wtorek, 19 grudnia 2017 r.

Zamość

60-latek podpalił się przed starostwem. Już pół roku wcześniej powiedział urzędnikom, że to zrobi

Dodano: 1 marca 2017, 19:03

60-latek, który podpalił się przed zamojskim starostwem, jest w stanie ciężkim. Jak się okazuje, już pół roku wcześniej zapowiedział urzędnikom, że to zrobi. Ci powiadomili o tym prokuraturę. Ta jednak odmówiła wszczęcia postępowania

 – Stan pacjenta jest bardzo ciężki, nadal jest zagrożenie życia – mówi dr n. med. Jarosław Kopertowski, lekarz koordynujący oddziału anestezjologii i intensywnej terapii SPZOZ w Łęcznej.
– Stan pacjenta jest bardzo ciężki, nadal jest zagrożenie życia – mówi dr n. med. Jarosław Kopertowski, lekarz koordynujący oddziału anestezjologii i intensywnej terapii SPZOZ w Łęcznej. (fot. Archiwum)

Dramatyczne zdarzenia ze starostwa opisaliśmy we wtorek. Przypomnijmy, że w poniedziałek rano mężczyzna otrzymał list z Urzędu Marszałkowskiego, który informował go, że nie jest kompetentny do załatwienia jego sprawy dotyczącej przekształceń gruntów, które przejął w spadku po zmarłym bracie ciotecznym. Wskazano mu przy tym instytucję, do której powinien się zwrócić. Mężczyzna nie zrobił tego, tylko pojechał po wyjaśnienia do starostwa.

– Ten człowiek był bardzo zdenerwowany. Próbowałem powiedzieć mu, że ta sprawa nas także nie dotyczy, bo nie my jesteśmy stroną toczącego się postępowania. Nie chciał jednak rozmawiać. Krzyknął: „Z wami to nie dojdę do ładu” i wybiegł – wspomina urzędnik, z którym rozmawiał desperat.

Mężczyzna na schodach starostwa podpalił swoją kurtkę. Wbiegł do holu budynku, a następnie ponownie wybiegł na zewnątrz. Dopiero tam przechodnie ugasili ogień.

Mężczyzna trafił do szpitala w Łęcznej. – Stan pacjenta jest bardzo ciężki, nadal jest zagrożenie życia – mówi dr n. med. Jarosław Kopertowski, lekarz koordynujący oddziału anestezjologii i intensywnej terapii SPZOZ w Łęcznej.

Okazuje się, że mężczyzna już wcześniej mówił, że zrobi sobie krzywdę. 27 lipca 2015 roku na korytarzu zamojskiego oddziału Wojewódzkiego Biura Geodezji przykuł się metalowym łańcuchem do kaloryfera. Nie słuchał, gdy proszono go, by sam się uwolnił. Konieczna była interwencja policji. Oskarżono go wtedy o zakłócenia miru domowego i sprawa trafiła do sądu.

– Wyrok dotyczył ograniczenia wolności na sześć miesięcy. Zgodnie z nią Henryk S. miał wykonywać nieodpłatne prace na cele społeczne przez 30 godzin każdego miesiąca – informuje Jolanta Baran, prezes Sądu Rejonowego w Lublinie. – Prace te zakończył w kwietniu 2016 roku.

We wrześniu tamtego roku ponownie poszedł do zamojskiego oddziału WBG. – Pracownik, który z nim wtedy rozmawiał, przestraszył się jego stanem i sporządził na ten temat notatkę służbową. Napisał w niej, że po kilkuminutowej rozmowie interesant wyszedł grożąc, że coś sobie zrobi. Mówił o podpaleniu – przyznaje Beata Górka, rzecznik Urzędu Marszałkowskiego w Lublinie. – Dlatego też lubelski WBG skierował do Prokuratury Rejonowej w Zamościu zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Stwierdzono, że mężczyzna próbował wywierać wpływ na urzędników, strasząc ich możliwością spowodowania wydarzenia mogącego zagrozić zdrowiu i życiu. Być może, gdyby prokuratura zwróciła wtedy uwagę na problemy tego człowieka, niedoszłoby do tragedii.

Prokuratura odmówiła jednak wszczęcia postępowania w tej sprawie. – Uznano wtedy, że intencją tego mężczyzny nie było wywarcie wpływu na wykonywane czynności urzędników, a jedynie wyrażenie swojego niezadowolenia ze sposobu załatwienia sprawy – tłumaczy Bartosz Wójcik, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Zamościu. – Śledczy nie mogli go przy tym skierować wówczas na badania psychiatryczne, bo nie miał statusu osoby podejrzanej. Samą groźbę samospalenia uznano natomiast za mało realną. (kp)

Użytkownik niezarejestrowany
Użytkownik niezarejestrowany
Użytkownik niezarejestrowany
(21) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Gość
Gość (2 marca 2017 o 12:18) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
"Spróbujcie coś załatwić w geodezji w Starostwie w Świdniku" - haha, bez kitu! Ze strachu przed jakimiś urojonymi reperkusjami na wszelki wypadek odrzucają wszystkie wnioski... no może poza tymi złożonymi przez przyjaciół i rodzinę.
Rozwiń
Gość
Gość (2 marca 2017 o 08:14) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
"13 czerwca 2013 rolnik wsiadł do samochodu i rozpędzony wjechał do pobliskiego zalewu. Zabił się, bo nie wytrzymał starcia z urzędnikami – Do mojej śmierci pośrednio przyczyniła się kontrola Urzędu Kontroli Skarbowej (...) Naliczyła podatek dochodowy od gruntów w Mysłakowicach, które nabyłem w celu prowadzenia gospodarstwa rolnego, a nie w celach handlowych – czytamy w datowanym na 28 maja 2013 r. liście pożegnalnym Jana Gródka, rolnika spod Jeleniej Góry. Zostawił troje dzieci i żonę."
Rozwiń
Gość
Gość (2 marca 2017 o 08:02) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Coż, wariató pełno na świecie. Lepiej że podpalił siebie, niż bogu ducha winnych ludzi w urzędzie
Rozwiń
Gość
Gość (2 marca 2017 o 08:00) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Spróbujcie coś załatwić w geodezji w Starostwie w Świdniku
Rozwiń
Gość
Gość (2 marca 2017 o 07:53) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
"Usłyszcie mój krzyk!" - dramatyczny apel podpalającego się Ryszarda Siwca 60 lat temu na dożynkach i teraz kolejne podobne wydarzenie w urzędzie gdzie władza jest niczym betonowy mur.
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (21)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!