: 22 marca 2007, 15:37
Autor: PAWEŁ PUZIO

Piotr Pustelnik, jeden z najlepszych polskich himalaistów, pierwsze raz poczuł adrenalinę... na torach kolejowych pod Lubartowem.

Tu mieszkali jego dziadkowie, a młody Pustelnik przyjeżdżał do Lubartowa na każde wakacje. Z kolegami sprawdzał się na torach kolejowych. Kto najpóźniej uskoczył przed nadjeżdżającym pociągiem, ten wygrywał. Potem na szczęście zmienił obiekt zainteresowań. Dziś do zdobycia korony Himalajów brakuje mu tylko jednego szczytu - Annapurny.
Siedzimy na lotnisku w Monachium. Pogoda koszmarna i samolot się spóźnia. Co chwila tylko jakiś Niemiec beznamiętnie informuje o wzrastającym opóźnieniu. Możemy za to pogadać. Piotr Pustelnik, rocznik 1951, spokojnym głosem opowiada o śmierci, która zawsze towarzyszy alpinistom.

Tylko dziura zostaje

- Człowiek z górach ginie jak mgnienie. Jest i za chwilę go nie ma. Wanda Rutkiewicz tak znikła. Została na biwaku, tuż przed atakiem na szczyt trzeciej góry ziemi, Kangczendzonga (8586 m n.p.m.) Ostatni raz widziana była na wysokości 8200-8300 metrów. Po prostu znikła - opowiada Pustelnik. - Nikt nie wie, co się stało. Może zeszła lawina?
Śmierć to chleb powszedni alpinisty. - Nie raz potykałem się z tą panią. Szliśmy we dwóch w Alpach. Pogoda była paskudna. Tak duło, że nie było widać dalej niż na pięć metrów. W pewnym momencie wpadłem w szczelinę. Kumpel nawet nie zauważył, że mnie nie ma. Spadałem 20, może 30 metrów. W końcu się zaklinowałem w lodowym przesmyku. Byłem niesamowicie poobijany. Lokalizator lawinowy nie działał, bo lodowate ściany zagłuszały możliwość połączenia - opowiada Pustelnik. - Powoli się wyswobodziłem. I metr za metrem, przy pomocy czekana, raków, śrub lodowych i pętli zacząłem brnąć do góry. Kumpel w końcu zauważył, że mnie nie ma. Chodził wkoło i mnie szukał. Po człowieku, który wpadnie w szczelinę pozostaje tylko taka dziura, na szerokość ramion. Po sześciu godzinach mozolnej wspinaczki w końcu wyszedłem ze szczeliny. Uratował nas śmigłowiec. Sami chyba nie dalibyśmy radu zejść z tej góry.

Sens wspinaczki

Uśmiech nie znika z twarzy himalaisty.
Mimo, że wielu jego znajomych już na zawsze zostało w górach.
Mimo, że stracił część palca w wyniku odmrożenia, nadal góry są najważniejsze w życiu. - Sens wspinaczki, to walka ze sobą. Nie można się poddać. Jak raz się otrzesz o śmierć, to musisz wrócić w góry. Złamiesz się, to już po tobie - mówi.
Sam wspinaczką zaraził się u kuzyna na wakacjach, w Beskidzie Śląskim. Najpierw były małe górki, potem coraz wyższe.
- W 1978 roku zdałem egzamin na instruktora alpinizmu. I tak się zaczęła przygoda z prawdziwymi górami - opowiada Pustelnik. - Zaczynałem od Tatr i Alp. W słynnych latach osiemdziesiątych, zdarzało się, że z wyprawy, której szefowałem, wracało tylko kilka osób. I były jaja, bo nie było wiadomo, czy smutny pan wyda paszport na kolejny wyjazd.
Polskie wyprawy w Alpy w tamtym czasie przypominały karawany arabskich kupców. - Jedzenie, sprzęt... wszystko upychaliśmy po kątach naszych samochodów. Nie było pieniędzy, a góry ciągnęły. Czasami austriaccy celnicy nie mogli wyjść z podziwu, widząc nasze zapakowane po sufit pojazdy. Teraz jest inaczej. 70 proc czasu spędzamy na szukaniu sponsorów wyprawy - dodaje Piotr Pustelnik.

Koniec obsesji

Życie himalaisty na wyprawie to nie tylko ryzyko i wspinaczka. To także ogromny wysiłek organizacyjny. Zgranie tragarzy, sprzęt, bazy. - Każda wyprawa musi po sobie dokładnie posprzątać. Kto zostawi śmiecie, ten płaci ogromną karę i ma zakaz wjazdu w Himalaje - podkreśla.
Wiosną 2004 kierowana przez niego międzynarodowa wyprawa za cel obrała sobie dziesiątą górę świata; Annapurnę. Mimo dużego wysiłku wszystkich członków wyprawy w trudnych warunkach pogodowych cel nie został osiągnięty. Wyprawa wspinając się drogą Boningtona dotarła do kluczowych trudności na wysokości ok. 7200 i z powodu złej pogody musiała się wycofać.
Rok 2005. Znowu wiosna i znowu Annapurna. I jeszcze raz droga Boningtona. I oczywiście koszmarna pogoda.
Wyczerpani członkowie wyprawy nie dali rady zdobyć szczytu.
- Tylko Annapurny mi brakuje do korony Himalajów - mówi Pustelnik. - Kiedyś to byłą moja obsesja, ale dałem sobie spokój. Już nie śnię o tej górze. I nigdy na nią nie wejdę. Czy odczuwam niedosyt? Pewnie, w głębi serca, tak. Nie to jednak jest ważne.

Kopanie jamy

Po latach Piotr Pustelnik wrócił do Lubartowa. - Nie poznałem tego miasta. To była podróż sentymentalna. Miło było powspominać letnie szaleństwa na torach kolejowych czy kopanie przepastnych jam w piachu. To mi zostało na zawsze, bo podczas wypraw w Himalajach kopaliśmy jaskinie w śniegu, gdzie spokojnie można było żyć.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!