sobota, 21 października 2017 r.

Magazyn

Wciąż czekam na sprawiedliwość

  Edytuj ten wpis
Dodano: 18 lipca 2002, 14:50

Grażyna R. z Lublina od 1999 roku walczy o odszkodowanie z powodu błędu w sztuce lekarskiej. Mimo że ma pozytywną opinię biegłego, że raz już zapadł korzystny dla niej wyrok, sprawa dalej się ciągnie. - W sądzie stawałam już chyba ze dwadzieścia razy - mówi zrozpaczona. - Czuję się już upokorzona tym, jak w naszym kraju pacjent musi walczyć o swoje prawa.

A Grażyna R. straciła nie tylko zdrowie. Choroba miała wpływ i na życie rodzinne, i na przebieg pracy zawodowej. Wystąpiła o odszkodowanie do wojewody lubelskiego, któremu w 1996 roku podlegał szpital przy ul. Lubartowskiej.
- Nie chodziło mi o to, by występować przeciwko konkretnej osobie - mówi dziś. - Po tym jednak, co mnie spotkało, mam zamiar złożyć na doktora G. skargę w izbie lekarskiej.

Banalna choroba
Grażyna R. cierpiała na dolegliwości kobiece od 1995 roku. Leczyła się w przychodni i prywatnie u dr. Janusza G., wówczas zastępcy ordynatora oddziału ginekologii Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego przy ul. Lubartowskiej.
- Dr G. rozpoznał u mnie mięśniaki - mówi Grażyna R. - Dał mi skierowanie do szpitala. Po raz pierwszy trafiłam tam 13 czerwca.
Dzień później u pacjentki wykonano zabieg wyłyżeczkowania jamy macicy. Siedem dni później - operację wyłuszczenia mięśniaków. Usunięto jeden duży mięśniak oraz kilka mniejszych, zoperowano torbiel jajnika. Dziesięć dni później pacjentkę wypisano do domu.
- Już po operacji nie czułam się najlepiej - mówi Grażyna R. - Zaaplikowano mi antybiotyk. Prawdziwe schody zaczęły się jednak po powrocie do domu.

Recepta na lepsze samopoczucie
Grażyna R. zaczęła gorączkować. Bolał ją brzuch, bolała noga.
- 2 lipca poszłam do prywatnego gabinetu dr. G. - mówi. - Nawet mnie nie zbadał. Wystawił za to trzy recepty, w tym na maść ichtiolową... Teraz dr G. podczas procesu twierdzi, że w ogóle po operacji u niego nie byłam. A przecież ja do dziś mam te recepty.
Stan chorej pogarszał się. Przez kolejne dwa dni rodzina wzywała pogotowie. 4 lipca Grażyna R. znowu trafiła do szpitala.
- Położono mnie na sali, gdzie umierały inne kobiety - mówi. - Myślałam, że mam raka, traciłam na wadze. W sumie schudłam 20 kilo! Brałam wiele antybiotyków. Teraz wiem, że stwierdzono u mnie ogólne zakażenie organizmu, tak zwaną posocznicę i podejrzenie mięśniaka, choć przecież właśnie z tego powodu byłam operowana!
Droga przez mękę
W szpitalu pacjentka była do 23 lipca. Po powrocie do domu nadal czuła się źle. Kolejny pobyt na oddziale od 29 lipca do 3 sierpnia. Po dwóch tygodniach przyszedł krwotok. Dostała leki.
- Byłam po raz kolejny u dr G., bo krwotoki nie ustawały - mówi Grażyna R. - Doktor powiedział, że mam zrosty po operacji. Przestałam mieć jednak zaufania do jego metod leczenia, szczególnie po tym jak zajął się mną po operacji. A w końcu nie robił tego wyłącznie za pensję, bo dziękowałam, jak umiałam. Zmieniłam lekarza i w grudniu 1996 roku zaczęłam leczyć się u doktora Irosława Szamańskiego ze szpitala kolejowego.
Dr Szymański stwierdził, że są mięśniaki. Namawiał Grażynę R. na kolejny zabieg.
- Bałam się położyć na stół operacyjny - mówi pacjentka. - Ale cały czas czułam się źle. W końcu w maju 1999 roku przeprowadzono u mnie radykalną operację wycięcia macicy z przydatkami. Dr Szymański powiedział, że miałam trzy mięśniaki.

Zniszczone życie
Ból, szereg pobytów w szpitalu, kolejne zabiegi - Grażyna R. twierdzi, że to wszystko zniszczyło jej życie. Miała świetną pracę, wyjeżdżała zagranicę. Skończyły się wyjazdy i dobre diety.
- Dobrze, że w ogóle nie straciłam pracy - mówi. - Ale zawdzięczam to wyłącznie życzliwości moich przełożonych. W domu jednak też przestało się dobrze układać. Stale cierpiąca kobieta nie może być idealną żoną.
Postanowiła więc walczyć i w listopadzie 1999 roku wystąpiła do sądu z pozwem przeciwko skarbowi państwa w osobie wojewody lubelskiego.
- Nie chciałam skarżyć konkretnych lekarzy - powtarza. - Chciałam uzyskać przynajmniej rekompensatę finansową za swoje cierpienia.
W styczniu 2000 roku była pierwsza rozprawa. Nie stawił się na nią przedstawiciel wojewody, nie złożono odpowiedzi na pozew. Wyrokiem zaocznym sąd zasądził na korzyść Grażyny R. 75 tys. zł z odsetkami od listopada 1999 roku i 3 tys. zł kosztów procesu.
- Odetchnęłam, ale na krótko - mówi Grażyna R. - Pełnomocnik wojewody nagle się ocknął. Sąd przywrócił termin odwołania. Zaczął się proces, nie lepszy od szpitalnej gehenny.

Biegły popiera pacjentkę
Sąd przesłuchiwał świadków, wystąpił o opinię biegłego. Werdykt w sprawie Grażyny R. wydał znany lubelski ginekolog, pracownik Akademii Medycznej prof. dr hab. Włodzimierz Baranowski. W opinii napisał, że siedmiodniowy termin pomiędzy zabiegiem wyłyżeczkowania jamy macicy a operacją wyłuszczania mięśniaków był za krótki. W podobnych przypadkach zalecane jest odczekanie od 4 do 8 tygodni. Wcześniejszy termin operacji mógłby być uzasadniony jedynie zagrożeniem zdrowia lub życia Grażyny R. Z dokumentacji szpitalnej wynika jednak, że wskazań takich nie było.
"W związku z tym istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że wykonanie obydwu zabiegów w krótkim czasie miało związek z wystąpieniem posocznicy w przebiegu pooperacyjnym” - czytamy w opinii. "Natomiast powikłania po posocznicy (zrosty, ogniska ropne w jajowodzie) powodujące zespół bólowy miednicy małej mogły być przyczyną wykonania operacji wycięcia macicy wraz z przydatkami.” Profesor stwierdził również, że zakres cierpień fizycznych był na tyle znaczny, że w istotny sposób mógł ograniczyć aktywność życiową i zawodową powódki.
- Myślałam, że jestem uratowana, skoro taki autorytet staje po mojej stronie - mówi Grażyna R. - Niestety, okazało się, że to nie koniec. Sąd na wniosek pełnomocnika wojewody ponownie na świadka powołał dr G. To wtedy mówił, że mnie nie widział po operacji i oczywiście twierdził, że nie zgadza się z opinią biegłego, że wszystko było w porządku. Pełnomocnik wojewody zakwestionował opinię profesora Baranowskiego i wystąpił o wydanie kolejnej opinii. Tym razem skierowano mnie do lekarza z Białegostoku.

Zdania odrębne
Dr Irosław Szymański, obecnie ordynator oddziału ginekologii szpitala kolejowego, który operował Grażynę R., nie ukrywa, że w sprawę nie bardzo chciałby się mieszać. Grażyna R. mówi, że doskonale go rozumie, bo obecnie dr G. jest w jego szpitalu zastępcą dyrektora, więc sytuacja jest niezręczna.
- Owszem były zrosty, na pewno pacjentka wiele przeszła - potwierdza dr Szymański. - Ale ja nie chcę wypowiadać się na temat związków przyczynowo skutkowych czy błędów w sztuce lekarskiej. Są w Lublinie większe ode mnie autorytety, lepiej sięgać po ich opinie.

Dr Janusz G. twierdzi, że nie popełnił błędu.
- W naszym szpitalu był taki tok postępowania, jaki zastosowano w przypadku Grażyny R. - mówi. - Nie uważam też, że był związek pomiędzy operacjami a posocznicą. Trudno udowodnić, że pacjentkę zakażono w szpitalu. Trafiła przecież do nas z powrotem już po wyjściu do domu. Po operacjach przecież zdarzają się różne powikłania. Chorzy muszą być na to przygotowani, a nie wyciągać rękę po odszkodowanie.
Czy można jednak udowodnić, że do zakażenia nie doszło w szpitalu?
- Tego też nie da się jednoznacznie wykazać, ale to przecież nie my będziemy udowadniać, że nie jesteśmy wielbłądem - dodaje dr G.
Dlaczego jednak zeznawał, że pacjentki po operacji nie widział?
- Minęło parę lat, nie wszystko już pamiętam - twierdzi.

Profesor kontra doktor
Grażyna R. pojechała na badania do Białegostoku, do biegłego dr. n. med. Kazimierza Romanowskiego, na własny koszt. Według niego w w postępowaniu dr G. Nie było błędu.
- Praktykowałem 30 lat i nie widzę powodu, by po zabiegu łyżeczkowania czekać na operację minimum 4 tygodnie - mówi. - Nie ma też dowodów na to, że zakażeBanalna choroba
Grażyna R. cierpiała na dolegliwości kobiece od 1995 roku. Leczyła się w przychodni i prywatnie u dr. Janusza G., wówczas zastępcy ordynatora oddziału ginekologii Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego przy ul. Lubartowskiej.
- Dr G. rozpoznał u mnie mięśniaki - mówi Grażyna R. - Dał mi skierowanie do szpitala. Po raz pierwszy trafiłam tam 13 czerwca.
Dzień później u pacjentki wykonano zabieg wyłyżeczkowania jamy macicy. Siedem dni później - operację wyłuszczenia mięśniaków. Usunięto jeden duży mięśniak oraz kilka mniejszych, zoperowano torbiel jajnika. Dziesięć dni później pacjentkę wypisano do domu.
- Już po operacji nie czułam się najlepiej - mówi Grażyna R. - Zaaplikowano mi antybiotyk. Prawdziwe schody zaczęły się jednak po powrocie do domu.
Recepta na lepsze samopoczucie
Grażyna R. zaczęła gorączkować. Bolał ją brzuch, bolała noga.
- 2 lipca poszłam do prywatnego gabinetu dr. G. - mówi. - Nawet mnie nie zbadał. Wystawił za to trzy recepty, w tym na maść ichtiolową... Teraz dr G. podczas procesu twierdzi, że w ogóle po operacji u niego nie byłam. A przecież ja do dziś mam te recepty.
Stan chorej pogarszał się. Przez kolejne dwa dni rodzina wzywała pogotowie. 4 lipca Grażyna R. znowu trafiła do szpitala.
- Położono mnie na sali, gdzie umierały inne kobiety - mówi. - Myślałam, że mam raka, traciłam na wadze. W sumie schudłam 20 kilo! Brałam wiele antybiotyków. Teraz wiem, że stwierdzono u mnie ogólne zakażenie organizmu, tak zwaną posocznicę i podejrzenie mięśniaka, choć przecież właśnie z tego powodu byłam operowana!
Droga przez mękę
W szpitalu pacjentka była do 23 lipca. Po powrocie do domu nadal czuła się źle. Kolejny pobyt na oddziale od 29 lipca do 3 sierpnia. Po dwóch tygodniach przyszedł krwotok. Dostała leki.
- Byłam po raz kolejny u dr G., bo krwotoki nie ustawały - mówi Grażyna R. - Doktor powiedział, że mam zrosty po operacji. Przestałam mieć jednak zaufania do jego metod leczenia, szczególnie po tym jak zajął się mną po operacji. A w końcu nie robił tego wyłącznie za pensję, bo dziękowałam, jak umiałam. Zmieniłam lekarza i w grudniu 1996 roku zaczęłam leczyć się u doktora Irosława Szamańskiego ze szpitala kolejowego.
Dr Szymański stwierdził, że są mięśniaki. Namawiał Grażynę R. na kolejny zabieg.
- Bałam się położyć na stół operacyjny - mówi pacjentka. - Ale cały czas czułam się źle. W końcu w maju 1999 roku przeprowadzono u mnie radykalną operację wycięcia macicy z przydatkami. Dr Szymański powiedział, że miałam trzy mięśniaki.
Zniszczone życie
Ból, szereg pobytów w szpitalu, kolejne zabiegi - Grażyna R. twierdzi, że to wszystko zniszczyło jej życie. Miała świetną pracę, wyjeżdżała zagranicę. Skończyły się wyjazdy i dobre diety.
- Dobrze, że w ogóle nie straciłam pracy - mówi. - Ale zawdzięczam to wyłącznie życzliwości moich przełożonych. W domu jednak też przestało się dobrze układać. Stale cierpiąca kobieta nie może być idealną żoną.
Postanowiła więc walczyć i w listopadzie 1999 roku wystąpiła do sądu z pozwem przeciwko skarbowi państwa w osobie wojewody lubelskiego.
- Nie chciałam skarżyć konkretnych lekarzy - powtarza. - Chciałam uzyskać przynajmniej rekompensatę finansową za swoje cierpienia.
W styczniu 2000 roku była pierwsza rozprawa. Nie stawił się na nią przedstawiciel wojewody, nie złożono odpowiedzi na pozew. Wyrokiem zaocznym sąd zasądził na korzyść Grażyny R. 75 tys. zł z odsetkami od listopada 1999 roku i 3 tys. zł kosztów procesu.
- Odetchnęłam, ale na krótko - mówi Grażyna R. - Pełnomocnik wojewody nagle się ocknął. Sąd przywrócił termin odwołania. Zaczął się proces, nie lepszy od szpitalnej gehenny.
Biegły popiera pacjentkę
Sąd przesłuchiwał świadków, wystąpił o opinię biegłego. Werdykt w sprawie Grażyny R. wydał znany lubelski ginekolog, pracownik Akademii Medycznej prof. dr hab. Włodzimierz Baranowski. W opinii napisał, że siedmiodniowy termin pomiędzy zabiegiem wyłyżeczkowania jamy macicy a operacją wyłuszczania mięśniaków był za krótki. W podobnych przypadkach zalecane jest odczekanie od 4 do 8 tygodni. Wcześniejszy termin operacji mógłby być uzasadniony jedynie zagrożeniem zdrowia lub życia Grażyny R. Z dokumentacji szpitalnej wynika jednak, że wskazań takich nie było.
"W związku z tym istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że wykonanie obydwu zabiegów w krótkim czasie miało związek z wystąpieniem posocznicy w przebiegu pooperacyjnym” - czytamy w opinii. "Natomiast powikłania po posocznicy (zrosty, ogniska ropne w jajowodzie) powodujące zespół bólowy miednicy małej mogły być przyczyną wykonania operacji wycięcia macicy wraz z przydatkami.” Profesor stwierdził również, że zakres cierpień fizycznych był na tyle znaczny, że w istotny sposób mógł ograniczyć aktywność życiową i zawodową powódki.
- Myślałam, że jestem uratowana, skoro taki autorytet staje po mojej stronie - mówi Grażyna R. - Niestety, okazało się, że to nie koniec. Sąd na wniosek pełnomocnika wojewody ponownie na świadka powołał dr G. To wtedy mówił, że mnie nie widział po operacji i oczywiście twierdził, że nie zgadza się z opinią biegłego, że wszystko było w porządku. Pełnomocnik wojewody zakwestionował opinię profesora Baranowskiego i wystąpił o wydanie kolejnej opinii. Tym razem skierowano mnie do lekarza z Białegostoku.
Zdania odrębne
Dr Irosław Szymański, obecnie ordynator oddziału ginekologii szpitala kolejowego, który operował Grażynę R., nie ukrywa, że w sprawę nie bardzo chciałby się mieszać. Grażyna R. mówi, że doskonale go rozumie, bo obecnie dr G. jest w jego szpitalu zastępcą dyrektora, więc sytuacja jest niezręczna.
- Owszem były zrosty, na pewno pacjentka wiele przeszła - potwierdza dr Szymański. - Ale ja nie chcę wypowiadać się na temat związków przyczynowo skutkowych czy błędów w sztuce lekarskiej. Są w Lublinie większe ode mnie autorytety, lepiej sięgać po ich opinie.
Dr Janusz G. twierdzi, że nie popełnił błędu.
- W naszym szpitalu był taki tok postępowania, jaki zastosowano w przypadku Grażyny R. - mówi. - Nie uważam też, że był związek pomiędzy operacjami a posocznicą. Trudno udowodnić, że pacjentkę zakażono w szpitalu. Trafiła przecież do nas z powrotem już po wyjściu do domu. Po operacjach przecież zdarzają się różne powikłania. Chorzy muszą być na to przygotowani, a nie wyciągać rękę po odszkodowanie.
Czy można jednak udowodnić, że do zakażenia nie doszło w szpitalu?
- Tego też nie da się jednoznacznie wykazać, ale to przecież nie my będziemy udowadniać, że nie jesteśmy wielbłądem - dodaje dr G.
Dlaczego jednak zeznawał, że pacjentki po operacji nie widział?
- Minęło parę lat, nie wszystko już pamiętam - twierdzi.
Profesor kontra doktor
Grażyna R. pojechała na badania do Białegostoku, do biegłego dr. n. med. Kazimierza Romanowskiego, na własny koszt. Według niego w w postępowaniu dr G. Nie było błędu.
- Praktykowałem 30 lat i nie widzę powodu, by po zabiegu łyżeczkowania czekać na operację minimum 4 tygodnie - mówi. - Nie ma też dowodów na to, że zakaże

Karta Praw Pacjenta

1. Pacjent w zakładzie opieki zdrowotnej ma prawo do: świadczeń zdrowotnych odpowiadających wymaganiom wiedzy medycznej,
a w sytuacji ograniczonych możliwości udzielenia odpowiednich świadczeń <0096> do korzystania z rzetelnej, opartej na kryteriach medycznych procedury ustalającej kolejność dostępu do świadczeń
2. Pacjent ma prawo do: udzielania mu świadczeń zdrowotnych przez lekarza, zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej, dostępnymi lekarzowi metodami i środkami zapobiegania, rozpoznawania leczenia chorób, zgodnie
z zasadami etyki zawodowej oraz
z należytą starannością
(wyciąg)
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!