czwartek, 14 grudnia 2017 r.

Magazyn

W dymie i w hałasie

  Edytuj ten wpis
Dodano: 12 lipca 2007, 14:51

Wysiada wątroba, bolą plecy, a dziś kolejna nieprzespana noc. Mają doła gdy ludzie się nie bawią. Denerwują, gdy ktoś prosi o Shakirę, czy Nelly Furtado.

I kochają to co robią, nawet jeśli za coraz mniejsze pieniądze.

Są miejsca, w których gra się lepiej i gorzej. I takie, w których nie gra się w ogóle. - Inaczej jest w klubach w Lublinie, inaczej w Warszawie. To jest tak, że każde miejsce ma swoją muzykę i wcale nie chodzi o to, co leci z głośnika. Ale wszędzie zdarza się, że podejdzie naćpany pan i żąda: szybciej, szybciej! - mówi lubelski DJ z siedmioletnim stażem.

Mówią, że Lublinie gra się coraz gorzej. Mimo, że nowe kluby powstają jak grzyby po deszczu. - Co z tego, skoro wszystkie są takie same? Nie liczy się to, co puszczasz, tylko za ile - mówi inny.
Ile można zarobić? Średnio 300 złotych za noc. - Dużo? Powiedzmy, że grasz od 21 do 4 rano. Wcześniej musisz cały sprzęt zataszczyć do klubu. A potem stoisz przez te siedem godzin w dymie i hałasie. Część kasy wydasz na alkohol i taksówki. Za resztę kupisz nowe płyty i co ci zostaje?
Nie mają żadnych umów, ani ubezpieczenia. Dlatego coraz częściej szukają dodatkowej pracy lub spędzają pół życia w pociągu grając po klubach w całej Polsce. Tam, gdzie stawki są co najmniej dwa razy wyższe.

Papa Zura

Wczoraj wrócił Świnoujścia, jutro jedzie do Warszawy. Z Bartkiem nie łatwo się umówić. Spotykamy się w Cafe Lulu, jedynym lubelskim lokalu, gdzie jeszcze można spotkać go za adapterami.
Bartek Pazura, czyli DJ Papa Zura, ma 32 lata, syna Kajtka, kolekcję półtora tysiąca winyli i udział w pierwszej płycie na koncie. "Polish Funk” to wspólny projekt Soulservice, grupy czterech DJ'ów. - Zrobiliśmy cyfrowy remastering archiwalnych numerów. Płyta wyszła w zeszłym miesiącu i podobno nieźle się sprzedaje. Teraz ma być dystrybuowana w całej Europie - mówi Zura.
W sierpniu jedzie do Moskwy. Potem może do Wiednia. Poza tym Łódź, Warszawa, Poznań... Skąd ta popularność? W Polsce funk gra tylko kilka osób. Poza tym ostatnie lata to duży ruch w dobrą stronę. Ludzie zaczynają otwierać się na nowości. Łatwo im sprzedać różne style muzyczne.

Zura dobrze pamięta gdzie zagrał po raz pierwszy. - Był taki klub w bramie na Staszica, "Labirynt”. Jego właściciel, a mój kolega, potrzebował DJ'a. Kupiłem parę płyt i robiliśmy imprezy. Wtedy to było tylko puszczanie kawałków. Z czasem nauczyłem się miksować - wspomina.
Gdy "Labirynt” zmienia właściciela, Zura i jego Funkadelia Sound System, przenosi się do "Soxu” na Stare Miasto. W całym Lublinie DJ-e grają techno, a Bartek puszcza acid jazz i funk. I lokal pęka w szwach.
Kręci głową gdy pytam o minusy zawodu. Woli rozmawiać o jego dobrych stronach. - Mogę na bieżąco kupować płyty, za darmo bawić się na imprezach. Mam też cygańskie zacięcie i lubię włóczyć się po kraju.
Najprzyjemniejsze chwile? - Gdy widzę na parkiecie tańczące dziewczyny, które czują funkowy rytm.
Najgorsze? - Czasem trafiam na imprezy gdzie jestem nie na miejscu: dyskoteki gdzie gra się przeboje, kluby techno/house. Na szczęście ostatnio zdarza się to coraz rzadziej. Nie lubię też gdy ktoś przychodzi prosić o konkretną piosenkę, zwłaszcza o coś czego nie lubię i nie mam. W takich sytuacjach potrafię być agresywny.
Plany na przyszłość? - Na stare lata kupię sobie wózek barowy i będę sprzedawał kawę i piwo w pociągach.

Foton

Pewnie gdyby nie wyjazd na Majorkę, potem na Ibizę, gdyby nie żona, która zaraziła go fascynacją do tego typu muzyki, dziś nie byłoby DJ Fotona. - Na początku jej nie trawiłem, nie lubiłem, nie słuchałem - wspomina Michał. - Z Ibizy przywiozłem coś, czego ludzie tutaj nie znali: hiszpański progresive tribal. Ciężkie, ale wolne rytmy i dużo żywych instrumentów: konga, skrzypce, trąbki. Kupiłem tam parę płyt, ale tak naprawdę tę nutę przywiozłem w głowie.
To było jakieś cztery lata temu. DJ Foton przebojem wszedł "na salony” lubelskich klubów. I zadomowił się tam na dobre w najlepszym okresie dla lubelskich DJ'ów. - Wypracowaliśmy sobie bardzo dobre stawki: 400 zł za seta, który mógł trwać godzinę, dwie, czy cztery, ale nie całą imprezę.
Dziś o takich kwotach w Lublinie można już tylko pomarzyć. - Są DJ-e, którzy przychodzą z własnym sprzętem i grają całą noc za 200 złotych. Jaki właściciel klubu na to nie pójdzie?
Nie tylko to zmieniło się w nocnym życiu największego miasta po tej stronie Wisły. Dziś mało kto zagląda do klubów by posłuchać czegoś nowego. - Laski przychodzą poderwać facetów, faceci poderwać laski, a wszyscy chcą słuchać radia. W telewizji mają pięć teledysków na krzyż i tego oczekują też w klubie. Chcą poskakać przy znanych kawałkach. Lublin jest trudnym miejscem. Kluby nie mają sprzętu, DJ-e sami go kupują, żeby w ogóle mogli grać, potem ulegają presji managerów i stają się zwykłymi grajkami. Dochodzi do tego, że swoją muzykę gramy w innych miastach, a u siebie kompletnie nie jesteśmy znani.
Michał z zawodu jest fotografem. Na co dzień pracuje na budowie. Z wyboru.
- Teraz tydzień pracuję na te pieniądze, które kiedyś zarabiałem w jedną noc - śmieje się. - To nie jest straszne, że pracuję fizycznie. Tragiczne jest to, że już nie ma słuchaczy. Wyjechali do Londynu, albo mają dzieci i już nie włóczą się po imprezach.
Siedzimy w pokoju, który kiedyś pełnił rolę sypialni. Teraz to kanciapa muzyka. Głośniki, komputer, konsola. - Po jakimś czasie grania w klubach zorientowałem się, że my tak naprawdę nie robimy nic innego jak tylko puszczamy cudze kawałki. Dlatego skupiłem się na robieniu swojej muzyki. I z tym chciałbym być utożsamiany. Mieć swój własny, osobny pokój w tej dziedzinie.

  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!