środa, 18 października 2017 r.

Puławy

77 lat z zegarkiem w ręku

  Edytuj ten wpis
Dodano: 17 listopada 2005, 11:36

W latach 20. i 30. chodziło się w Puławach z zepsutym zegarkiem
do Żyda Szabasona, a później do Konrada Głupczyńskiego. Obaj doskonale znali zegary i zegarki wszystkich marek świata. Jednak Głupczyński był pewniejszy jako reperator, bo robił sam. Szabason natomiast wolał posługiwać się gromadą czeladników i terminatorów. Tak o moim ojcu pisał prof. Michał Strzemski w książce "Nasze Puławy”

• Wydaje się, że zakład zegarmistrzowski przy
ul. Piłsudskiego 28 był w Puławach od zawsze...
- Takie wrażenie mogą mieć młodsi mieszkańcy miasta. Ci, którzy liczą sobie ponad 70 lat wiedzą, że zakład w Puławach otworzył w 1938 roku mój ojciec Konrad Głupczyński. Na początku mieścił się on przy ul. Kołłątaja 2, a później w trzech różnych miejscach.
• Ale na szyldzie napisano, że zakład został założony w 1928 r.
- Bo to jest prawda. Od 1928 istniał w Warszawie, ale 10 lat później ojciec przeniósł go do Puław.
• Czyżby nie było tu zegarmistrzów?
- Owszem byli. I to aż czterech. Wszyscy narodowości żydowskiej.
• W małym miasteczku, jakim były wówczas Puławy, to bardzo silna konkurencja...
- Zapewne, ale mój ojciec się jej nie bał. Warszawski zakład Konrada Głupczyńskiego cieszył się dużą renomą. Tak było również w Puławach. Najlepszym na to dowodem jest opinia, jaką wyraził w swojej książce "Nasze Puławy” nieżyjący już prof. Michał Strzemski. ".W latach 20. i na początku lat 30. chodziło się z takimi kłopotami (z popsutymi zegarkami - przyp. red.) głównie do Szabasona, a później do Konrada Głupczyńskiego. Obaj zegarmistrze znali doskonale zegary i zegarki wszystkich marek świata. Jednak Głupczyński był pewniejszy jako reperator, bo robił sam, podczas gdy Szabason wolał posługiwać się gromadą czeladników i terminatorów”.
• Kiedy pan przejął od ojca prowadzenie zakładu?
- Po jego śmierci w 1971 r. Ojciec pracował w firmie niemal do ostatnich dni swojego życia.
• Zegarmistrzem został pan z zamiłowania, czy zwyczajnie odziedziczył pan schedę po ojcu?
- Już jako dziecko przejawiałem zdolności manualne. Interesowałem się mechaniką precyzyjną, konstruowałem najrozmaitsze przyrządy szkolne. Ukończyłem Liceum Ogólnokształcącego im. ks. Adama Jerzego Czartoryskiego w Puławach, ale na studia nie poszedłem. Chciałem być zegarmistrzem, tak jak mój ojciec.
• Czy w dobie tanich jednorazowych zegarków elektronicznych zegarmistrzom nie grozi bezrobocie?
- Bynajmniej. Nadal produkuje się zegarki z tradycyjnym mechanizmem. Te nowe, elektroniczne, różnią się od tradycyjnych tylko tym, że zamiast sprężyny mają silniczek elektryczny, a zamiast balansu kwarc. Reszta mechanizmu jest taka sama. I też wymaga okresowego czyszczenia, oliwienia lub naprawy.
• Kto do pana przychodzi?
- Różni ludzie i wszystkich szanuję jednakowo. Ale najbardziej cenię tych, którzy przynoszą do oczyszczenia lub naprawy zegarki, którymi zajmował się mój ojciec. Niedawno przyjechał do mnie z Gdańska klient z Schaffausenem. Chciał właśnie mi powierzyć ten zegarek, bo był już tu kiedyś naprawiany. Są też tacy, którzy zostawiają mi złotego Rollexa albo Omegę i wychodzą nie czekając na pokwitowanie. Cieszą mnie takie dowody zaufania.
• Czy zegarmistrzowska tradycja Głupczyńskich będzie kontynuowana?
- Mój syn prowadzi własną działalność handlową, córka jest księgową w warszawskiej AWF. Mam jeszcze dwóch wnuków. Może któregoś z nich uda mi się jeszcze nauczyć zawodu.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!