niedziela, 17 grudnia 2017 r.

Styl życia - Plotki i ciekawostki

Tor kamerowy - przekleństwo gwiazd na sylwestrowych koncertach

  Edytuj ten wpis
Dodano: 27 grudnia 2013, 16:53
Autor: PAP Life

 (PAP/Bartłomiej Zborowski)
(PAP/Bartłomiej Zborowski)

Podczas koncertów sylwestrowych występujące na scenie gwiazdy może wiele zaskoczyć. Rok temu na imprezie Telewizji Polsat przekleństwem dla konferansjerów i artystów był tor kamerowy o głębokości półtora metra, do którego wpadło aż kilka osób.

Krzysztof Ibisz na długo zapamięta ubiegłoroczny koncert sylwestrowy Polsatu w Warszawie. Wśród osób, które pojawiły się obok niego na scenie zbudowanej na Placu Konstytucji, kilka znikło w tajemniczy sposób. Wpadły one do toru kamerowego, czyli dziury w scenie o głębokości, co najmniej półtora metra, gdzie zamontowana jest kamera. Wśród "znikających" znalazła się śpiewaczka Alicja Węgorzewska.

- Razem z Maćkiem Dowborem wyciągaliśmy ją z tej dziury. Alicja się nie poddała - cały czas śpiewała do mikrofonu, a w drugim ręku trzymała kieliszek, by niebawem wznieść toast noworoczny - wspomina Ibisz.

- To mogło być bardzo groźne. Fakt, że Alicji się nic nie stało, to był cud - dodaje Maciej Dowbor. Obaj konferansjerzy spotkają się w tym roku na sylwestrze Polsatu w Gdyni. Czy i tym razem przydarzy się coś, co wywoła u nich skok adrenaliny?

Podczas ubiegłorocznego koncertu na Placu Konstytucji do kanału wpadły jeszcze trzy osoby: jeden z tancerzy, dziennikarz Radia Zet i Krzysztof Skiba.

- Podczas koncertu nieświadom istniejącego zagrożenia oraz dopingowany przez kolegów pobiegłem środkiem wybiegu w kierunku publiczności. I tu nastąpiła akcja jak z komedii Charliego Chaplina - wpadłem w kanał znikając na kilka sekund ze sceny. Kamera nie zarejestrowała mojego upadku, a widownia była przekonana, że moje nagłe zniknięcie to dodatkowa atrakcja. Zespół zamarł z przerażenia, ale grał dalej czekając aż się wydostanę z pułapki - relacjonował to wydarzenie na swoim blogu Krzysztof Skiba.

- Szok i adrenalina, które towarzyszą tego rodzaju wydarzeniom są tak duże, że człowiek nie czuje bólu. Dopiero po godzinie zacząłem utykać, a następnego dnia musiałem już chodzić powoli niczym emeryt. Moje ciało przypominało zwłoki po których przejechał czołg. Dwa dni później nie byłem w stanie samodzielnie wykonać kilku kroków i musiałem wspomagać się kulami. Na szczęście wszystko obyło się bez złamań, a mój stan można określić po prostu, jako ogólne potłuczenie - opisał dalszy ciąg historii.

Gdy o prowadzeniu wielkich imprez rozmawialiśmy z Marcinem Prokopem, przyznał, że i on kiedyś podczas występu stracił dosłownie grunt pod nogami.

- Stanąłem na scenie na kawałku wykładziny, która leżała pośrodku. Myślałem, że była tam, jako dywanik. Okazało się, że coś przekrywała. Wpadłem razem z tą wykładziną do półtora metrowej dziury. Niewiele brakowała, a bym się połamał. Z dziury wystawała tylko moja głowa. Czułem się jak znikający podczas występu David Copperfield - powiedział słynny prezenter. Prokop będzie w tym roku witać Nowy Rok z TVN-em w Krakowie. Zazwyczaj urok osobisty pozwala mu wyjść cało z opresji .
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje