wtorek, 6 grudnia 2016 r.

Magazyn

Wesela nie będzie

Dodano: 27 września 2002, 13:56

W Sochach na Zamojszczyźnie na jednego wdowca przypada 38 wdów. Najstarsza ma 92 lata, wdowiec - tylko 65 lat. Z tej roztoczańskiej wsi "wymiotło” niemal wszystkie panny. Za to "obrodziło” kawalerami, których doliczyliśmy się
37

Wśród zwierzynieckich lasów, w dolinie, rozłożyła się w XIX wieku wieś Sochy. Dziś liczy ok. 100 gospodarstw. Znana jest przede wszystkim z tragedii, jaka wydarzyła się tu w czasie okupacji - 1 czerwca 1943 r. hitlerowcy jednego dnia puścili z dymem całą wieś i wymordowali 200 osób.
O okropnej zbrodni przypomina nekropolia z kościółkiem, usytuowana przy wjeździe do miejscowości. Ale społeczność Soch dziś żyje innymi problemami.
Z danych Urzędu Stanu Cywilnego w Zwierzyńcu wynika, że w miejscowości tej mieszka

38 wdów i... jeden wdowiec.

- Za to bardzo obrodziło kawalerami - uzupełnia ten rejestr niesamowitości Mirosław Masztalewicz, sołtys wsi. I zaczyna rachować: - Rataj, Sikorski, Blachów Janek... Jak by nie liczyć, za każdym razem wychodzi 37. Za to panien jak na lekarstwo - takich na wydaniu raptem sześć, przy czym co najmniej dwie z nich już po pięćdziesiątce.
Niedostatek dziewczyn ratuje import. Na przykład bracia Cielicowie poszukali sobie żon w odległych miejscowościach: jeden w Tereszpolu, drugi - w Zawadzie, trzeci - w Bodaczowie. Sołtys żonę sprowadził sobie aż z Mińska Mazowieckiego.
Pani Maria (woli wystąpić w artykule bez nazwiska) chwali sobie pobyt w Sochach, uważa, że to wprost wymarzone miejsce:
- Podobają mi się bardzo te tereny. Dużo lasów, piękne krajobrazy, zdrowe powietrze, a nade wszystko życzliwi i uczynni ludzie.
Dla dziewcząt urodzonych w Sochach to jednak za mało -

kończą szkoły i nie wracają.

Wychodzą za chłopaków z Tereszpola, Aleksandrowa, Zwierzyńca albo wyjeżdżają do pracy za granicę, np. do Włoch. Takich, co poszły za miejscowych, można na palcach policzyć.
- Tutaj nic nie ma, ani pracy, ani dojazdu, ani perspektyw - mówi Barbara Cielica, studentka trzeciego roku administracji Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej w Zamościu. - Żaden z chłopaków, którzy stoją pod sklepem z piwem, mi nie odpowiada. Zresztą nie ma chłopców w moim wieku... - kwituje.
- Męża trzeba szukać gdzieś dalej - radzi jej rzeczowo babcia Katarzyna.
Pani Katarzyna jest jedną z 38 wdów żyjących w Sochach.

Ma 92 lata, jest żwawą, dziarską i rozważną kobietą.

Zastaliśmy ją przy zbieraniu pokrzyw dla inwentarza.
- Jak żyję? A siedzę sobie przy synu. Jak się pożenili, to starą na piec... - żartuje. - Kiedyś w domach były takie specjalne zapiecki - dodaje poważnie. - Ale po tym, co zrobili Niemcy, w Sochach została tylko jedna chałupa. Z lat wojny są już tylko dwie moje koleżanki i ani jednego mężczyzny. Wprzódy pomagałam w gospodarstwie, gotowałam, ale synowa młoda... Ja nie mogę usiedzieć, to jabłka zbieram, liście dla króli...
- Jak trzeba, to i teraz ugotuje - dorzuca wnuczka.
Pani Katarzyna to okaz dzielności i witalności. W czasie pacyfikacji straciła męża. Została bez dachu nad głową, bez niczego, z sześciorgiem dzieci. I poradziła sobie. Pobudowała się. Nie myślała o ponownym wyjściu za mąż. Została przy dzieciach.

Podobnie i pozostałe wdowy.

- Nie ma, żeby któraś żyła całkiem samotnie
- zapewnia sołtys. - Mieszkają z rodzinami, najczęściej z dziećmi.
Jeszcze parę lat temu w Sochach było trzech wdowców, ale pomarli w wieku 58-59 lat.
- Rok minął, jak żona mi zmarła - wspomina Franciszek Ziomka, jedyny wdowiec w Sochach. - Zostałem z dwiema najmłodszymi córkami. Było bardzo ciężko.
Czy w sytuacji, gdy wokół tyle wdów, nie myślał o ponownym ułożeniu sobie życia?
- Gdyby wchodziła w grę kobieta ze dwadzieścia lat młodsza, może bym się i zdecydował... - żartuje, a po chwili dodaje serio: - Gdybym miał zostać sam, tobym sobie żony szukał.
Nasz rozmówca ma 30-letniego syna. Ten

o żeniaczce nie chce nawet słyszeć.

Uważa, że czasy są ciężkie, nie ma stałej pracy, a na utrzymanie żony i dzieci trzeba zarobić.
Mieszkańcy Soch wskazują na znakomitą wręcz partię: mężczyzna nie ma jeszcze czterdziestki, wyjątkowo pracowity, solidny dom, dużo maszyn rolniczych, do tego urodziwy. Dlaczego nie żonaty?
– Wstydliwy wobec kobiet. Takiego trzeba by siłą... – radzi miejscowa przedstawicielka płci pięknej (mężatka).
A co mają do powiedzenia sami kawalerowie?
– W naszej wsi mało która dziewczyna przyłoży się do pracy. Jak się stare wykończą, to Sochy trzeba będzie zalesić...
– Lepiej żyć w kawalerskim stanie. Żeby założyć rodzinę, trzeba porządnie zarabiać. A na wsi człowiek raptem zarobi 200–300 zł. A żonę trzeba utrzymać, dziecko ubrać, na same książki do zerówki trzeba wydać 100 zł.
– Żyjemy w czasach, kiedy narody się jednoczą. Dziewczyny chętne miłości przyjeżdżają do nas ze wschodu i południa. Czasem wystarczy 20–30 zł. Po co się żenić?
Od kilkunastu lat w Sochach nie organizuje się zabaw ani dyskotek. Co najwyżej trafi się jakieś weselisko. Nie ma dokąd pójść. Miejscem „kulturalnego” wyżycia stały się sklepy, najbardziej ten „Na Górce”, bo czynny także w niedzielę.
– Wieczorem wypije się piwo, a jeszcze lepiej wino za 3 zł. Od niego w głowie bardziej zaszumi, bo ma większy procent – słyszę.
Dziewczyny, 15–17-letnie podlotki, upatrzyły sobie natomiast na miejsce schadzek plac przed szkołą. Potrafią tam przesiedzieć i do północy.
„Tysiąclatka” z czerwonej cegły, wybudowana pośrodku wsi solidarnym wysiłkiem mieszkańców, zredukowana została już do trzech klas i świeci pustakami. Do zerówki uczęszcza troje dzieci, do klasy pierwszej – czworo, do następnych nieco więcej.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO