czwartek, 17 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Z Mitsubishi do Księgi Guinnessa

Autor: Fabian Plapis

Na starcie czuje się jak pies, który za chwilę będzie spuszczony ze smyczy. Mariusz Stec jeździ najszybszym w Europie modelem mitsubishi lancer evo VI. Samochód ma moc 500 km, maksymalną prędkość 290 km/h. Setkę osiąga w 3 sekundy

Ma dopiero 24 lata i jako najmłodszy zwycięzca krajowego chempionatu ma zostać wpisany do Księgi rekordów Guinnessa. - Wszyscy są dużo starsi. Nadal traktują mnie jak małolata, który ma się uczyć, a nie z nimi walczyć. To czasami bardzo mi pomaga. A ja jestem taki, że jak ktoś mi podpadnie, to go w czasie rajdu wykończę - mówi z niewinnym uśmiechem.

Z ojca na syna

Mariusz jest średniego wzrostu. Porusza się powoli. I tak samo mówi. Na pierwszy rzut oka nie chce się wierzyć, że jest człowiekiem, który rozpędza samochody do granic możliwości. - Po ojcu mam żyłkę do rajdów. Pierwszy raz poczułem, że chcę to robić, kiedy oglądałem go podczas Kryterium Asów w Warszawie - opowiada Mariusz.
Pierwszy raz za kierownicą siedział w wieku lat piętnastu. Pierwsze starty w rajdach zaliczył po zdaniu egzaminu na prawo jazdy w wieku osiemnastu lat. Ale było bardzo ciężko. I tylko za sprawą matki dzisiaj jeździ. To ona przekonała ojca, żeby pozwolił synowi startować.

Trening i pot

Gdy zaczął startować w rajdach górskich, ojciec Mariusza się przełamał. - Dał mi samochód, serwisantów. To on ustawiał pilotów i organizował całe rajdy. Ja miałem tylko jeździć - mówi znakomity rajdowiec.
Często trenował na ulicy. - Jak ma się zgraną grupę ludzi, którzy zamkną ci kilka odcinków w mieście, to można w ciągu nocy zrobić w ten sposób nawet czterysta kilometrów - dodaje. Wysiadał zlany potem. Po takich treningach potrafił w Słomczynie poprawiać swoje osiągi o dwie sekundy na kilometrze.

Zapaliła się lampka bezpieczeństwa

W rajdach najgorsze jest to, że nie zawsze organizator może zapewnić szybkie dotarcie ekipy ratunkowej do miejsca wypadku. - Samochody są tak przerabiane, że przy niemal każdej stłuczce klinują ci się nogi. Bez użycia ciężkiego sprzętu nie wydostaniesz się z auta - mówi Mariusz.
A wie, co mówi. Podczas Rajdu Polski wyleciał na zakręcie prosto w drzewo. Pilot zdążył tylko krzyknąć "Coś ty zrobił”. Stracił przytomność. - Zapadła cisza. Myślałem, że to już koniec. Nic nie czułem, wyciągnęli mnie kibice i jak stanąłem na ziemi, to dopiero oprzytomniałem - relacjonuje.
Przez kilka następnych tygodni miał opory przed szybką jazdą. Robił słabsze wyniki. Miał lęki. Dopiero pomoc psychologa pozwoliła mu stanąć na nogi.


Kto da milion?
Gdyby Mariusz mieszkał w innym, bogatszym regionie Polski, miałby teraz bogatego sponsora, który wykłada pieniądze na treningi, sprzęt i rajdy. On sam zająłby się tylko wygrywaniem i robieniem tego, co kocha.
- Dzisiaj roczny budżet niektórych rajdowców to milion złotych. Tutaj nie ma chętnych na wyłożenie takich kwot. Mieszkam w zbyt ubogim regionie, nikt nie chce sponsorować dobrego rajdowca. Zamiast iść do przodu, cofam się i chyba zrezygnuję z rajdów na stałe - podkreśla z żalem Mariusz.
Może pomyśli o jakimś interesie na przyszłość...
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!