czwartek, 8 grudnia 2016 r.

Magazyn

Wesołe gospodarstwo

Dodano: 6 czerwca 2002, 17:16

Iwona Towarzyńska, w krótkiej czarnej sukience, wygląda wśród swoich strusi jak dobra wróżka z bajki
Iwona Towarzyńska, w krótkiej czarnej sukience, wygląda wśród swoich strusi jak dobra wróżka z bajki

Najstarszy jest Wojtek, zaraz potem podległy mu Kazik, najmłodsi to Juniorek i Czupurek. Czupurek, najbardziej czupurny ze strusi państwa Towarzyńskich, porwał mi notes, strzelił dziobem w aparat i poleciał dalej. Raczej pobiegł niż poleciał, ale kto dogoni strusia?

Mało też kto wie, że w Uchańce, nieopodal Dorohuska, powstaje kolejna hodowla tych egzotycznych ptaków.
- Przed Świerżami trzeba było skręcić w lewo - mówi sprzedawczyni ze sklepu spożywczego w Okopach. - Tam na pewno hodują strusie.
Ale to już przeszłość. Mowa o majątku Suchekownaty, gdzie Marek Pieńkowski, Amerykanin polskiego pochodzenia, kupił kilka tysięcy hektarów ziemi i próbował założyć strusie stado. Nie wyszło.
Teraz, kilkadziesiąt kilometrów dalej, próbują Towarzyńscy.
Ich dobra rozciągają się tuż przy szosie wiodącej z Dorohuska do Dubienki, niemal na wysokości kopca Kościuszki. Jesienią ubiegłego roku

przyjechali tu ze Śląska,

gdzie prowadzili firmę transportową. Iwona Towarzyńska, młoda, śliczna kobieta, przyznaje się do nadbużańskiego rodowodu. Jej mąż nie chce nawet podać swojego imienia, unika obiektywu. Oboje niechętnie mówią o sobie i o tym, co ich nad Bug sprowadziło. Dlaczego zdecydowali się akurat na strusie?
- A po co ludzie hodują krowy ? - pytaniem odpowiada Iwona. - Prowadzimy normalne gospodarstwo, mamy zamiar się z niego utrzymać.
Na razie zainwestowali. Od spółdzielni rolniczej kupili 40 ha ziemi wraz z zabudowaniami. Dawne biuro przerobili na dom. Nie kryją, że to prowizorka.
W styczniu kupili pierwsze strusie - sześć sztuk. Roczna samica kosztuje 1,8 tys. zł, dorosła 5,5. Dochowali się siedmiorga ich potomstwa. W chlewie pomrukują dziki i świnki wietnamskie, w dawnych silosach pływają jazie, majestatycznie po trawnikach przechadza się pstry koń, cały teren oszczekują dwa kundle. Dino, olbrzym przypominający wilczura, wcale nie jest groźny.

- To ma być wesołe gospodarstwo

- mówi Towarzyński. - Latem stanie tu kilkadziesiąt namiotów. Przyjadą nasi przyjaciele ze Śląska z Warszawy, nikomu nie wzbraniamy tu wstępu. Niech się cieszą świeżym powietrzem, do Bugu kilka kroków. Ludzie nawet nie wiedzą, jak tutaj jest pięknie.
To wesołe gospodarstwo ma jednak przynosić pieniądze. Na razie je pochłania. Towarzyńscy nie chcą mówić - ile.
- Planuję utworzenie stada liczącego 1000 sztuk, przeznaczam 30 ha na jego potrzeby.
Tymczasem jednak strusie nie znoszą jaj, stado się nie rozmnaża.
- To przez miejscowych - twierdzi Iwona. - Przychodzili tutaj, wymachiwali marynarkami, płoszyli ptaki. Musieliśmy odgrodzić się od wsi.
Rzeczywiście: jedyna część wybiegu dla strusi, widoczna i dostępna od strony Uchańki, została odgrodzona pilśniowymi płytami. Pozostałej części chronią tylko drewniane żerdzie. Ptaki mają dużo przestrzeni, ale muszą też mieć ograniczenia. Są bardzo towarzyskie, ciekawskie, czasami natrętne. Ciągle są w ruchu. Bez żenady skubią ubrania, obrywają guziki, okradają kieszenie. Ale co zrobić z olbrzymem, który potrafi osiągnąć 2,7 metra wysokości, wagę 150 kg i jednym uderzeniem nogi może zabić człowieka?
Strusie Towarzyńskich na razie są

bardzo towarzyskie, ale i tak budzą respekt.

Iwona, w krótkiej czarnej sukience, wygląda wśród nich jak dobra wróżka z bajki i... tak jest przez nie traktowana. Zwłaszcza, gdy wysypuje im z worka świeżą koniczynę na obiad. Pozwalają jej na wszystko, tańczą pokazując gołe, wielkie uda. Wstają o świcie, idą spać z kurami, wyciągając długie szyje przed siebie. Szkoda, że w końcu trzeba będzie je zabić.
- Strusie mięso smakuje jak cielęcina - mówi Iwona. - Z powodu jego zalet smakowych, powstaje w Polsce coraz więcej hodowli. Hodowcy sprzedają mięso głównie za granicę, choć i u nas w wielu restauracjach, zwłaszcza wielkomiejskich, poszukiwane są potrawy ze strusiego mięsa.
Towarzyńscy ciągle się uczą, podpatrują doświadczenia innych. Na Lubelszczyźnie nie ma wielu wzorów.
- Na pewno nam się uda - mówi mąż Iwony. - W końcu hodowli strusi uczyłem się w Australii.
I znowu nie wiadomo, czy to żart, czy prawda. Nic pewnego nie mogą o Towarzyńskich powiedzieć także mieszkańcy Uchańki.
- Pani, tam się nic nie dowiesz - mówi Józef Płotek, który od 1958 r. mieszka w Dubience, dobrze zna nie tylko sąsiadów, lecz także ludzi w okolicznych wioskach i wie o wszystkim, co się dzieje w promieniu 10 kilometrów. - Jacyś dziwni oni i już... •
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO