środa, 23 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Terroryści w szalikach

Autor: Dominik Smaga

Po drodze na mecz potrafią splądrować sklep, by zdobyć alkohol dodający im werwy w walce na stadionie.

Na meczu potrafią atakować ochronę, policję, a nawet piłkarzy. Skutecznego sposobu na ich poskromienie nikt nie potrafi znaleźć. A zwykli ludzie coraz rzadziej odwiedzają stadiony.

Żądnych mocnych wrażeń szalikowców bardzo często określa się mianem "pseudokibice”. Choć oni sami są święcie przekonani, że to właśnie oni są tymi prawdziwymi kibicami. A tych, którzy na mecz przychodzą z rodzinami po to, by popatrzeć na sportową rywalizację, nazywają pogardliwie "piknikowcami”. Tyle, że tych ostatnich jest coraz mniej. Bo zwyczajnie boją się przychodzić na stadion.

W ten sposób szalikowcy głoszący hasła o miłości do klubu i wierności jego barwom sami przyczyniają się do osłabienia kondycji swojej, podobno ukochanej, drużyny.

Kasy coraz mniej

- Z każdego meczu na stadionie powinniśmy mieć około 30 tysięcy złotych przychodu - szacuje Tomasz Chmura, prezes Lubelskiego Klubu Piłkarskiego Motor. - Niestety kibiców nie ma aż tylu, bo część z nich boi się przychodzić na mecze. I ze sprzedaży biletów na jeden mecz mamy po 12 tys. złotych.

A im większe ryzyko zadymy, tym więcej kosztuje organizacja meczu. - Przy zwykłym spotkaniu zgodnie z przepisami powinienem mieć 49 ochroniarzy. Godzina pracy każdego z nich kosztuje 31,50 zł. Ochronę muszę wynająć na pięć godzin. Wystarczy sobie policzyć - mówi Chmura. - Jeszcze gorzej jest przy meczu zakwalifikowanym jako spotkanie podwyższonego ryzyka. Tutaj muszę mieć już 89 ochroniarzy, a ich godzinowa stawka rośnie do 43 zł.

A nie trzeba wiele, by mecz został zakwalifikowany jako spotkanie podwyższonego ryzyka. Wystarczy, by grały ze sobą drużyny, których szalikowcy są ze sobą zwaśnieni, albo mają już "osiągnięcia” w trakcie zadym w innych miastach.

Komendy policji z różnych województw wymieniają się między sobą informacjami. Funkcjonariusze śledzą też fora internetowe, na których pseudokibice zagrzewają się do boju. - I wtedy lepiej dmuchać na zimne - mówi Janusz Wójtowicz, rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.

Korek albo zadyma

To dmuchanie na zimne doprowadza nieraz do szału tych, którym mecz i stadionowe zadymy są zupełnie obojętne. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Przed sierpniowym meczem Motoru Lublin z Widzewem Łódź, który był rozgrywany po południu na lubelskim stadionie miejscy urzędnicy na wniosek policji już o godz. 8 rano zamknęli przebiegające obok stadionu Aleje Zygmuntowskie. Mundurowi tłumaczyli, że muszą odpowiednio przygotować sobie pole działania.

Wtedy rzeczywiście doszło do dużych rozrób. Sędzia musiał przerwać mecz, organizatorzy spotkania musieli prosić policję o wkroczenie na trybuny. Mieszkańcy Lublina, którzy nie byli zainteresowani meczem, pukali się w głowę słysząc, że droga musi być zamknięta już od samego rana.

Ja chcę do domu!

Pod koniec września, gdy Motor grał z ŁKS Łódź, policja prosiła miasto o zamknięcie jezdni od godz. 13. - Co mogliśmy zrobić? Powiedzieć "nie zamykamy”? Przecież policja i tak może postawić radiowóz w poprzek drogi, jeśli uzna, że to konieczne - tłumaczyła nam Anna Adamiak, zastępca dyrektora Wydziału Dróg i Mostów. - Gdybyśmy się nie zgodzili, to wszelkie konsekwencje spadłyby na nas i ktoś by nas winił za to, że jacyś kibice wywrócili samochód, bo nie zamknęliśmy drogi i kierowca mógł tam wjechać.

Ten mecz był rozgrywany w środę. Efektem zamknięcia ulicy były kilometrowe korki, które tworzyły się na głównych arteriach w sąsiedztwie stadionu. Bardzo szeroka al. Unii Lubelskiej była zastawiona samochodami na całej długości. Przejazd z jednego jej końca na drugi zajmował dobre pół godziny. Mieszkańcy stojąc w korkach zgrzytali zębami. Problemy odczuli nawet ci, którzy w odległych od stadionu dzielnicach czekali na przystankach na autobusy i trolejbusy. Czekali dłużej niż zwykle, bo przecież żeby wyjechać z przystanku końcowego autobus musi najpierw tam dotrzeć, a dotrzeć nie mógł, bo stał w korku przy stadionie.

- Co mnie to obchodzi, że jeden debil z drugim ganiają się z pałami po Alejach Zygmuntowskich? Ja chcę dojechać do domu. A że mi wpadnie pod samochód? Ja mam OC - grzmiał później w Ratuszu miejski radny, Kamil Zinczuk, którego w grudniu zeszłego roku grupa wyrostków, wśród których był szalikowiec Motoru, dźgnęła nożem na ulicy w samym centrum Lublina. Ostrze przeszło siedem centymetrów od serca.

Lepiej zamknąć

Zadymy na stadionie przy Zygmuntowskich nie są w Lublinie niczym nowym czy dziwnym. W listopadzie 2002 r. mecz Motor Lublin - Cracovia Kraków zakończył się wynikiem 4:1, trzema uszkodzonymi radiowozami, jednym uszkodzonym autem cywilnym i jednym policjantem w szpitalu. W kwietniu 2004 r. lubelscy piłkarze grali z drużyną Heko Czermno. W drugiej połowie spotkania grupa kiboli zaczęła obrzucać ochroniarzy kamieniami i szklanymi butelkami. Na stadion wkroczyła policja. Wtedy na funkcjonariuszy posypał się grad kamieni. Przeciw mundurowym walczyła armia 250 szalikowców. Policja zaczęła strzelać w tłum gumowymi kulami.

Nic to nie dało. Zamieszki przeniosły się na Al. Zygmuntowskie. Ulica stała się areną walk. 7 policjantów zostało rannych, kibole poważnie uszkodzili cztery samochody.

I właśnie z obawy przed takimi zamieszkami policja prosi o zamykanie drogi. - Wiemy, że powoduje to utrudnienia dla mieszkańców. Ale nie chcemy, żeby w tym miejscu znalazł się ktoś przypadkowy. Zamknięcie przejazdu jest o wiele lepszym rozwiązaniem niż dopuszczenie do jakiejś tragedii - mówi Wójtowicz.

A my kupimy nowe płyty

Na meczu, który odbył się 24 września policji nikt nie atakował. Kamienie i butelki poleciały na strzegących stadionu ochroniarzy, którzy odpowiedzieli gazem łzawiącym. - Może zachowali się trochę nadgorliwie - ocenia prezes Chmura. Zadyma trwała zaledwie kilka minut. A policja i klub mówią, że mecz miał spokojny przebieg.

Za zabawy kibiców płacimy wszyscy. Bo często trzeba naprawiać to, co zniszczyli zadymiarze. - A to brakuje płytek chodnikowych, to znów uszkodzone są znaki drogowe - mówi Adamiak. - Zamierzamy wystąpić do organizatorów meczów, by zabezpieczali imprezy tak, by ich skutki nie były odczuwalne poza stadionem. Bo niby dlaczego wszyscy mieszkańcy mają odczuwać niedogodności?

Od granicy do granicy

Bogu ducha winnych ludzi trzeba strzec przed szalikowcami nawet wiele kilometrów od stadionu. Mundurowi eskortują ich od miejsca wyjazdu do miejsca przyjazdu i z powrotem. Bo zdarzały się przypadki, gdy po drodze hordy pseudokibiców plądrowały sklepy.

Na granicach województwa pilotowanie takiej grupy przejmuje radiowóz z lokalnej komendy i towarzyszy im aż do granic województwa. I tak od regionu do regionu. - Bywa, że niektórzy nie dojeżdżają na mecz, bo mają ze sobą niebezpieczne przedmioty, lub są agresywni - mówi Wójtowicz.

Autokary z kibolami

Przykład? W marcu tego roku ponad 100 szalikowców dwóch różnych drużyn walczyło na drodze krajowej nr 12. Trzy autokary zatrzymały się w tym samym czasie koło stacji paliw. Spotkanie pseudokibiców zakończyło się kilkuminutową bójką. W pobliskim Markuszowie policja zatrzymała dwa autobusy pełne kibiców Odry Opole jadących na mecz z Motorem Lublin. Chuligani z jednego autokaru nie dojechali do Lublina, bo policja nie puściła w dalszą drogę autokaru znajdującego się w złym stanie technicznym. Kierowca drugiego nie miał ze sobą polisy obowiązkowego ubezpieczenia OC. Po kilkugodzinnym postoju kibice zastępczym transportem wrócili do Opola. Dwaj mężczyźni odjechali z Markuszowa radiowozem, bo byli poszukiwani przez policję.

Równo pięć lat temu policja zawróciła w Jastkowie autokar z kibicami Polonii Warszawa udającymi się na mecz do Łęcznej. Szalikowcy wieźli ze sobą race.
30 sfilmowanych

Poskromienie pseudokibiców wcale nie jest łatwe. Milowym krokiem w walce ze stadionowymi bandytami miało być zamontowanie sieci kamer. Sześć lat temu wojewoda lubelski wpisał stadion Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji (MOSiR) na listę obiektów, na których obowiązkowo muszą być zamontowane urządzenia rejestrujące dźwięk i obraz. Niezbędny sprzęt miał być zamontowany 1 maja 2003 r. MOSiR odwołał się od tej decyzji i ostateczny termin przesunięto o dwa lata.

Monitoring trochę pomógł. - Dzięki nagraniom zidentyfikowaliśmy i zatrzymaliśmy już ponad 30 sprawców zamieszek w trakcie meczu z Widzewem Łódź. Jesteśmy w trakcie ustalania następnych - informuje rzecznik lubelskiej policji. Pseudokibice nie mogą się czuć już tak bezkarni. Policjanci w kominiarkach pukają do ich mieszkań, zakuwają w kajdanki i wiozą na komendę. A później wnioskują do sądu o wydanie zakazu stadionowego.

Zakazy stadionowe

Te występują w dwóch rodzajach. Łagodniejszy zabrania tylko wstępu na mecze. Ostrzejsza wersja daje większą, choć nie stuprocentową pewność, że tacy kibice nie trafią na mecz. - W dniu rozgrywek tuż przed meczem muszą się zgłosić w komisariacie koło swojego miejsca zamieszkania - tłumaczy Wójtowicz. - Jeśli ktoś się nie zgłosi na komisariat, wtedy policjanci sami zawiadamiają sąd o niewykonaniu wyroku przez takiego delikwenta. A niezastosowanie się do sądowego wyroku jest już poważnym przestępstwem.

Taki zakaz wcale nietrudno zdobyć. Wystarczy być jednym z rozrabiających kibiców i nie zastosować się do policyjnych apeli o rozejście się. Wobec takich delikwentów policja występuje do sądu o zakaz.

Przypisać miejsce

Chociaż i z kamerą można dać sobie radę. Wystarczy założyć na twarz chustę, a na głowę kaptur.

- Najlepiej by było, gdyby problem rozwiązać tak, jak ma to miejsce na stadionie w Łęcznej - mówi Wójtowicz. - Tam każdy kibic wchodzący na mecz ma przypisane określone miejsce. I wtedy wiadomo, gdzie kto siedzi i kto rzucił kamieniem. Kaptur już nikogo nie chroni. Ale niestety nasz stadion na razie nie spełnia takich warunków, by można zastosować to rozwiązanie.

Znowu ktoś skacze przez płot

To nie jest jedyny feler lubelskiego obiektu. Zabezpieczenie, które teoretycznie powinno być skuteczne, zawodzi z powodu zbyt niskiego ogrodzenia. Na mecz Motoru mogą wejść tylko ci, którzy mają imienną kartę kibica, albo ci, którzy tuż przed spotkaniem wypełnią wniosek o wydanie takiej karty i wpiszą tam swoje dane osobowe, z numerem PESEL włącznie. Ale co z tego, skoro na mecz bez problemu można dostać się nie tylko bez karty, ale nawet bez biletu. Wystarczy przejść pod ogrodzenie od strony rzeki i przeskoczyć przez niski płot. Stali bywalcy stadionu mówią wprost, że ochrona przymyka na to oko. Podobnie było na meczu 24 września. Szalikowcy Motoru przeskakiwali nawet przez płot od strony Al. Zygmuntowskich. Na oczach policji. Ale ta interweniować nie może. Takie są przepisy. - Na stadion możemy wkroczyć wyłącznie na pisemny wniosek organizatora meczu, gdy ten uzna, że nie radzi sobie z sytuacją własnymi siłami ochrony - mówi Wójtowicz.

Dajcie nam kajdanki

Na poniedziałkowej naradzie w lubelskim Ratuszu prezes klubu prosił miasto o podwyższenie płotu przy rzece. Prezydent miasta obiecuje, że przychyli się do tej prośby. Jest jeszcze jeden pomysł: przeniesienie sektora gości w inne miejsce. Tak, by zmniejszyć ryzyko spotkania zwaśnionych grup kibiców.

Kolejnym krokiem w walce ze stadionowym bandytyzmem ma być nowelizacja ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych. Projekt takiej ustawy został już przyjęty przez rząd. Nowe przepisy mają zwiększyć liczbę ochroniarzy na stadionach. Ale jednocześnie mówią o tym, że na zwykłych meczach tylko dwóch na dziesięciu pracowników służb porządkowych musi mieć licencję pracownika ochrony fizycznej.

A na meczach podwyższonego ryzyka: co drugi. Ochroniarze zyskaliby prawo do noszenia kajdanek i miotaczy gazu.

- Przy meczu podwyższonego ryzyka musiałbym zapewnić do służby porządkowej aż 200 osób - szacuje prezes Chmura. - To, niestety, kosztuje, dlatego najprawdopodobniej będziemy musieli powołać własną służbę ochrony.

Nowe kary

Nowa ustawa przewiduje też nowe kary. Za niezastosowanie się do poleceń ochrony lub wnoszenie na stadion alkoholu - areszt, ograniczenie wolności lub grzywna nie niższa niż 2 tys. zł.

Taka sama kara grzywna groziłaby organizatorowi meczu niestosującemu się do poleceń policji. Nawet na 5 lat mógłby trafić do więzienia kibic, który wniósłby na stadion materiały pirotechniczne, lub przewoziłby je w autokarze jadąc na mecz. Do trzech lat odsiadki ma grozić osobie, która wedrze się na płytę stadionu, dwa lata groziłoby za rzucanie niebezpiecznymi przedmiotami. Kibic, który uderzyłby ochroniarza miałby spędzić dwa lata za kratkami, a jeśli zamaskował twarz chustą: trzy lata. Zakaz stadionowy byłby już nierozerwalnie powiązany z obowiązkiem stawiania się w komisariacie podczas meczu.
Czytaj więcej o:
GKS
(1) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

GKS
GKS (28 maja 2009 o 13:58) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Najlepiej by było, gdyby problem rozwiązać tak, jak ma to miejsce na stadionie w Łęcznej - mówi Wójtowicz. - Tam każdy kibic wchodzący na mecz ma przypisane określone miejsce. I wtedy wiadomo, gdzie kto siedzi i kto rzucił kamieniem. Kaptur już nikogo nie chroni. Ale niestety nasz stadion na razie nie spełnia takich warunków, by można zastosować to rozwiązani

HA w Łęcznej teraz każdy siada sobie gdzie chce tylko karnetowicze z A i C siadają na swoje miejsca a w Ekstraklasie był pełny stadion to wtedy można patrzyć kto rzucił !!! ACAB
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (1)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!