sobota, 3 grudnia 2016 r.

Zamość

Strach przed wąglikiem

Dodano: 25 września 2001, 20:28

Czteroosobowa rodzina z Nabroża na Zamojszczyźnie opuściła wczoraj szpital. Istniało poważne podejrzenie, że zaatakował ją wąglik, groźna choroba odzwierzęca. Wyniki badań laboratoryjnych wykluczyły
- na szczęście - chorobę.

Zaczęło się od dorodnej jałówki. - 11 sierpnia wróciliśmy z pola - wspomina rolnik z Nabroża. - Zaglądam do obory, krowa się dusi. Dorżnęliśmy. Weterynarz, który był na miejscu stwierdził, że mięso nadaje się spożycia. Zrobiłem wędliny. Gdybym wtedy wiedział, że tak to się skończy...
Osiem dni później padła druga jałówka. Padlinę kupił dla lisów hodowca spod Hrubieszowa. Nie minęło pięć dni, a w sadzie dokończyła żywota kolejna krowa. Sprawą zainteresował się Powiatowy Inspektorat Weterynarii w Tomaszowie Lubelskim. Próbki pobrane z padłego zwierzęcia przesłano do Wojskowego Instytutu Weterynarii w Puławach. Zdechłe zwierzę nakazano zakopać. Po zbadaniu próbek okazało się, że zaatakował je wąglik.

Jak doszło do zarażenia?

Mieszkańcy Nabroża wiążą wystąpienie choroby z pracami przy stawianiu masztu telefonii komórkowej. Obiekt powstał na tzw. dawnym grzebowisku. A przetrwalniki wąglika są bardzo wytrzymałe, bez względu na warunki środowiskowe.
Do zakażeń dochodzi przede wszystkim po zjedzeniu przez zwierzę przetrwalników wąglika z paszą, zarówno podczas wypasu na terenach, na które dostają się z wodą, jak również wskutek karmienia trawą lub sianem zebranym z takich terenów. Choroba może przenosić się z jednego zwierzęcia na drugie jedynie wtedy, gdy krew lub wydaliny chorego zwierzęcia dostaną się na świeże rany lub błonę śluzową. Przetrwalniki po wniknięciu do organizmu dają początek formom wegetatywnym, które z kolei powodują zmiany chorobowe. U zwierząt mniej odpornych dochodzi do posocznicy. Główne objawy to wysoka temperatura, dreszcze, niepokój. Do śmierci dochodzi wskutek porażenia ośrodka oddechowego. Zwierzęta padłe powinny być spalone. Wąglik jest chorobą zwalczaną z urzędu.

Strach we wsi

Po tym, jak wyszło na jaw, że zwierzęta zachorowały na wąglik, wśród mieszkańców wioski zapanował niepokój. Nie wykluczano bowiem, że w zrobionej z mięsa dobitej jałówki kiełbasie mogły znajdować się bakterie wąglika. - A ja wiem do ilu ludzi trafiła ta kiełbasa? - zastanawiał się na początku września rolnik. - Może i ze 300 osób ją zjadło.
Inspektorzy weterynarii z Tomaszowa Lubelskiego przyjechali do Nabroża. - Kazali oddać nam pozostałą wędlinę - opowiada hodowca. - Zostało nam tego ok. 50 kg. Wiem, że wzięli też od sąsiada ze 20 kilo. Zdezynfekowali podwórko i oborę, a żona sodą kaustyczną przemywała lodówkę. Niebawem do szpitala w Tomaszowie Lub. trafił rolnik wraz z żoną i dwójką dzieci. Na podstawie objawów, na jakie się uskarżali, zaistniało uzasadnione podejrzenie, że cała czwórka mogła paść ofiarą wąglika.
- W przypadku zjedzenia mięsa z chorego zwierzęcia zagrożenie dla ludzi istnieje od 2-5 dni - mówią w tomaszowskim sanepidzie.
Jeśli więc nikt nie przechowuje wędlin z chorych zwierząt, to ludzie w Nabrożu i okolicach są już bezpieczni.

Można spać spokojnie

Po blisko dwóch tygodniach pobytu na oddziale zakaźnym szpitala w Tomaszowie Lub., rodzina z Nabroża wróciła wczoraj do domu. Wszelkie wątpliwości rozwiały szczegółowe badania laboratoryjne, przeprowadzone w Wojskowym Instytucie Higieny i Epidemiologii w Puławach. Ekspertyza z całą stanowczością wykluczyła tę groźną chorobę.
Nie potwierdziły się też przypuszczenia, że ofiarą wąglika mogła paść krowa w niedalekim Kryszynie (gm. Telatyn). Zachodzi podejrzenie, że chorowała na nią krasula w sąsiednim Mikulinie (gm. Tyszowce). - Nie stwierdziliśmy dalszych zachorowań na tę chorobę - mówi Jan Waga, powiatowy lekarz weterynarii w Tomaszowie Lub. - W tej chwili przymierzamy się do szczepień ochronnych bydła, koni i owiec w Nabrożu i Mikulinie.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO