Recenzje wydarzeń

Open'er Festival 2010: Muzyczny początek wakacji

Dodano: 9 lipca 2010, 17:31

Gdynia, Lotnisko Babie Doły, 1-4 Lipca 2010

Zapowiadało się nie najlepiej. Setki osób tłoczy w kolejkach do punktów, gdzie bilety (te papierowe i elektroniczne) można wymienić na opaski na rękę. Bez takiej opaski wstęp na teren festiwalu jest niemożliwy, a tu czas goni: za chwilę na największą scenę gdyńskiego festiwalu wejdzie Pearl Jam.

Organizatorzy stają jednak na wysokości zadania i godzinę przed koncertem rezygnują z paskowania. Gdy grupa z Seattle rozpoczyna występ, pod sceną stoi kilkadziesiąt tysięcy ludzi z całego świata.

– Zdajemy sobie sprawę, że Pearl Jam budzi w naszym kraju specjalne emocje. Wiele osób przyjechało tu tylko na ten koncert. Dlatego zrobiliśmy wyjątek – mówi Mikołaj Ziółkowski, organizator Heineken Open'er Festiwal. – Ale to nie jest jak wejście do kina. Tu trzeba przyjechać wcześniej. Jak komuś taka wersja nie odpowiada, to musi sobie znaleźć inny festiwal.

Wielu jednak odpowiada: a konkretnie prawie 90 tysiącom, bo tyle osób spędziło w zeszły weekend na lotnisku Babie Doły w Gdyni co najmniej jeden dzień (o 20 tysięcy więcej niż w roku ubiegłym).

Festiwal z roku na rok jest nie tylko coraz większy, ale też coraz lepiej zorganizowany. Oprócz czwartkowego korka przed koncertem kultowej grupy i braku wody na polu namiotowym w piątkowy poranek, większych wpadek nie było.

Bez problemu można było załapać się na kurs jednym z bezpłatnych autobusów na chwilę przed czy po koncercie, czy zjeść coś miedzy głównymi koncertami bez stania w długich ogonkach. Zresztą nawet gdyby, to przecież nikt nie przyjechał tu jeść wykwintne dania. Byli tu dla Massive Attack, The Dead Weather, Skunk Anansie, Damiana Marleya, czy Matisyahu. A ci nie zawiedli.

Słabe strony Open'era 2010? W tym roku scena namiotowa stała na samym końcu festiwalowego terenu, przez co wielu nigdy tam nie dotarło i – jak co roku, tu będę uparta – nieprzyzwoicie brudne łazienki na polu namiotowym. Ale może wcale nie jest tak źle, bo jak tłumaczy Mikołaj Ziółkowski – Trzeba pojechać na któryś z brytyjskich festiwali. Tam to dopiero jest masakra.

Wypada też pochwalić tegoroczne nowości: lifestream na www (dzięki któremu poczynania artystów mogli też śledzić ci, którzy zostali w domu), interaktywną strefę dla dzieci i działania ekologiczne. Organizatorzy obiecali, że przerobią cały, zgromadzony podczas czterech festiwalowych dni, plastik. Gratulujemy i trzymamy za słowo!


Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

CGK - aplikacja mobilna