czwartek, 8 grudnia 2016 r.

Zamość

Zrabowali srebrne serce ordynata

Dodano: 8 sierpnia 2001, 10:23
Autor: Anna Szewc,

Cenny przedmiot nie był w żaden sposób zabezpieczony (Anna Szewc)
Cenny przedmiot nie był w żaden sposób zabezpieczony (Anna Szewc)

Ostatni raz widziałem srebrną urnę z sercem w poniedziałek o godz. 13. Później, tuż przed zamknięciem krypty, wszedłem w zaułek żeby sprawdzić czy nie został nikt z turystów. Kiedy zobaczyłem, że urny nie ma, po prostu mnie zamurowało - relacjonuje przewodnik pracujący w podziemiach zamojskiej Kolegiaty.

Zazwyczaj w ciągu dnia wieżę przy Katedrze Zamojskiej, świątynię, a także jej podziemia - tam gdzie znajdują się trumny z ciałami kolejnych ordynatów - odwiedza zaledwie kilkadziesiąt osób. - Raczej nie zdarza się, aby w tym samym czasie przychodziło kilka grup - mówi kobieta zajmująca się wprowadzaniem turystów na szczyt katedralnej dzwonnicy. - Poniedziałek był wyjątkowy. Mieliśmy bardzo wielu zwiedzających. Ale ja niczego nie widziałam i nic nie wiem. Cały czas siedziałam na zewnątrz.
Srebrna urna z sercem ordynata III „Sobiepana” Zamoyskiego stała w niewielkiej wnęce, na niskim cokole w najdalej położonej od wejścia części krypt. Jedynym zabezpieczeniem unikatowego przedmiotu, wartego według wstępnych szacunków co najmniej 20 tys. marek niemieckich, była szklana kopuła. Całość nie była nawet przytwierdzona do podstawy. Złodziej mógł bez trudu zdjąć z cokołu serce wielkości męskiej dłoni, schować pod ubranie, czy do niewielkiej torby i niepostrzeżenie wyjść.
- To musiało się stać w momencie, kiedy byłem zajęty jakimś turystą. Naprawdę nikt nie wzbudził moich podejrzeń - tłumaczy przewodnik. - W pierwszej chwili pomyślałem, że to głupi żart, że ktoś zdjął urnę i gdzieś ją schował. Przeszukałem wszystkie pomieszczenia, ale nigdzie nie znalazłem serca. Wtedy powiadomiłem o wszystkim księdza i razem zatelefonowaliśmy na policję.
Informacja o zdarzeniu dotarła do zamojskiej KMP w dwie godziny po ujawnieniu kradzieży. Do Zamościa natychmiast wezwano posiłki z Lublina. Komunikat o przestępstwie, wraz ze zdjęciem skradzionej urny, rozesłano na granice państwa.
Funkcjonariusze rozważają kilka hipotez. - Dopuszczamy ewentualność, że był to zwykły akt wandalizmu. Nie wykluczamy też, że mamy do czynienia z kradzieżą na zlecenie. Możliwe jest także, że ktoś zabrał ten przedmiot dla samej wartości srebra, z którego był wykonany - mówi komisarz Teresa Tukiendorf, oficer prasowy KMP w Zamościu.

Zamość bez serca ordynata

Podziemne krypty, z których w poniedziałek skradziono urnę z sercem Ordynata III Jana "Sobiepana" Zamoyskiego w zamojskiej Kolegiacie obsługuje tylko jeden człowiek. Przewodnik ma obowiązek zajmować się sprzedażą biletów wstępu i oprowadzaniem turystów po podziemnych korytarzach. Zwiedzających nie ma zbyt wielu, więc raczej nie zdarzało się, aby kogoś pominął, coś zaniedbał, nie opowiedział wszystkiego, co wie o historii miasta i jego właścicielach.
- Ale przecież zawsze może być tak, że ktoś wejdzie niepostrzeżenie, że zajęty jakąś grupą po prostu go nie zauważę. Dlatego nie czuję, żebym się jakoś przyczynił do tej kradzieży - mówi przewodnik.
Schody do historii
Do krypt schodzi się po stromych schodach przez otwór w posadzce kościoła. Na dole ciągną się kamienne korytarze. Wzdłuż ścian, w niewielkich wnękach i maleńkich pomieszczeniach stoją trumny z zachowanymi do dziś ciałami kolejnych zamojskich ordynatów i ich rodzin. Nie ma żadnego systemu alarmowego, trumny nie są nawet solidnie zamknięte, a dostępu do nich bronią jedynie metalowe bramki bądź łańcuchy. Przewodnik mówi, że przez kilka lat pracy w podziemiach Kolegiaty nigdy nie zaglądał do żadnej z nich, ale często zdarza się, że robią to młodzi ludzie przyjeżdżający do Zamościa na szkolne wycieczki. Młodzieży zejście do podziemi dostarcza emocji, ciała zmarłych ciekawią, wielu próbuje ich dotknąć.
- Jak dotąd nikt niczego nie ukradł, ale chyba tylko dlatego, że nie miał takiego zamiaru. Przecież to wcale nie jest trudne - stwierdza przewodnik.
Dowodem na jego słowa jest szyba zabezpieczająca jedną z urn, ustawioną w ściennym otworze, którą łatwo wybić.

Tu ludzie dobre serca mają...

W Zamościu ludzie są uczciwi i ufni, więc o złe zamiary nie podejrzewają innych. Tu życie płynie wolniej i spokojniej. W dużych miastach, na przykład w Warszawie, gdzie mieszkam jest inaczej - komentuje pani Halina, turystka ze stolicy, która usłyszała o poniedziałkowej kradzieży podczas zwiedzania podziemi Katedry. - U nas się wszystko zamyka na siedem spustów, nikt nikomu nie wierzy, a kradną przecież jeszcze bardziej.
Mieszkańców Zamościa informacja o kradzieży serca ordynata zbulwersowała. - To jakiś nikczemnik musiał zrobić, człowiek bez sumienia, bez szacunku dla historii swojej, swojego miasta i kraju, bez żadnego poszanowania zmarłych - mówi 60-letnia pani Maria.
- Pewnie nieźle to sobie wcześniej kombinowali - dodaje pan Tadeusz. - Musieli przychodzić, oglądać, sprawdzać. Pewnie wiedzieli, że słabo tych skarbów pilnują, że łatwo je wynieść. Uciekli, może nawet już wyjechali za granicę, a teraz szukaj wiatru w polu. A dla Zamościa to taka strata, jakiej wynagrodzić w żaden sposób się nie da. - Ale sami są sobie winni - wtrąca pan Henryk. - Ja tam często z wnukami chodziłem. Jeden wielki bałagan był. Przecież takich miejsc należy właściwie pilnować, zabezpieczać, jakieś alarmy albo promienie włączać, jak to się na filmach widzi.

Kto się boi alarmu?

O tym, dlaczego w ogóle mogło dojść do kradzieży nie udało nam się porozmawiać z przebywającym na urlopie proboszczem parafii katedralnej. Komentować poniedziałkowych zdarzeń nie chcieli też pracujący tam księża.
- Niezmiernie ubolewamy nad tym, że do tego przykrego zdarzenia doszło. Że ktoś wykazał tak wielki brak szacunku dla zmarłego ordynata, fundatora Zamościa i samej Katedry - usłyszeliśmy od ks. Franciszka Greniuka, kanclerza Kurii Biskupiej w Zamościu. - Mówi się teraz głośno, że gdyby zainstalowano system zabezpieczający można by tego uniknąć. Z pewnością tak jest, ale przecież na całym świecie inne cenne przedmioty są też kradzione, mimo bardzo skomplikowanych systemów alarmowych. Rozmawialiśmy kiedyś z księdzem konserwatorem o możliwości zainstalowania takiego systemu w Katedrze, ale okazało się, że jego koszt byłby ogromny, a parafii na to nie stać.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że alarm został już jakiś czas temu założony w położonym na placu przy Kolegiacie Muzeum Sakralnym, ale żaden złodziej po pokonaniu drzwi wejściowych nie zostanie tu zaskoczony głośnym sygnałem, bo opiekujące się pomieszczeniami siostry zakonne, z lęku przed współczesnymi wynalazkami prawie nigdy nie uruchamiają systemu.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO