piątek, 2 grudnia 2016 r.

Magazyn

Tuszowali, co się da

Dodano: 3 sierpnia 2001, 11:31
Autor: ER,

Mecenas Adam K. sporządził instrukcję, jak ma zeznawać ofiara napadu. Pomogły mu w tym kopie akt sprawy wyniesione przez prokuratora Macieja S. Pieniądze na przekupienie prokuratora wyłożył Andrzej G., zastępca dyrektora Urzędu Miejskiego w Lublinie.

Mecenas Adam K. sporządził instrukcję, jak ma zeznawać ofiara napadu. Pomogły mu w tym kopie akt sprawy wyniesione przez prokuratora Macieja S. Pieniądze na przekupienie prokuratora wyłożył Andrzej G., zastępca dyrektora Urzędu Miejskiego w Lublinie.
Takie są ustalenia krakowskiej prokuratury, która zakończyła śledztwo w sprawie afery na szczytach lubelskiego światka prawniczego. Kilkanaście tomów akt z dowodami o kontaktach lubelskich prawników i urzędnika z gangsterami wpłynęło we wtorek do Sądu Rejonowego w Lublinie. Ale na tym nie koniec. Do odrębnego postępowania wyłączono m.in. wątek dotyczący zaangażowania się w tę sprawę wysokiego funkcjonariusza lubelskiego Centralnego Biura Śledczego i niektórych prokuratorów.

Ustosunkowany dyrektor

Dla Andrzeja G., wpływowego dyrektora wydziału w UM w Lublinie, możliwe było nawet załatwienie nieformalnego spotkania z aresztowanym synem w wydziale dochodzeniowo-śledczym lubelskiej komendy policji. To, według prokuratury, było tylko jedno z poczynań, które miało pomóc wyciągnąć młodzieńca i jego kompanów z kłopotów.
Syn dyrektora brał udział w napadzie dokonanym w kwietniu 1998 roku w Trzcińcu pod Lubartowem. Obrabowano tam wówczas Krzysztofa A. Mężczyzna został zwabiony pod pretekstem kupna samochodu. Tu dopadło go czterech mężczyzn. Był bity wszystkim, co wpadło im w ręce - trzonkiem od siekiery, metalowym pilnikiem. Wkładano mu do ust lufę strzelby. Najagresywniejszy był syn dyrektora. Założył ofierze pętlę na szyję, przerzucił sznur przez belkę i podciągnął. Napastnicy zabrali Krzysztofowi A. 12 tys. zł i kilkaset dolarów.
Mecenas Adam K. zajął się obroną głównego oskarżonego Sławomira S., ps. Pietia, w przeszłości kompana znanego bandyty Ciola. W kwietniu tego roku Sąd Okręgowy w Lublinie wydał w tej sprawie wyrok. Pietia został uznany za organizatora napadu, który zlecił podstępne sprowadzenie Krzysztofa A. do stodoły. Napadniętego okładał kulą inwalidzką. Pietia dostał sześć lat więzienia. Syn urzędnika został skazany na karę czterech i pół roku. Pozostali trzej mężczyźni dostali kary od pięciu do sześciu i pół roku więzienia.

Z napadu na pobicie

Zanim doszło do wyroku, mecenas i dyrektor robili wszystko, żeby poprawić sytuację napastników. Chcieli zamienić napad w pobicie, zmniejszyć w nim udział swoich podopiecznych, czy nawet zupełnie wyplątać ich ze sprawy. Tego właśnie dotyczą zarzuty, które prawnikom, urzędnikowi i ich pomocnikom postawiła krakowska prokuratura.
Mecenas miał dojść do wniosku, że przydałyby się mu zeznania, które w prokuraturze złożył napadnięty. Śledztwo w tej sprawie prowadziła Prokuratura Rejonowa w Lubartowie. Według krakowskiej prokuratury kopie protokołów wyniósł prokurator Maciej S. Nie zajmował się co prawda sprawą napadu, ale miał dostęp do szafy i biurka koleżanki, która prowadziło to śledztwo. Pochodzący ze znanej w Lublinie prawniczej rodziny prokurator nie zrobił tego za darmo. Wysokość łapówki nie jest tu jednak oszałamiająca. Dał się skusić za tysiąc złotych.
Pieniądze dla prokuratura wyłożył dyrektor. Pierwsze kopie akt dotarły przez pośrednika do adwokata w kwietniu 1998 roku. Na ich podstawie mecenas opracował dokładną instrukcję, jak ma zeznawać ofiara napadu.
Krzysztof A., który początkowo twierdził, że został pobity i obrabowany, podczas kolejnego przesłuchania w prokuraturze radykalnie zmienił zeznania. Utrzymywał, że nic mu nie zginęło. Na późniejszej rozprawie przed Sądem Okręgowym w Lublinie opowiadał, że ciągle był przez kogoś nachodzony i przekonywany do podawania w prokuraturze i przed sądem wersji korzystnej dla napastników. Grożono mu śmiercią. Związany z dyrektorem Marek B., żeby wywrzeć na nim większe wrażenie, pokazywał mu legitymację policyjną. Potem się okazało, że dokument jest fałszywy. Spotykał się również z Andrzejem G., który obiecywał mu zrekompensować stracone w napadzie pieniądze.
Kopie akt wypłynęły z lubartowskiej prokuratury dwukrotnie. Na przełomie maja i czerwca Maciej S. znowu miał przekazać adwokatowi odbitki kolejnych protokołów. Informacja o sprzedaży protokołów po raz pierwszy ujrzała światło dzienne dopiero na sądowej rozprawie jesienią ub. roku. Powiedział o tym jeden z oskarżonych.
Na mecenasie, oprócz oskarżenia o pomaganie swojemu klientowi i jego kompanom w uniknięciu odpowiedzialności za napad, ciąży jeszcze zarzut usiłowania przekupienia prokuratorki, która prowadziła śledztwo w tej sprawie. Jeszcze w 1998 roku adwokat miał jej przynieść kawę i alkohol, warte co najmniej 100 zł. Miało to ją przekonać do złagodzenia kwalifikacji zarzucanych napastnikom przestępstw. Pani prokurator łapówki nie przyjęła. Śledztwo zakończyło się oskarżeniem o napad. Jednakże jeszcze zanim sprawa trafiła do sądu, Artur G. wyszedł na wolność i w procesie odpowiadał z wolnej stopy. Zaraz po ogłoszeniu wyroku zastosowano wobec niego areszt. Za kratki do tej pory nie trafił, bo się ukrywa.
Prokuratura uznała, że mecenas dopuszczał się przestępstw mając w znacznym stopniu ograniczoną zdolność pokierowania swoim postępowaniem. W razie skazania adwokat będzie mógł liczyć na łagodniejsze potraktowanie.

Niedokończone wątki

Na procesie, który za kilka miesięcy powinien ruszyć przed Sądem Rejonowym w Lublinie, prokuratorzy będą zeznawać na przemian z kwiatem lubelskiego półświatka. Status niektórych osób może się jeszcze zmienić.
- Kilka wątków zostało wyłączonych do odrębnego postępowania, m.in. związany z przekroczeniem uprawnień przez osobę pełniącą funkcję publiczną - mówi Joanna Kowalska, rzeczniczka krakowskiej prokuratury.
Nieoficjalnie wiadomo, że dotyczy to m.in. funkcjonariusza Centralnego Biura Śledczego i niektórych prokuratorów Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Chodzi o nieformalne spotkanie, do którego doszło w komendzie policji pomiędzy Andrzejem G. a jego synem, podczas którego aresztowany dowiedział się, jak ma zeznawać. Mówił o tym na rozprawie Marcin L., były pracownik wydziału policji zajmującego się walką z przestępczością zorganizowaną lubelskiej policji, którego aresztowano w związku z inną sprawą. Przed sądem zeznawał na wniosek mecenasa Adama K. Opowiedział też o innych działaniach podjętych przez osoby, które chciały pomóc dyrektorowi w wyciągnięciu z kłopotów jego syna.
Mecenas po odsiedzeniu pół roku jest już na wolności. Jeszcze krócej za kratkami przebywał prokurator. Obaj wyszli na wolność za kaucją. Siedzi jeszcze dyrektor, ale termin stosowania wobec niego aresztu upływa za kilka dni. W podobnej sytuacji są trzej pozostali oskarżeni. Czy dalej pozostaną za kratkami, zdecyduje sąd już w poniedziałek.
(ER)
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO