poniedziałek, 23 października 2017 r.

Magazyn

Zaatakowałam Mount Blanc

  Edytuj ten wpis

Co trzeba zrobić, by zjeść puszkę owoców w zalewie na najwyższym szczycie Europy? Przez cztery dni brnąć w śniegu, między przepaściami.

Spać na lodowcu. Chodzić w jednych spodniach, dwóch parach skarpetek i trochę śmierdzieć. Na to zdecydowała się Emilia Tomaszewska z Krasnegostawu.
O wejściu na Mont Blanc Emilia myślała już od maja. Planowała to zrobić z Maćkiem, kolegą którego poznała na forach internetowych dotyczących Tatr. - Przygotowań nie było za wiele - przyznaje. - Maciek trenuje wspinaczkę skałkowa, więc cale lato spędził na ścianie. Ja byłam w Londynie i ćwiczyłam formę jak mogłam; najczęściej biegając. Bo przed taką wyprawą trzeba sporo trenować. Wstać zza biurka po pół roku nic nie robienia i wyruszyć na szczyt, to zła opcja.

Cena lekkości

Przed wyprawą pod uwagę brali dwie wersje. - Albo się żywimy w schroniskach i tam śpimy, albo bierzemy namiot, butle i palnik. Zdecydowaliśmy się na drugi wariant - mówi Emilia.
Plecaki musiały zawierać jak najmniej potrzebnych przedmiotów. Ubrania: jedne spodnie, koszulki termoaktywne, dwie pary skarpetek. - Chodziliśmy przez cały czas w tym samym. I fakt, po czterech dniach trochę już się śmierdzi - śmieje się Emilia. - Ale to cena lekkości plecaka.
Kosmetyczka Emilii też nie była wypełniona po brzegi. Znajdowała się w niej szczoteczka do zębów i pasta. A i tak nie mieli wody żeby z tego skorzystać. - W wysokich partiach topiliśmy śnieg. Przy jednej butli, nie chcieliśmy marnować wody na mycie zębów!
Była jednak i kąpiel. W górskim potoku, z mydłem. - Cześć bagażu zostawiliśmy nad rzeką: klucze do domu, zapasowe ciuchy i mydło właśnie. Nawet impregnator do butów zostawiłam. Bo jak jest minusowa temperatura tam w górze, to nic się nie zaimpregnuje. Do tego wymagana jest temperatura pokojowa - tłumaczy Emilia. - Zapakowaliśmy w foliowe torby i ukryliśmy pod kamieniami. I jak wróciliśmy wszystko było. Nikt nic nie zabrał.

Żeby kozice nie wyjadły

W Alpy ruszyli 19 września. Stopem. Do Francji wiozło ich czternaście rożnych samochodów. Niektórzy kierowcy zostawiali im swoje wizytówki, po to żeby później Wiktoria i Maciek opisali wyprawę. - Jechaliśmy z mężczyzna, który okazał się projektantem biżuterii dla Gucciego. Opowiadał, że sam się wspina, ale na Mont Blanc nie był - opowiada dziewczyna z Karsnegostawu. - Ludzie byli bardzo uprzejmi. Ale chyba do końca nie wierzyli, że nam się uda.
W góry wyruszyli po godzinie 17 z Les Houchesle, skąd rozpoczyna się droga na szczyt. - Świeciło piękne słońce i szkoda było takiej pogody nie wykorzystać. Koniecznie chcieliśmy spać już na jakiejś konkretnej wysokości, żeby dostosowywać organizm - tłumaczy Emilia.
Wystartowali z wysokości ok. 1600 m npm., a nocowali na 2300 m npm. - W nocy baliśmy się tylko tego, żeby nam kozice nie wyjadły jedzenia.
W dalszą drogę wybrali się z samego rana. Przeszkodą były oblodzone partie z jednej strony i błotniste z drugiej. Emilia szła w jednej koszulce i czapce. Bo generalnie to było gorąco.

Spacer po przepaści

Emilia nie spała prawie cała noc. Emocje brały górę nad zmęczeniem. Poranek też był pełen wrażeń. Gdyby nie rosyjska ekipa, która pojawiła się w okolicach ich namiotu, w dalszą drogę poszliby bez wody. Ta w butelce im zamarzła. Palnik, którym roztapiali śnieg na wodę, też odmawiał posłuszeństwa. Dopiero Rosjanie pożyczyli im zapalniczki.
Zaczęli iść dalej. Nie przypuszczali, że idzie załamanie pogody. Z godziny na godzinę robiło się zimniej. Emilia pod kaskiem miała lód. Inne ekipy zaczęły schodzić. Nie mieli po co iść. Woleli się cofnąć. Zatrzymali się w schronisku. - To był taki zwykły blaszak. Sześć miejsc w środku. Materace na podłodze. Ale jest tam radio i można wezwać pomoc w razie czego - opisuje wygląd schroniska Emilia.
Kiedy się rozpogodziło, postanowili zostawić tam wszystkie zbędne rzeczy i iść dalej. Przed nimi był najcięższy odcinek: grań, nasyp śnieżny, przepaść po prawej i po lewej. - Parę razy mną zachwiało. Nie miałam, gdzie się oprzeć, czego przytrzymać. Miałam stracha, serio - wspomina.

4807 m npm i brak zasięgu

Morze chmur, bezkres śniegu i lodowca, czasem wielka przepaść. To widzieli, gdy szli. Na samym szczycie już nic nie było widać. Zrobili zdjęcia. Chcieli wysłać SMS-y do rodziny, ale nie było zasięgu. Wejście na szczyt uczcili puszką owoców w syropie, którą Maciek zabrał ze sobą. - To był prawdziwy hicior - śmieje się Emilia.
Zwłaszcza, że jedzenia nie mieli ze sobą w nadmiarze. Do plecaków zapakowali zapas batonów z orzechami, musli, czekoladę. Suszonych owoców już nie brali, bo były za ciężkie.
Po radości ze zdobycia 4807 m npm, zaczęli się martwić o zejście. - Bo wejście to połowa sukcesu, połowa drogi - mówi Ewelina.
I rzeczywiście. Tuż przed samym schronem, zgubili się we mgle. Wiatr zatarł wszystkie ślady. Nie wiedzieli, gdzie się ruszyć. A musieli zejść ze stoku, tak żeby nie spaść w przepaść. Kiedy doszli do krawędzi, coś ich tknęło - zobaczyli skały, których przy schronie nie było. W ostatniej chwili zawrócili.
W schronisku kolejna niespodzianka. Od innych turystów dowiedzieli się, że idzie burza śnieżna. W pośpiechu zaczęli się zbierać. Udało im się uciec. W poniedziałek wieczorem byli już na dole. - Po drodze wypiłam chyba ze 3 litry wody. A ceny napojów były kosmiczne. W schronisku puszka Coca-Coli kosztowała 4,20 euro! - wylicza Emilia. - Ale w sumie nie wydaliśmy zbyt dużo. Budżet na osobę wyniósł 100 euro.

W CV o górach

- Zaatakowanie Mount Blanc dało mi spełnienie moich marzeń - mówi Emilia. - Przekonałam się, że z obcymi ludźmi, takimi jak Maciek, można gdzieś wejść. I że nie trzeba się bać komuś zaufać.
Dlatego teraz szuka chętnych do zimowej wyprawy na najwyższy szczyt Europy. Ale najpierw zamierza wziąć się za studia. Bo IV rok w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie to nie przelewki. - Czas się rozejrzeć za praktykami lub pracą. Boję się, że nikt mnie nie zatrudni przez te góry. Bo to znaczy, że osoba lubi ryzyko i że będzie chciała dużo urlopu na wyjazdy. Ale z drugiej strony, taka osoba wie czego chce i potrafi w życiu osiągać cele. Dlatego nie będę zatajać mojej pasji przed przyszłym pracodawcą. Bo jednak w zespołach potrzebne są takie szalone osoby jak ja. Żeby nie było nudno w pracy...

  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
przemekkk
Gość
zdenek
(3) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

przemekkk
przemekkk (4 kwietnia 2012 o 18:41) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Chętnie poszedł bym na tą górkę. Wziąłbym ze sobą jabłuszko i zjchał po bardziej stromej stronie. To bybyło coś
Rozwiń
Gość
Gość (6 lipca 2011 o 19:03) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Zwłaszcza, że jedzenia nie mieli ze sobą w nadmiarze. Do plecaków zapakowali zapas batonów z orzechami, musli, czekoladę. Suszonych owoców już nie brali, bo były za ciężkie.


Musli to podstawa, zawsze je kupuje w internecie...
Mogę sobie dobrać dowolne składniki...
...bardzo zdrowe i pożywne...
...ekologiczne, naturalne, bez chemii i konserwantów...

Polecam!!!
Rozwiń
zdenek
zdenek (11 listopada 2007 o 14:55) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
ja chce na mont blanc zimą :)
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (3)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!