wtorek, 22 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Wioletta, Iwona, Sabina. Niepokonane

Dodano: 21 kwietnia 2005, 13:07

Idea była prosta, choć niebanalna. Prosta, bo kalendarz na nowe tysiąclecie miały ozdabiać dziewczyny. Niebanalna, bo dziewczyny niezwykłe. Piłkarki ręczne z lubelskiej, mistrzowskiej drużyny. Profesjonalistki. Najlepsze z najlepszych. Niepokonane. Iwona, Wioletta, Sabina. Przebrane, wystylizowane, odświętne. Inne, niż te znane z boiska. Jesień, zima, lato. Przypadek? Nie jestem pewna. Zwłaszcza teraz, po pięciu latach, które tak wiele zmieniły w życiu każdej z nich. Właściwie wszystko

Styczeń. W tle chłodna zimowa sceneria. Na pierwszym planie długie, szczupłe nogi odważnie odsłonięte do połowy uda. Niebieskie, lekko zmrużone oczy, blond włosy upięte w kok. Poza Marleny Dietrich - dłonie przytrzymujące rozsuwające się poły krótkiego futerka. Kokieteria, ale najwyższej klasy. Klasy Wioletty Lubereckiej. Niestety, nie możemy się spotkać - Wioletta jest teraz w Norwegii. Wróciła tam, skąd przyjechała w 1994 roku, żeby zasilić lubelską drużynę. Miała grać w Lublinie dwa lata, potem jeszcze rok... Wreszcie została 10 lat.

Muszę nakarmić Natana

Zawsze świetnie zorganizowana, punktualna. Na zdjęcia do kalendarza przyjechała uczesana i umalowana. Z kilkoma zestawami ubrań - do wyboru. Spokojna, ale stanowcza. Głębszy dekolt? Bardziej odsłonięte udo? Nie ma takiej potrzeby.
Coś się chyba zmieniło w kwestii obowiązkowości. Wioletta spóźnia się z obiecaną wiadomością. Ta, którą mi wreszcie przysyła, urywa się w połowie. Przepraszam, muszę nakarmić Natana - pisze Wioletta. - To mały głodomorek!
Jej synek ma trzy tygodnie. Urodził się w Norwegii - tak postanowili razem z jego tatą, który jest trenerem młodzieżowej reprezentacji Norwegii w piłce ręcznej. Już zabiera Natanka na treningi - do jego nosidełka przyczepił złoty medal zdobyty na mistrzostwach Europy przez reprezentację seniorek. Błyszczy, pobrzękuje - jak grzechotka. Albo jak talizman. Na szczęście, na wygraną - nie tylko sportową, przede wszystkim tę życiową. Ja już swoje wygrałam - mówi Wioletta. - 

To wszystko, o czym mogłam marzyć - no, może tylko poza olimpiadą.... A teraz przyszła kolej na mojego synka. Czuję, że będzie sportowcem. I to niekoniecznie narciarzem, chociaż w Norwegii podobno wszystkie dzieci rodzą się z nartami na nogach - żartuje.
Sama także nie zamierza zrywać ze sportem. To przecież jej życie, jej miłość. Chce trenować, pracować z młodymi zawodniczkami. Może w Lublinie? Może w Norwegii? Czas pokaże. Na razie jej czas bezwzględnie należy do Natana. I tak ma być.
Jeszcze raz zerkam na kalendarz. Tajemniczy, chłodny uśmiech. Pewność siebie. Dystans. - Pokażę go Natanowi, jak podrośnie - obiecuje Wioletta. - Bo naprawdę warto. Również dlatego, że to wszystko, co działo się w Lublinie w czasie tych magicznych 10 lat było po prostu super!
Ten chłód nie zmraża. Może raczej przyciąga uwagę, intryguje. A po bliższym poznaniu roztapia się - w życzliwość, serdeczność, naturalność. U niektórych styczniowa kartka z kalendarza wisiała na ścianie cały rok. I robiło im się gorąco - tak blisko serca...

Październikowa dziewczyna

- Oczywiście, że pamiętam - Iwona Nabożna ożywia się, kiedy pytam ją o kalendarz. - Doskonale pamiętam. To był październik, jesienne, żywe kolory. Ale tamta dziewczyna w jasnopomarańczowym garniturze to nie byłam ja, tylko jakaś wymalowana lalka. Manekin - ot, co.
Iwona pamięta też pracę nad kalendarzem: - To był koniec 1999 roku. Byłam tuż po kontuzji kolana - mówi. - Tej najważniejszej kontuzji. Najważniejszej, bo ostatniej.
Pierwsze minuty ligowego meczu. Ułamki sekund, akcja, walka o piłkę. Nagle Iwona pada na parkiet. Jeszcze nie płacze, ale jestem na tyle blisko, żeby w jej twarzy dostrzec grymas bólu, potwornego cierpienia. Już jest lekarz, koleżanki z drużyny. Znoszą ją z boiska. Swoją kapitankę.
- Miałam wiele kontuzji - opowiada Iwona. - Ale ta była przełomem. Ból, który nie chciał minąć - nawet po operacji. Smutek, zwątpienie, w końcu załamanie... Tak bardzo pragnęłam dalej grać, ale czułam - gdzieś w środku czułam - że jestem poza zespołem, że już się nie liczę...
Następne dwa lata to desperacka walka o powrót do gry przeplatana okresami apatii, zniechęcenia. - Wreszcie ostateczna decyzja - mówi Iwona - odchodzę. Szukam dla siebie nowego miejsca w życiu - już poza grą.


Nostalgicznie
To miejsce znalazła w szkole, wśród młodzieży. Uczy wychowania fizycznego w XIV Gimnazjum w Lublinie, jest wychowawcą. Wymagająca, ale otwarta na swoich podopiecznych. Chce i potrafi z nimi rozmawiać. Nie tylko o sporcie, ale w ogóle o życiu, o problemach - małych i dużych. Nigdy nie wiadomo, co w człowieku siedzi, gryzie od środka. Więc trzeba go poznać, spróbować zrozumieć - stąd w niej ta potrzeba rozmowy.

Ostrożnie opowiada o swoich planach na przyszłość. Chce być dobrym pedagogiem - to na pewno. A piłka ręczna? - Owszem - mówi powoli. - Myślę o tym bardzo często. Trudno nie myśleć, skoro to sport ukształtował mój charakter, nauczył walczyć - wygrywać i przegrywać, właściwie nauczył mnie wszystkiego. Dlatego chciałabym oddać to innym, młodym dziewczynom. Jako trener, nauczyciel, przewodnik.
A poza tym? Iwona uśmiecha się, jest trochę speszona. Poza tym jest Leonard. Jej mężczyzna. Miłość. Przystań. Ktoś, przy kim się wyciszyła, uspokoiła, już nie biegnie, nie szuka, nie walczy. Może być sobą. Kobietą - nie kapitanem.
Kariera? - Miałam swoje pięć minut - odpowiada po chwili pewnym, mocnym głosem. Ale w jej oczach coś się czai. Jakiś smutek, tęsknota. Prawdziwie jesienna nostalgia.

Czerwone korale

Drzwi otwiera mi dziewczyna, nastolatka. Pastelowa bluzeczka, proste dżinsy. Króciutkie, ciemne włosy. Żadnego makijażu, biżuterii. Szesnaście lat, nie więcej.
- O, nie!... - śmieje się Sabina, kiedy wspominam kalendarz. - Tragedia!... Nienawidzę sukienek, wysokich obcasów, makijażu, a tutaj - wszystko naraz!
• Miałaś jeszcze korale - przypominam jej.
- Korale? Niemożliwe. Ja i korale?!
A jednak. Bardzo dobrze pamiętam Sabinę Włodek z sesji zdjęciowej. Małomówna, konkretna, posłuszna. Zdyscyplinowana, jak powiedziałby trener. Sukienka?... - skrzywiła się. - Niech będzie sukienka. - Korale? - Dobra, dawaj.
A w dłoni słomkowy kapelusz z dużym rondem, przepasany jedwabnym szalem. Dziewczyna z Karaibów, w samym środku upalnego lata. Ładna, słoneczna. Energetyczna. Bardzo dziewczęca.
I nic się nie zmieniła. Chociaż tyle się zmieniło; w niej, wokół niej.
- Kuba urodził się dwa lata temu, w lipcu - opowiada Sabina. - I wszystko przewartościował, odmienił. Mnie, moje życie. Zatrzymałam się, zaczęłam myśleć przede wszystkim o dziecku, o rodzinie. Reszta trochę przybladła, zeszła na drugi plan...
A jednak już kilka miesięcy po urodzeniu Kuby, wróciła do regularnych treningów. Do ostrej gry. Była potrzebna, nie mogła zawieść dziewczyn, trenera, zespołu - z drużyny odeszły wtedy najsilniejsze zawodniczki. "Życzliwi” mówili, że to koniec lubelskiej piłki ręcznej. Sabina ruszyła do walki, a za nią - drobną, filigranową, pozornie kruchą - cały ambitny zespół.
No i udało się. Kolejny raz.

Po prostu Sabina

Dziewczyna z Gliwic. Mąż, Robert z Zabrza. Dziesięć lat temu zostawili na Śląsku swoje rodziny. Sabina miała 22 lata, kiedy dzień po ślubie wyjechała na pierwsze zgrupowanie MKS Montex Lublin. Pierwszy rok w Lublinie przepłakała; tak bardzo tęskniła. Ale wytrwała. W końcu zahartowana - od 17 roku była samodzielna, niezależna: rodzice jej zaufali i zostawili w Gliwicach, a sami wrócili w rodzinne strony, na wieś. Dlatego z każdym rokiem w Lublinie czuła się coraz pewniej, lepiej. Nowe znajomości, przyjaźnie. Oboje z mężem wsiąkli w Lublin - tu mają swój dom, swoją rodzinę. Kochają Kazimierz nad Wisłą.
Ale najważniejsi są ludzie. Dlatego Sabina ściągnęła do Lublina mamę: żeby Kubuś miał babcię. I żeby ona była spokojna, kiedy wyjeżdża na mecze. Bo teraz, oprócz tego, że jest zawodniczką, jest również kapitanem. Czuje się odpowiedzialna - za dziewczyny, za wynik. Za atmosferę w zespole, bo od tego przecież tak wiele zależy.
Na niedzielny obiad robi kluski śląskie, roladę mięsną i kapustę czerwoną - modrą, jak mówią na Śląsku. Lubi gotować i dobrze gotuje, piecze pyszne ciasta. Prawdziwa gospodyni, jak jej mama. I tak jak jej mama, która nigdy nie wpływała na jej decyzje, mówi: - Nie zamierzam planować Kubie przyszłości, sam wybierze, co będzie chciał robić. Niech wybierze najlepiej - dla siebie.
A na odchodnym, już przy drzwiach, dodaje:
- Ważne, żeby był szczęśliwy. No bo co jest w życiu ważniejszego?... - uśmiecha się do mnie.
I czy Sabina tego chce, czy nie, ja widzę w jej uśmiechu słońce upalnego lata - prosto z Karaibów. Chociaż ani korali, ani kwiecistej sukienki. Po prostu Sabina.

Po prostu kapitanki

Kiedyś blisko siebie, dziś trochę dalej. Nie, nie przyjaźnią się, utrzymują luźny kontakt. Mówią o sobie nawzajem z przyjaznym uśmiechem i zawodowym szacunkiem. Ale nie szukają między sobą podobieństw - są przekonane, że ich nie ma. Indywidualistki, które jednak potrafią zagrać razem. Zagrać i wygrać.
Utalentowane, ambitne, pracowite. Z charakterem. Trzy kapitanki kobiecego dream teamu, który lubelski sport wyniósł wyżej, niż jakikolwiek zespół wcześniej. Poza Lublin, poza Polskę. Na najwyższy poziom.
Dzisiaj grają inaczej, każda do swojej bramki. Nie wszystkie na boisku, ale wszystkie w życiu - o swoje dalsze życie. Konsekwentnie, ambitnie, z pasją. Bez taryfy ulgowej. Tego nauczyła je gra - o mistrzowską stawkę.

Za udostępnienie zdjęć z kalendarza dziękujemy firmie Studio R-ka (081) 534-56-18


Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!