piątek, 9 grudnia 2016 r.

Magazyn

Wciąż czekam na sprawiedliwość

Dodano: 18 lipca 2002, 14:50

Grażyna R. z Lublina od 1999 roku walczy o odszkodowanie z powodu błędu w sztuce lekarskiej. Mimo że ma pozytywną opinię biegłego, że raz już zapadł korzystny dla niej wyrok, sprawa dalej się ciągnie. - W sądzie stawałam już chyba ze dwadzieścia razy - mówi zrozpaczona. - Czuję się już upokorzona tym, jak w naszym kraju pacjent musi walczyć o swoje prawa.

A Grażyna R. straciła nie tylko zdrowie. Choroba miała wpływ i na życie rodzinne, i na przebieg pracy zawodowej. Wystąpiła o odszkodowanie do wojewody lubelskiego, któremu w 1996 roku podlegał szpital przy ul. Lubartowskiej.
- Nie chodziło mi o to, by występować przeciwko konkretnej osobie - mówi dziś. - Po tym jednak, co mnie spotkało, mam zamiar złożyć na doktora G. skargę w izbie lekarskiej.

Banalna choroba
Grażyna R. cierpiała na dolegliwości kobiece od 1995 roku. Leczyła się w przychodni i prywatnie u dr. Janusza G., wówczas zastępcy ordynatora oddziału ginekologii Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego przy ul. Lubartowskiej.
- Dr G. rozpoznał u mnie mięśniaki - mówi Grażyna R. - Dał mi skierowanie do szpitala. Po raz pierwszy trafiłam tam 13 czerwca.
Dzień później u pacjentki wykonano zabieg wyłyżeczkowania jamy macicy. Siedem dni później - operację wyłuszczenia mięśniaków. Usunięto jeden duży mięśniak oraz kilka mniejszych, zoperowano torbiel jajnika. Dziesięć dni później pacjentkę wypisano do domu.
- Już po operacji nie czułam się najlepiej - mówi Grażyna R. - Zaaplikowano mi antybiotyk. Prawdziwe schody zaczęły się jednak po powrocie do domu.

Recepta na lepsze samopoczucie
Grażyna R. zaczęła gorączkować. Bolał ją brzuch, bolała noga.
- 2 lipca poszłam do prywatnego gabinetu dr. G. - mówi. - Nawet mnie nie zbadał. Wystawił za to trzy recepty, w tym na maść ichtiolową... Teraz dr G. podczas procesu twierdzi, że w ogóle po operacji u niego nie byłam. A przecież ja do dziś mam te recepty.
Stan chorej pogarszał się. Przez kolejne dwa dni rodzina wzywała pogotowie. 4 lipca Grażyna R. znowu trafiła do szpitala.
- Położono mnie na sali, gdzie umierały inne kobiety - mówi. - Myślałam, że mam raka, traciłam na wadze. W sumie schudłam 20 kilo! Brałam wiele antybiotyków. Teraz wiem, że stwierdzono u mnie ogólne zakażenie organizmu, tak zwaną posocznicę i podejrzenie mięśniaka, choć przecież właśnie z tego powodu byłam operowana!
Droga przez mękę
W szpitalu pacjentka była do 23 lipca. Po powrocie do domu nadal czuła się źle. Kolejny pobyt na oddziale od 29 lipca do 3 sierpnia. Po dwóch tygodniach przyszedł krwotok. Dostała leki.
- Byłam po raz kolejny u dr G., bo krwotoki nie ustawały - mówi Grażyna R. - Doktor powiedział, że mam zrosty po operacji. Przestałam mieć jednak zaufania do jego metod leczenia, szczególnie po tym jak zajął się mną po operacji. A w końcu nie robił tego wyłącznie za pensję, bo dziękowałam, jak umiałam. Zmieniłam lekarza i w grudniu 1996 roku zaczęłam leczyć się u doktora Irosława Szamańskiego ze szpitala kolejowego.
Dr Szymański stwierdził, że są mięśniaki. Namawiał Grażynę R. na kolejny zabieg.
- Bałam się położyć na stół operacyjny - mówi pacjentka. - Ale cały czas czułam się źle. W końcu w maju 1999 roku przeprowadzono u mnie radykalną operację wycięcia macicy z przydatkami. Dr Szymański powiedział, że miałam trzy mięśniaki.

Zniszczone życie
Ból, szereg pobytów w szpitalu, kolejne zabiegi - Grażyna R. twierdzi, że to wszystko zniszczyło jej życie. Miała świetną pracę, wyjeżdżała zagranicę. Skończyły się wyjazdy i dobre diety.
- Dobrze, że w ogóle nie straciłam pracy - mówi. - Ale zawdzięczam to wyłącznie życzliwości moich przełożonych. W domu jednak też przestało się dobrze układać. Stale cierpiąca kobieta nie może być idealną żoną.
Postanowiła więc walczyć i w listopadzie 1999 roku wystąpiła do sądu z pozwem przeciwko skarbowi państwa w osobie wojewody lubelskiego.
- Nie chciałam skarżyć konkretnych lekarzy - powtarza. - Chciałam uzyskać przynajmniej rekompensatę finansową za swoje cierpienia.
W styczniu 2000 roku była pierwsza rozprawa. Nie stawił się na nią przedstawiciel wojewody, nie złożono odpowiedzi na pozew. Wyrokiem zaocznym sąd zasądził na korzyść Grażyny R. 75 tys. zł z odsetkami od listopada 1999 roku i 3 tys. zł kosztów procesu.
- Odetchnęłam, ale na krótko - mówi Grażyna R. - Pełnomocnik wojewody nagle się ocknął. Sąd przywrócił termin odwołania. Zaczął się proces, nie lepszy od szpitalnej gehenny.

Biegły popiera pacjentkę
Sąd przesłuchiwał świadków, wystąpił o opinię biegłego. Werdykt w sprawie Grażyny R. wydał znany lubelski ginekolog, pracownik Akademii Medycznej prof. dr hab. Włodzimierz Baranowski. W opinii napisał, że siedmiodniowy termin pomiędzy zabiegiem wyłyżeczkowania jamy macicy a operacją wyłuszczania mięśniaków był za krótki. W podobnych przypadkach zalecane jest odczekanie od 4 do 8 tygodni. Wcześniejszy termin operacji mógłby być uzasadniony jedynie zagrożeniem zdrowia lub życia Grażyny R. Z dokumentacji szpitalnej wynika jednak, że wskazań takich nie było.
"W związku z tym istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że wykonanie obydwu zabiegów w krótkim czasie miało związek z wystąpieniem posocznicy w przebiegu pooperacyjnym” - czytamy w opinii. "Natomiast powikłania po posocznicy (zrosty, ogniska ropne w jajowodzie) powodujące zespół bólowy miednicy małej mogły być przyczyną wykonania operacji wycięcia macicy wraz z przydatkami.” Profesor stwierdził również, że zakres cierpień fizycznych był na tyle znaczny, że w istotny sposób mógł ograniczyć aktywność życiową i zawodową powódki.
- Myślałam, że jestem uratowana, skoro taki autorytet staje po mojej stronie - mówi Grażyna R. - Niestety, okazało się, że to nie koniec. Sąd na wniosek pełnomocnika wojewody ponownie na świadka powołał dr G. To wtedy mówił, że mnie nie widział po operacji i oczywiście twierdził, że nie zgadza się z opinią biegłego, że wszystko było w porządku. Pełnomocnik wojewody zakwestionował opinię profesora Baranowskiego i wystąpił o wydanie kolejnej opinii. Tym razem skierowano mnie do lekarza z Białegostoku.

Zdania odrębne
Dr Irosław Szymański, obecnie ordynator oddziału ginekologii szpitala kolejowego, który operował Grażynę R., nie ukrywa, że w sprawę nie bardzo chciałby się mieszać. Grażyna R. mówi, że doskonale go rozumie, bo obecnie dr G. jest w jego szpitalu zastępcą dyrektora, więc sytuacja jest niezręczna.
- Owszem były zrosty, na pewno pacjentka wiele przeszła - potwierdza dr Szymański. - Ale ja nie chcę wypowiadać się na temat związków przyczynowo skutkowych czy błędów w sztuce lekarskiej. Są w Lublinie większe ode mnie autorytety, lepiej sięgać po ich opinie.

Dr Janusz G. twierdzi, że nie popełnił błędu.
- W naszym szpitalu był taki tok postępowania, jaki zastosowano w przypadku Grażyny R. - mówi. - Nie uważam też, że był związek pomiędzy operacjami a posocznicą. Trudno udowodnić, że pacjentkę zakażono w szpitalu. Trafiła przecież do nas z powrotem już po wyjściu do domu. Po operacjach przecież zdarzają się różne powikłania. Chorzy muszą być na to przygotowani, a nie wyciągać rękę po odszkodowanie.
Czy można jednak udowodnić, że do zakażenia nie doszło w szpitalu?
- Tego też nie da się jednoznacznie wykazać, ale to przecież nie my będziemy udowadniać, że nie jesteśmy wielbłądem - dodaje dr G.
Dlaczego jednak zeznawał, że pacjentki po operacji nie widział?
- Minęło parę lat, nie wszystko już pamiętam - twierdzi.

Profesor kontra doktor
Grażyna R. pojechała na badania do Białegostoku, do biegłego dr. n. med. Kazimierza Romanowskiego, na własny koszt. Według niego w w postępowaniu dr G. Nie było błędu.
- Praktykowałem 30 lat i nie widzę powodu, by po zabiegu łyżeczkowania czekać na operację minimum 4 tygodnie - mówi. - Nie ma też dowodów na to, że zakażeBanalna choroba
Grażyna R. cierpiała na dolegliwości kobiece od 1995 roku. Leczyła się w przychodni i prywatnie u dr. Janusza G., wówczas zastępcy ordynatora oddziału ginekologii Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego przy ul. Lubartowskiej.
- Dr G. rozpoznał u mnie mięśniaki - mówi Grażyna R. - Dał mi skierowanie do szpitala. Po raz pierwszy trafiłam tam 13 czerwca.
Dzień później u pacjentki wykonano zabieg wyłyżeczkowania jamy macicy. Siedem dni później - operację wyłuszczenia mięśniaków. Usunięto jeden duży mięśniak oraz kilka mniejszych, zoperowano torbiel jajnika. Dziesięć dni później pacjentkę wypisano do domu.
- Już po operacji nie czułam się najlepiej - mówi Grażyna R. - Zaaplikowano mi antybiotyk. Prawdziwe schody zaczęły się jednak po powrocie do domu.
Recepta na lepsze samopoczucie
Grażyna R. zaczęła gorączkować. Bolał ją brzuch, bolała noga.
- 2 lipca poszłam do prywatnego gabinetu dr. G. - mówi. - Nawet mnie nie zbadał. Wystawił za to trzy recepty, w tym na maść ichtiolową... Teraz dr G. podczas procesu twierdzi, że w ogóle po operacji u niego nie byłam. A przecież ja do dziś mam te recepty.
Stan chorej pogarszał się. Przez kolejne dwa dni rodzina wzywała pogotowie. 4 lipca Grażyna R. znowu trafiła do szpitala.
- Położono mnie na sali, gdzie umierały inne kobiety - mówi. - Myślałam, że mam raka, traciłam na wadze. W sumie schudłam 20 kilo! Brałam wiele antybiotyków. Teraz wiem, że stwierdzono u mnie ogólne zakażenie organizmu, tak zwaną posocznicę i podejrzenie mięśniaka, choć przecież właśnie z tego powodu byłam operowana!
Droga przez mękę
W szpitalu pacjentka była do 23 lipca. Po powrocie do domu nadal czuła się źle. Kolejny pobyt na oddziale od 29 lipca do 3 sierpnia. Po dwóch tygodniach przyszedł krwotok. Dostała leki.
- Byłam po raz kolejny u dr G., bo krwotoki nie ustawały - mówi Grażyna R. - Doktor powiedział, że mam zrosty po operacji. Przestałam mieć jednak zaufania do jego metod leczenia, szczególnie po tym jak zajął się mną po operacji. A w końcu nie robił tego wyłącznie za pensję, bo dziękowałam, jak umiałam. Zmieniłam lekarza i w grudniu 1996 roku zaczęłam leczyć się u doktora Irosława Szamańskiego ze szpitala kolejowego.
Dr Szymański stwierdził, że są mięśniaki. Namawiał Grażynę R. na kolejny zabieg.
- Bałam się położyć na stół operacyjny - mówi pacjentka. - Ale cały czas czułam się źle. W końcu w maju 1999 roku przeprowadzono u mnie radykalną operację wycięcia macicy z przydatkami. Dr Szymański powiedział, że miałam trzy mięśniaki.
Zniszczone życie
Ból, szereg pobytów w szpitalu, kolejne zabiegi - Grażyna R. twierdzi, że to wszystko zniszczyło jej życie. Miała świetną pracę, wyjeżdżała zagranicę. Skończyły się wyjazdy i dobre diety.
- Dobrze, że w ogóle nie straciłam pracy - mówi. - Ale zawdzięczam to wyłącznie życzliwości moich przełożonych. W domu jednak też przestało się dobrze układać. Stale cierpiąca kobieta nie może być idealną żoną.
Postanowiła więc walczyć i w listopadzie 1999 roku wystąpiła do sądu z pozwem przeciwko skarbowi państwa w osobie wojewody lubelskiego.
- Nie chciałam skarżyć konkretnych lekarzy - powtarza. - Chciałam uzyskać przynajmniej rekompensatę finansową za swoje cierpienia.
W styczniu 2000 roku była pierwsza rozprawa. Nie stawił się na nią przedstawiciel wojewody, nie złożono odpowiedzi na pozew. Wyrokiem zaocznym sąd zasądził na korzyść Grażyny R. 75 tys. zł z odsetkami od listopada 1999 roku i 3 tys. zł kosztów procesu.
- Odetchnęłam, ale na krótko - mówi Grażyna R. - Pełnomocnik wojewody nagle się ocknął. Sąd przywrócił termin odwołania. Zaczął się proces, nie lepszy od szpitalnej gehenny.
Biegły popiera pacjentkę
Sąd przesłuchiwał świadków, wystąpił o opinię biegłego. Werdykt w sprawie Grażyny R. wydał znany lubelski ginekolog, pracownik Akademii Medycznej prof. dr hab. Włodzimierz Baranowski. W opinii napisał, że siedmiodniowy termin pomiędzy zabiegiem wyłyżeczkowania jamy macicy a operacją wyłuszczania mięśniaków był za krótki. W podobnych przypadkach zalecane jest odczekanie od 4 do 8 tygodni. Wcześniejszy termin operacji mógłby być uzasadniony jedynie zagrożeniem zdrowia lub życia Grażyny R. Z dokumentacji szpitalnej wynika jednak, że wskazań takich nie było.
"W związku z tym istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że wykonanie obydwu zabiegów w krótkim czasie miało związek z wystąpieniem posocznicy w przebiegu pooperacyjnym” - czytamy w opinii. "Natomiast powikłania po posocznicy (zrosty, ogniska ropne w jajowodzie) powodujące zespół bólowy miednicy małej mogły być przyczyną wykonania operacji wycięcia macicy wraz z przydatkami.” Profesor stwierdził również, że zakres cierpień fizycznych był na tyle znaczny, że w istotny sposób mógł ograniczyć aktywność życiową i zawodową powódki.
- Myślałam, że jestem uratowana, skoro taki autorytet staje po mojej stronie - mówi Grażyna R. - Niestety, okazało się, że to nie koniec. Sąd na wniosek pełnomocnika wojewody ponownie na świadka powołał dr G. To wtedy mówił, że mnie nie widział po operacji i oczywiście twierdził, że nie zgadza się z opinią biegłego, że wszystko było w porządku. Pełnomocnik wojewody zakwestionował opinię profesora Baranowskiego i wystąpił o wydanie kolejnej opinii. Tym razem skierowano mnie do lekarza z Białegostoku.
Zdania odrębne
Dr Irosław Szymański, obecnie ordynator oddziału ginekologii szpitala kolejowego, który operował Grażynę R., nie ukrywa, że w sprawę nie bardzo chciałby się mieszać. Grażyna R. mówi, że doskonale go rozumie, bo obecnie dr G. jest w jego szpitalu zastępcą dyrektora, więc sytuacja jest niezręczna.
- Owszem były zrosty, na pewno pacjentka wiele przeszła - potwierdza dr Szymański. - Ale ja nie chcę wypowiadać się na temat związków przyczynowo skutkowych czy błędów w sztuce lekarskiej. Są w Lublinie większe ode mnie autorytety, lepiej sięgać po ich opinie.
Dr Janusz G. twierdzi, że nie popełnił błędu.
- W naszym szpitalu był taki tok postępowania, jaki zastosowano w przypadku Grażyny R. - mówi. - Nie uważam też, że był związek pomiędzy operacjami a posocznicą. Trudno udowodnić, że pacjentkę zakażono w szpitalu. Trafiła przecież do nas z powrotem już po wyjściu do domu. Po operacjach przecież zdarzają się różne powikłania. Chorzy muszą być na to przygotowani, a nie wyciągać rękę po odszkodowanie.
Czy można jednak udowodnić, że do zakażenia nie doszło w szpitalu?
- Tego też nie da się jednoznacznie wykazać, ale to przecież nie my będziemy udowadniać, że nie jesteśmy wielbłądem - dodaje dr G.
Dlaczego jednak zeznawał, że pacjentki po operacji nie widział?
- Minęło parę lat, nie wszystko już pamiętam - twierdzi.
Profesor kontra doktor
Grażyna R. pojechała na badania do Białegostoku, do biegłego dr. n. med. Kazimierza Romanowskiego, na własny koszt. Według niego w w postępowaniu dr G. Nie było błędu.
- Praktykowałem 30 lat i nie widzę powodu, by po zabiegu łyżeczkowania czekać na operację minimum 4 tygodnie - mówi. - Nie ma też dowodów na to, że zakaże

Karta Praw Pacjenta

1. Pacjent w zakładzie opieki zdrowotnej ma prawo do: świadczeń zdrowotnych odpowiadających wymaganiom wiedzy medycznej,
a w sytuacji ograniczonych możliwości udzielenia odpowiednich świadczeń <0096> do korzystania z rzetelnej, opartej na kryteriach medycznych procedury ustalającej kolejność dostępu do świadczeń
2. Pacjent ma prawo do: udzielania mu świadczeń zdrowotnych przez lekarza, zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej, dostępnymi lekarzowi metodami i środkami zapobiegania, rozpoznawania leczenia chorób, zgodnie
z zasadami etyki zawodowej oraz
z należytą starannością
(wyciąg)
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO