piątek, 18 sierpnia 2017 r.

Świdnik

Kosze, bambusy i czerwone robaki

Dodano: 1 marca 2006, 18:48

Wędkarstwo jest chorobą genetyczną - mówią zgodnie członkowie koła Polskiego Związku Wędkarskiego Świdnik - Miasto. - Zakaźna jest przeważnie w obrębie rodziny, a szczególnie w linii męskiej.

Wyjazdy

Pierwsze koło wędkarskie w Świdniku postało w 1953 r. przy WSK. Jak wspomina dziś Jerzy Michałowski, już wtedy liczyło 1200 członków
Początki lat pięćdziesiątych w nowo powstającym mieście nie były łatwe, ale bakcyl wędkarstwa przekazywany z ojca na syna, przeszczepiany kolegom i przyjaciołom był niezwykle silny. Drążył niezależnie od czasów, braków w zaopatrzeniu i trudności komunikacyjnych.
- Zalewu Zemborzyckiego nie było, choć i teraz go unikamy - mówi Roman Buksiński. - Łowiliśmy na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim, na Wieprzu, Bugu, Wiśle.
- Wtedy nikt nie patrzył, jak i czym się jedzie, ale żeby w ogóle jechać - śmieje się Jerzy Michałowski.
Drewniane deski na platformie ciężarówki zastępowały ławki, a nikt w tamtych latach nie sprawdzał kierowcy alkomatem... Czasem trafiała się lepsza okazja i członkowie koła wyruszali na łowy luksusowo. Autobusem.
- Często jechaliśmy rowerem albo motorem - wspomina Michałowski. - W późniejszych latach jak ktoś miał malucha to i pięciu kolegów potrafił z sobą zabrać.

Spiżarnie i lodówki

- W naszych domach ryb nie brakuje - twierdzi Leszek Kanar. - Jest czym zapchać lodówkę.
Nie tylko rybami. Tak dawniej, jak i dziś żony wędkarzy przeżywają czasami stres otwierając lodówkę.
- Prawdziwy wędkarz sam zbiera rosówki - mówią zgodnie wędkarze. - Dziś tylko młodziaki idą do sklepu i kupują gotowe robaki.
- Najgorzej, jak białe robaki się rozlezą po lodówce. Wtedy murowana awantura w domu.
- Pamiętam, że gar bigosu był do wyrzucenia - śmieje się któryś z wędkarzy.
- A ja z dywanu wyskubywałem je kilka dni - dorzuca drugi.
- Robaki braliśmy z Bystrzycy - wyjaśnia Zbigniew Tokarski. - Specjalną rurką wyciągało się 3-4 kg mułu. Wyrzucało się to na firankę ściągniętą z domu i płukało jak złoto - żartuje. - Zostawały małe, czerwone larwy ochotka. Dziś można je kupić w sklepie.

Leszczyna i bambus

- Kiedyś wędką był kawałek kija leszczynowego i to wystarczało - wspominają.
- W latach pięćdziesiątych jak ktoś dostał kawałek żyłki, to dowiązywał kawałek plecionki z końskiego włosia i taka wędka była.
- A haczyki ze szpilki...
- Później już była wędka bambusowa. Na starych fotografiach widać, jak kije sterczą nad wędkarzami. - dorzuca Leszek Kanar. - Dziś młody kolega ma 13- metrową, składaną, za 4,5 tys. zł, technologia kosmiczna.
- Pod koniec lat sześćdziesiątych pokazały się dwa rodzaje żyłki - gruba szczupakówka i cienka tęczówka. Haczyki były enerdowskie, czeskie albo radzieckie.
- Moja babcia łowiła koszykiem od ziemniaków - wspomina Wojciech Dejko. - Było dużo ryb. W domu mówiło się, że babcia idzie po ryby, a dziadek z wędką po okazję. On już łowił lepsze, większe sztuki. Dziś trzeba wyrafinowanego sprzętu i dużych umiejętności.
- I zanęty kiedyś nie było. Robi się ją z 6-8 składników smakowych, zapachowych i innych. Dziś jednorazowo trzeba do wody wrzucić 200 złotych - dodają fachowo.

Zjeść, wypić i przeżyć noc

W dziedzinie przekąsek i rozgrzewki niewiele się zmieniło od tamtych czasów.
Za najsmaczniejszą rybę niemal zgodnie uznają okonia. A rozgrzewka?
-Kiedyś byliśmy nad Bugiem, noc chłodna, a zapomnieliśmy szkła - wspomina inny. - Nie było takich jednorazówek jak dzisiaj. Z "gwinta” porządny wędkarz nie pije. Mieliśmy do wyboru latarkę albo słoik po białych robakach. Wybraliśmy latarkę, ale trzema palcami należało zatykać trzy otwory w jej obudowie. No, ale tym sposobem przeżyliśmy noc - tłumaczy się.
- Zaraz po ślubie się mniej wędkuje. Po paru latach małżeństwa okazuje się, że ryby w nocy lepiej biorą i trzeba jeździć - śmieją się.
- Szczególnie płotki biorą - dorzuca któryś, ale to tylko żarty, bo nie mają zamiaru burzyć mitów, którymi sport wędkarski obrastał od pół wieku...

Dobra ucha

Spotkali się w świdnickim pubie "Sumik” po zebraniu, na którym prezes Wiesław Górniak mówił o osiągnięciach koła. Krzysztof Żurek serwował znakomitą rybę faszerowaną i wyśmienite fileciki śledziowe. Razem ze Zbigniewem Tokarskim zdecydowali się podać przepis na najlepszą uchę, czyli zupę rybną.

Składniki:

Warzywa jak na rosół,
Oczyszczone ryby z przewagą jazgarza
Oczyszczone łby rybie
Ziemniaki
Ikra z okonia lub jajko lub ostatecznie kasza manna
Warzywa podgotować, wrzucić małe i większe ryby. Niektórzy sugerują, aby gotować je w woreczku lnianym lub na sitku zanurzonym w gotującym się wywarze z jarzyn. Ale też można po ugotowaniu wszystko dokładnie przecedzić. Wtedy dodać ziemniaki pokrojone w kostkę. Gdy będą już miękkie, wrzucić kawałki mięsa z ryb. Wreszcie rozerwać błonę i na gotującą się uchę wsypać ikrę z okonia. Jeśli jej nie ma, można cieniutkim strumieniem wlać rozbełtane jajko, albo kaszkę mannę. Według panów Żurka i Tokarskiego doprawić tylko pieprzem i solą.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!