sobota, 25 listopada 2017 r.

Puławy

Wozimy ze sobą czarne worki...

  Edytuj ten wpis
Dodano: 23 lutego 2007, 13:10

Ze śmiercią mają do czynienia na co dzień. I to często w takich okolicznościach, że mogą to przeżyć tylko ludzie o stalowych nerwach.

Jak chociażby ich kolega. A było to tak: pojechali do wypadku. Osobowy zmiażdżony przez tira. Kupa złomu. Jeden ze strażaków poznał auto po tablicach rejestracyjnych - był to samochód jego syna. Nie było szans na ratunek. A chłopak miał dopiero 18 lat...
- Myśleliśmy, że kolega nie wróci już do pracy. Nie na długo, ale wrócił - mówią strażacy o tym dramacie.
Nie udają twardzieli. Nie lubią dowcipów o sobie i o swoim zawodzie. Są młodymi ludźmi z krwi i kości, którzy tak często stykają się z dramatem śmierci. A później starają się o tym zapomnieć. Żyć normalnie. I nie wynosić tego do domu, choć ich bliscy i tak poznają, że to był ciężki dyżur.
- To nie jest zawód, to jest powołanie - stwierdza kapitan Ryszard Starko z puławskiej straży. - Nawet jeśli to stwierdzenie wydaje się banalne, a może nieprawdziwe. Ludzie sami rezygnują, a z niektórych straż rezygnuje. Inni, mimo wszystko, zostają. I dlatego twierdzę, że to musi być powołanie.

Los nie wybiera

W Jednostce Ratowniczo-Gaśniczej Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Puławach dyżur trwa 24 godziny. Raz jedzie się do pożaru, raz do wypadku, kiedy indziej strażaków wzywają do zlikwidowania gniazda szerszeni.
Aspirant sztabowy Mirosław Szyszko pracuje tu od 1985 r.
- Dwadzieścia lat temu rzadko jeździło się do wypadków. Teraz strażacy często są przed wszystkimi, a liczba dramatycznych wydarzeń jest ogromnie duża - wyjaśnia.
- To chłopcy gotowi na każde poświęcenie - mówi o nich kapitan Starko. - Bez względu na porę, w ciągu minuty od zgłoszenia, nasz wóz wyjeżdża poza bramę garażu.
- Już jadąc, psychicznie się przygotowujemy do tego, co zastaniemy - dodaje młodszy kapitan Grzegorz Jeżak.

Pędzą na złamanie karku

A co zastają? Pogiętą blachę, krew, ludzkie zwłoki, amputowane ręce, nogi, a nawet obciętą głowę leżącą obok. Często tłum gapiów szukających traumatycznych doznań i ludzi, którzy ocaleli i w szoku krążą obok miejsca tragedii.
- Bo trzeba było zaimponować dziewczynie albo kolegom. Ojciec kupił samochód w prezencie. Albo jest to tuningowany złom sprowadzony z za- granicy - stwierdza młodszy kapitan Edmund Gierczak, dowódca jednostki. - Wracają z dyskoteki i pędzą na złamanie karku. A my później jesteśmy wzywani do wycinania ludzi z tego złomu, który znalazł się na drzewie. Albo ludzkich szczątków.
Ryszard Starko obarczony jest niemałym bagażem doświadczeń. Nawet nie udaje twardziela. Posiwiałe na skroniach włosy dają mu prawo do okazywania smutku. Zresztą nie on jeden wie, że to młodzi pchają się głównie pod kosę śmierci.
- Widziałem dobrej marki samochód, który dosłownie owinął się na drzewie nie grubszym niż moja ręka i blacha zmiażdżyła troje młodych ludzi - mówi. - Do dziś się dziwię, że tak cienkie drzewo nie poddało się sile uderzenia. Przyroda nie pierwszy raz okazała się mocniejsza.

Wyrzucanie z pamięci

Mirosław Szyszko potakuje, że to młodzi najczęściej są sprawcami i ofiarami wypadków. Tych najbardziej tragicznych. Jak ten pod Kurowem, gdzie zginęło troje młodych. Akurat w wieku jego syna. Może w podświadomości uwiera go to ziarno lęku o swojego chłopaka, który już ma prawo siąść za kierownicą? Ale wierzy w jego rozsądek.
- To paradoksalne, ale sporo wypadków zdarza się w piękne dni przy małym ruchu. Kierowca odpręża się i przestaje kontrolować - stwierdza Ryszard Starko.
- Dużo jest też wtedy, kiedy spadnie pierwszy śnieg lub gdy są pierwsze dni wiosny, czarna nawierzchnia i zbytnia pewność siebie - dodaje Edmund Gierczyk.
Niechętnie mówią o tych najbardziej drastycznych scenach. Starają się je wyrzucić z pamięci. Później. Bo zaraz po wszystkim siadają razem i analizują krok po kroku. I zastanawiają się, co można było jeszcze zrobić. Albo jak. Chociaż głośno się nie przyznają, to przecież sprawy mają zwykle wymiar ostateczny. Co mogli zrobić, jak pół głowy było odcięte? Co mogli ze swoim doświadczeniem i poświęceniem poradzić, jak nogi zostały odcięte, a klatka piersiowa zmiażdżona? Nic...

Nie patrzeć

- Każdy wie, co ma robić - mówią. - Jeden zabezpiecza miejsce wypadku, inny wyłącza akumulator, któryś zajmuje się ocalałą osobą, będącą w szoku, inni wydobywają ze środka żywych.
- Staram się robić swoje i jeśli nie jestem wyznaczony do wydobywania ciał, to nawet nie chcę patrzeć w tamtą stronę - nie ukrywa Grzegorz Jeżak. - To są bardzo drastyczne obrazy i na pewno każdy z nas nosi je przez jakiś czas w sobie. Zmiażdżone ciało wygląda strasznie.
Wspominają, jak wezwani do wypadku zobaczyli auto z pozoru nawet nie bardzo uszkodzone, szkło porozbijane, a wewnątrz kierowcę z odciętą częścią głowy.
- Niedawno zostaliśmy wezwani do palącego się samochodu. Po ugaszeniu okazało się, że w środku siedział kierowca.
- W innym wypadku ugasiliśmy pożar i skutecznie reanimowaliśmy ofiarę, ale poparzenie płuc było tak rozległe, że ofiara zmarła w szpitalu.

Czasem tylko czekają

Przyjeżdżają najszybciej. Nieraz szybciej niż karetka czy policja. Najpierw muszą stwierdzić, czy ktoś wewnątrz żyje.
- Chyba że już jest pogotowie i lekarz to wcześniej stwierdzi - wyjaśnia Edmund Gierczyk. - Wtedy zgodnie z procedurami zaczynamy akcję i wydobywamy ofiarę ze środka. Jeśli lekarz orzeknie, że nikt nie przeżył, albo jeśli sami to widzimy, to nic nie ruszmy do przyjazdu prokuratora i czynności podjętych przez policję. Naszym zadaniem jest wtedy zabezpieczenie miejsca, auta przed zapaleniem, usunięcie ewentualnych wycieków paliwa etc.
- Co z ofiarami? - pyta Mirosław Szyszko. - Cóż, mamy rękawiczki, sprzęt medyczny i specjalistyczny. Mamy mocne nerwy i jesteśmy wyszkoleni w udzielaniu pomocy. Tak, wozimy z sobą również czarne worki...
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!