sobota, 16 grudnia 2017 r.

Praca

Sposób na kredyt przy bezrobociu

  Edytuj ten wpis
Dodano: 3 kwietnia 2009, 14:48

Szef przebąkuje o cięciu kosztów i zwolnieniach, a ty masz na głowie kredyt hipoteczny? Nie wpadaj w panikę. Banki zapewniają, że nie czyhają na nasze mieszkania. A rząd obiecuję pomoc. I to od maja.

- Półtora roku temu wziąłem kredyt na budowę domu - opowiada pan Roman. - Nie było żadnego problemu, zarabiałem 3,5 tysiąca złotych na rękę. Żona miała o tysiąc złotych mniej. Ale kurs franka nieoczekiwanie poszybował w górę. W ciągu kilku ostatnich miesięcy rata wzrosła nam o kilkaset złotych! Jakby tego było mało, w mojej firmie szykuje się redukcja etatów. Zamiast cieszyć się nowo wybudowanym domem, nie śpię po nocach. Utrata pracy to dla mnie katastrofa...

Pan Roman nie jest w swoim strachu odosobniony. O posadę drży coraz więcej osób, które pożyczyły pieniądze na mieszkanie. Według szacunków rządowych ekspertów kłopoty ze spłatą kredytów może mieć w najbliższym czasie nawet 100 tys. Polaków.



Roczny wentyl bezpieczeństwa
- Przez te 30 lat, na które zaciągnęliśmy kredyt, może się wiele wydarzyć - stwierdza tymczasem Michał Macierzyński, ekspert z firmy bankier.pl - Również utrata pracy. Ale to jeszcze nie koniec świata. Trzeba te chwilowe kłopoty przezwyciężyć.

Jak? - Jeżeli tylko zauważymy, że w naszej firmie zaczyna dziać się źle, pomyślmy o zaciśnięciu pasa - radzi Macierzyński. - Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze stworzą poduszkę finansową. Pozwoli nam ona spłacać pierwsze raty po utracie pracy.

Warto się też zorientować, czy nasz bank oferuje ubezpieczenie na wypadek bezrobocia. Z reguły zawiera się je w momencie zaciągania kredytu.

Niestety, tylko w nielicznych bankach wykupimy polisę już w trakcie trwania umowy. Taką możliwość daje na przykład PKO BP. - Koszt ubezpieczenia to 0,7 proc. kwoty kredytu rocznie. Wykupujemy je na dwa, cztery lub sześć lat z możliwością kontynuacji - informuje Maciej Kazimierski z zespołu prasowego PKO BP.

Jeżeli ubezpieczony kredytobiorca traci pracę, ubezpieczyciel pokrywa za niego ustaloną liczbę rat. Z reguły trwa to 12 miesięcy. Warunkiem jest jednak rejestracja w urzędzie pracy i uzyskanie statusu bezrobotnego.

Zanim zdecydujemy się na ubezpieczenie, sprawdźmy ogólne warunki umowy. Zwróćmy uwagę na to, kiedy odpowiedzialność ubezpieczyciela jest wyłączona. Zwykle nie mamy co liczyć na wsparcie, gdy zostaniemy zwolnieni z pracy z naszej winy. Czasami firmy zastrzegają sobie też prawo podwyższenia składki w trakcie trwania ubezpieczenia.


Odsetki do banku, kapitał w kieszeni

Chwilowym wyjściem awaryjnym są wakacje kredytowe. - W zależności od banku trwają one od miesiąca do pół roku - wyjaśnia Paweł Majtkowski z firmy doradztwa finansowego Finamo.

Dzięki nim zyskujemy kilka miesięcy wolnego w spłacie. Ale nie zawsze. W wielu bankach nie jest to faktyczny czas bez rat. Zawieszona zostaje bowiem tylko tzw. cześć kapitałowa. Natomiast odsetki trzeba płacić. - W przypadku "młodych” kredytów spłacanych w ratach równych zyskamy tylko nieznaczne oszczędności - wyjaśnia ekspert Finamo. - Większość w racie stanowią bowiem odsetki - około 90 proc., a kapitał to tylko niewielka część. Ta proporcja zmienia się dopiero wraz z upływem lat.

Prześledźmy, jak to wygląda w praktyce.
Załóżmy, że spłacamy kredyt w wysokości 300 tys. zł, w ratach równych, zaciągnięty w złotówkach na 30 lat, z oprocentowanie 8,5. Nasza miesięczna rata to 2.306 zł. Z tego po roku część raty przypadająca na spłatę kapitału wynosi 198 zł, po pięciu latach - 278 zł, a po dziesięciu - 424 zł. Zatem tylko o takie niewielkie sumy zmniejszy się nam rata w ramach wakacji kredytowych.

Gdybyśmy spłacali wspomniany kredyt w ratach malejących, część kapitałowa byłaby stała przez cały okres kredytowania i wynosiła 833 zł. Po roku rata kredytu to 2.888 zł (po odjęciu części kapitałowej zostaje 2.055 zł, którą trzeba spłacić od razu), po pięciu latach - 2.604 zł (1.771 zł odsetek), a po dziesięciu - 2.250 zł (1.417 zł odsetek). Zatem tu oszczędności są już większe.


Żebyś nie trafił na czarną listę

Banki i eksperci są zgodni: najgorsze, co możemy zrobić, to grać na zwłokę.
- Jeżeli klient wie, że pojawiają się problemy z terminowym regulowaniem zadłużenia powinien zgłosić się do banku i przedstawić swoją sprawę - przekonuje Grzegorz Adamski z biura prasowego Banku Zachodniego WBK.

Co możemy wynegocjować?
- Trudno wskazać jedną uniwersalną metodę pomocy klientom w trudnej sytuacji - kontynuuje Adamski. - Zależy to od okoliczności i ich możliwości finansowych.
Przepytane przez nas banki przyznały, że są skłonne negocjować obniżenie raty poprzez:
- wydłużenie okresu kredytowania,
- zmianę formuły spłaty z rat malejących na równe,
- czasowe zawieszenie spłaty kapitału, w tym czasie kredytobiorca spłaca odsetki od kredytu,
- restrukturyzację zadłużenia poprzez ustalenie wysokości rat pod możliwości kredytobiorcy.

Oczywiście każda zmiana w umowie kredytowej wymaga podpisania aneksu, z nowym harmonogramem spłat. Niektóre banki mogą za to zażądać dodatkowej opłaty.

Jednak warto dogadać się z bankiem, bo...
- Niespłacona czy zaległa rata kredytu jest przez wszystkie banki odnotowywana automatycznie w systemie Bankowej Informacji Kredytowej tzw. BIK, psując naszą historię kredytową - przypomina Aleksandra Bodzińska, z "Media & Doradztwo”, która reprezentuje Polbank.


Do drzwi zapuka komornik

Gdy bank sam wykryje, że nie spłacamy rat na czas, możemy mieć znacznie poważniejsze problemy niż obecność na czarnej liście.

Zacznie wysyłać nam ponaglenia do zapłaty. Za każdy taki monit może zażądać od nas nawet kilkadziesiąt złotych. Jeżeli to nie poskutkuje, wystawi nam bankowy tytuł egzekucyjny i zwróci się do sądu o nadanie mu tzw. wykonalności.

A sąd z reguły się nie ociąga i podejmuje decyzję na posiedzeniu niejawnym, góra w ciągu trzech dni. Jeżeli stwierdzi, że faktycznie nie spłacamy długu, wówczas bank wyśle do nas komornika. Ten będzie chciał wyegzekwować pożyczone pieniądze wraz z karnymi odsetkami. W dodatku trzeba będzie zapłacić za jego pracę.

W przypadku bardzo opornych dłużników nieruchomość zostanie oszacowana i wystawiona na licytację. Szansę na jej zakup ma ten, kto zaoferuje najwyższą cenę.
- Bankom nie zależy jednak na przejęciu nieruchomości - twierdzi Michał Macierzyński. - Do takich sytuacji nie dochodzi zbyt często.

- Nie jest to bowiem taka prosta operacja - potwierdza Paweł Majtkowski. - Nasze prawo praktycznie nie przewiduje eksmisji na bruk. Trzeba zapewnić eksmitowanemu kredytobiorcy zastępczy lokal socjalny. A tych, jak powszechnie wiadomo, nawet samorządom brak.

Ale to wcale nie oznacza, że możemy sobie tak bezkarnie nie spłacać kredytu. - Komornik może zająć wszelkie nasze dochody, a także samochód, telewizor i inne dobra materialne - ostrzega Paweł Majtkowski.

Nie warto też czekać na licytację nieruchomości. W ostateczności lepiej samemu sprzedać mieszkanie lub dom i oddać bankowi pieniądze.

- Jednak, czy warto decydować się aż na tak drastyczny krok i pozbywać się nieruchomości? - zastanawia się ekspert bankiera.pl - Osobiście tego nie polecam. Zwłaszcza w sytuacji, gdy kredyt przewyższa wartość nieruchomości. Może warto pomyśleć o wynajęciu mieszkania, a samemu wprowadzić się na jakiś czas do rodziny lub przyjaciół. Z wynajmu będziemy mieli pieniądze na spłatę raty.
Fachowcy od finansów nie polecają też zmiany waluty kredytu lub jego refinansowania. - Niżej oprocentowane kredyty we frankach są teraz znacznie mniej dostępne - wyjaśnia Majtkowski. - W dodatku kredyty są dużo droższe niż kilka lat temu.

Za to dobrym wyjściem dla bezrobotnego kredytobiorcy jest pożyczenie pieniędzy na bankowe raty od rodziny lub przyjaciół. - Gdyby bliscy poratowali kredytobiorcę do końca kwietnia, to od maja mógłby już skorzystać z pomocy, którą obiecuje rząd - stwierdza Majtkowski. - Oczywiście pod warunkiem, że rząd obietnic dotrzyma...


Zdecyduje starosta, państwo pomoże

W kancelarii premiera zapewniono nas, że prace nad ustawą o pomocy państwa w spłacie kredytów hipotecznych osobom bezrobotnym cały czas trwają. Podtrzymano też planowany termin wejścia w życie przepisów, czyli maj.

Jak to ma wyglądać w praktyce?
Kredytobiorca, który straci pracę, będzie musiał pofatygować się do "pośredniaka” i zarejestrować się jako bezrobotny. Dopiero wówczas ma prawo złożyć wniosek o pomoc. O tym, czy otrzyma wsparcie, zdecyduje starosta.

Wysokość wsparcia to maksymalnie 1.200 zł miesięcznie, góra przez rok. Jeżeli to nie wystarczy na ratę, resztę zainteresowany będzie musiał dołożyć sobie sam. Pieniądze nie będą trafiały do jego ręki, ale bezpośrednio do banku.

Wsparcie z państwowej kasy, a konkretnie z puli Funduszu Pracy, trzeba będzie oddać. Przewiduje się jednak dwuletnią karencję, w czasie której można nie spłacać pomocy. Po dwóch latach dług zostanie rozłożony na równe miesięczne raty, maksymalnie na osiem lat.

Co istotne, na pomoc może liczyć wyłącznie kredytobiorca, który stracił pracę nie z własnej winy. Zatem w grę nie wchodzi "dyscyplinarka” lub zwolnienie za porozumieniem stron czy na własną prośbę. Jak dowiedzieliśmy się w kancelarii premiera - wbrew wcześniejszym doniesieniom - raczej nie będzie brana pod uwagę wysokość utraconych zarobków oraz wartość kredytowanego mieszkania. Pomoc uzyskają też rodziny, w których tylko jeden z małżonków dołączył do grona bezrobotnych. I jeszcze jedno: musi to być jedyne rodzinne lokum.

  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!