wtorek, 12 grudnia 2017 r.

Puławy

Mała stabilizacja

  Edytuj ten wpis
Dodano: 11 marca 2005, 12:09

Tigran Haszmanian z Erewanu przed 14 laty spakował do walizki trochę książek i rylce. Wysiadł na dworcu w Puławach i tu został.
Czasem tęskni za tamtym klimatem, za zapachem słodkich melonów i aromatycznej, czarnej jak smoła, kawy. Za obrazami Suchumi, gdzie jeździł do babci.
Ale tamte obrazy zmieniły się. Może źle byłoby je teraz oglądać. Wie też, że gdyby tam wrócił, tęskniłby za Puławami. Mimo
że cierpi tu w zimie i niecierpliwie czeka na słońce

- Wszyscy tu, w Środowiskowym Domu Samopomocy, pracują z poświęceniem; moje koleżanki i koledzy, dlaczego pisać akurat o mnie? - pyta. - A terapię plastyczną prowadzi także Monika Szymańska, jest w tym świetna i wszyscy ją bardzo lubią - dodaje mężczyzna w wieku nieokreślonym. Raczej młody, bo o gładkiej twarzy i lśniących oczach, ale przecież we włosach ściągniętych ciasno w kucyk widać liczne srebrne pajęczynki. Gdy mruży w półuśmiechu oczy, drobne zmarszczki wokół nich nie wygładzają się już tak prędko.
Dlaczego o nim? Bo on w tych tutaj Puławach znalazł się raptem, jak sam mówi - goły i wesoły; Tigran Haszmanian z Erewanu.

Przystanek Puławy

Skończył Akademię Sztuk Pięknych, odsłużył co się wojsku należy gdzieś na granicy z Iranem, a w 90. roku przyjechał tu z wystawą swoich prac. W następnym roku spakował walizkę, komplet rylców, trochę książek, wysiadł na dworcu w Puławach i został.
Tigran Haszmanian, mężczyzna w wieku nieokreślonym, krząta się po niewielkim pomieszczeniu. Gorączkowo otwiera szuflady w poszukiwaniu herbaty i widać na jego twarzy lekką konsternację - nie może jej znaleźć. Otwiera kolejne słoiczki i puszeczki, ogląda, wącha, wreszcie - jest. O lekko wyczuwalnym zapachu cytryny i grubych liściach paruje za chwilę w białym wysokim kubku.
- Przychodzi tu codziennie około 30 osób - mówi z lekko wyczuwalnym, wschodnim akcentem. - To ludzie samotni, czasem znerwicowani albo chorzy. Malarstwo przynosi im spokój, odprężenie, ale co najważniejsze w terapii - nie są sami. Czasem w tej niewielkiej pracowni aż ciasno. Rozmawiają, oceniają swoje prace, ze stolarni obok dobiega zapach drewna i stukot młotka, u góry w kuchni gotują, wiele kobiet haftuje, jest ruch, jest gwar. I o to chodzi.
Sięga po jedno z płócien. Barwne kwiaty w wazonie malowane przez pana Antoniego. To dziwne, choć bukiet duży i kolorowy, jednak jest w tym jakaś melancholia.
- Pan Antoni pracuje bardzo dużo, w skupieniu, potrafi spędzić przy sztaludze kilka godzin - mówi o jednym z bywalców domu. - Rozmawiamy o tym, co robi, nieraz doradzę, pomogę. Inni nie są tacy cierpliwi. Po dziesięciu minutach zaczynają spacerować, rozmawiać. Ale tu nikt do niczego nie zmusza. I nieważne, czy ktoś ma talent, ważne jest zajęcie. Nie wolno zasiedzieć się w domu. Wtedy najczęściej obserwujemy nawroty choroby.

Łut szczęścia

Na półce z książkami stoi śmieszny kogut zrobiony z drewna. Ma nogi muskularne jak kangur i krzywe. Na blacie w pracowni już leżą pierwsze kurczaki i jajka ulepione na zajęciach. Zaraz będzie Wielkanoc.
- Na emigracji twoje szczęście zależy od ludzi - tłumaczy niespodziewanie. - Mnie się udało. Powiem tak - chleb był niepewny, ale w rozpaczy nigdy nie byłem. Mam dużo znajomych i przyjaciół. Pewnie, były obawy, jak mnie tutaj przyjmą - zatacza ręką krąg, którym ogarnia śmiesznego koguta z drewna, obrazy stojące pod ścianami i malowane butelki, a także wszystkie odgłosy z górnych pracowni i śnieg za oknem. - Nie było problemu - uśmiecha się lekko i żeby nikt sobie co nie pomyślał, zaczyna od niechcenia wyliczać, ile książek ilustrował, ile miał swoich wystaw i gdzie. W końcu sam zaczyna się śmiać szczerze i z ironią - tak, tak, znam dowcipy o radiu Erewan. W każdym jest na pewno trochę prawdy...
Za chwilę rozbawienie znika z oczu i mówi całkiem poważnie:
- Te lata 94 i 95 to był złoty okres. Ja miałem spis zamówień. A była tam nauczycielka i urzędnik, sprzedawca i inżynier. Co chcę przez to mówić? - To była klasa średnia, która kupowała wtedy obrazy, grafiki, interesowała się dziełami sztuki. Dziś znikli. Nie ma - rozkłada ręce i rozstawia palce, jakby chciał pokazać, że cały ten dobry czas przeciekł, minął bezpowrotnie. - Dziś nikt prac nie zamawia - kiwa głową wymownie. - Ludzie są biedni - dodaje.
Pytanie, czy jest "ruskim”, a więc pożałowania godnym, czy "członkiem mafii”, najpierw wywołuje zdumienie w ciemnych oczach, później ironiczny uśmiech.
- Ja tam nikomu w paradę nie wchodzę i nie spotkałem się z takimi obraźliwymi słowami - stwierdza i widać, że bardzo chce, żeby wypadło to szczerze i przekonująco. - Pracuję z ludźmi tu w domu pomocy, robię grafiki, a teraz pasjonuje mnie rysunek i to mój świat na dziś. Nie jestem dla nikogo konkurencją - stwierdza dobitnie.

Na werandzie

Herbata sączona niemal z dna jest najbardziej aromatyczna. Bukiet zbiera się u góry wąskiego kubka, jeszcze łyk, dwa. Na chwilę wyłazi słońce i rzuca czerwone plamy przez witrażyki malowane na szkle. Siada na krześle przy blacie poplamionym farbami.
- Nigdy nie żałowałem. Zresztą, wiedziałem też, że głupio byłoby wracać - mówi półgłosem. - Bardzo lubię Puławy. Na wiosnę i w lecie są piękne, kwitną, pachną. W Erewanie było mało zieleni. Ale już w Suchumi, gdzie jeździłem do babci, była wspaniała przyroda - oleandry, palmy. To kiedyś było internacjonalne miasto - Grecy i Żydzi, Rosjanie i Gruzini obok Abchazów i Tatarów, nikt nikogo palcami nie wytykał, wszyscy żyli razem. Przyjeżdżam więc do babci i siedzę rano na werandzie przy stoliku - zaczyna wspominać. - Idzie sąsiad. O, Tigran z wojska przyjechał, mówi, i za chwilę wraca z butelką wina. Przysiada się, ale już przychodzi następny z kiełbasą, za chwilę ktoś z owocami i tak stolik rozciąga się do parometrowego stołu, przychodzą inni znajomi, przyjaciele, świętujemy do rana - uśmiecha się do tamtych lat, kiedy był młody, wolny, miasto internacjonalne i przyjazne. - Tu ja nie znam nazwisk swoich sąsiadów - rzuca.
- Później przyszła ta wojna w Karabachu i wszystko się zmieniło - mówi ze smutkiem. - Ojciec umarł, nie mam już tam wspólnych znajomych, nie ma z kim posiedzieć na werandzie. Bez powrotu - zamyka z goryczą tamten rozdział. - Lepiej nie oglądać się za siebie - dodaje jeszcze.

Tęsknota

Ale mówi też, że jednak tęskni za tamtym klimatem, za zapachem słodkich melonów i aromatycznej, czarnej jak smoła, kawy. Cierpi tu w zimie, niecierpliwie czeka na słońce.
- Żal - powtarza półgłosem.
Zapada kłopotliwa cisza. Za chwilę tłumaczy:
- Jakbym tam pojechał, to będę tęsknił za Puławami. - Ale tu czasami tęsknię za tamtymi obrazami, choć wiem, że już są inne. W moich wspomnieniach zostało to, co piękne i przyjazne. Mógłbym się okropnie rozczarować, gdybym chciał odwiedzić miejsca dzieciństwa i młodości. Boję się tego. Zresztą - tam ciągle jak na dynamicie i lepiej jednak nie jechać. Zresztą - do kogo? Mama jest tu i siostra, i więcej rodziny już nie mam.
Obraca w palcach bezwiednie mały bibelot, przygotowany na najbliższy kiermasz, na którym podopieczni będą sprzedawać swoje prace. Takie czasy, przyda się każdy grosz na farby, na listwy, z których sami robią ramki. Otwiera wieko pudełka zdobionego ciekawą ornamentyką, sięga do szafki, gdzie na półce leżą małe figurki.
- To dobra praca - mówi. - Mam satysfakcję, że pomagam ludziom. I lubię to. Oczywiście kariery tu nie zrobiłem i nie spotkała mnie wielka sława, choć każdy artysta o tym po cichu myśli. Ale ja sam tak poważnie nie podchodzę do swojej osoby - znów się śmieje głośno. - Choć oczywiście jak będzie lepiej, to nie będę przeciw - dodaje wesoło.
Przesuwa lekko na stole ułożone obok siebie niewielkie obrazki z kwiatami. Stylowe, oszczędne, choć z widocznym wpływem orientu. To jego prace.
- Artyście, tak każdemu byłoby przyjemnie mieć sławę. Ale mnie jeden profesor powiedział tak - artysta uważa, że talent mu wystarczy, idzie do kawiarni, siedzi cały dzień i pije wino. No i pokaż później, co potrafisz? Sam talent to mało. Trzeba ogromnie dużo pracować, szlifować warsztat, technikę. No i mieć trochę szczęścia. Ja z natury jestem leniwy - żartuje za moment. - Jakaś stabilizacja jest, dużo czytam, samochodu nie dorobiłem się, dziewczyny jeszcze nie poderwałem... - znów się śmieje. - Ech, jestem już za stary - kokietuje. - Lubię wolność - dodaje to mityczne słowo, za którym tak chętnie chowają się mężczyźni. - Mam pracę, która mi odpowiada, jestem wśród ludzi. To jest moja mała stabilizacja. Że mała? Mówiłem, że jestem leniwy...
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!