czwartek, 17 sierpnia 2017 r.

Gry

Bulletstorm: Dziś premiera polskiego hitu (wideo)

Dodano: 24 lutego 2011, 18:17

Bulletstorm
Bulletstorm

Jest taki stereotyp, ze gry są głupie i brutalne. Zrobiliśmy wszystko, by go podtrzymać – tak prezentację gry rozpoczął Adrian Chmielarz, szef stołecznego studia People Can Fly, ktore stworzyło grę Bulletstrom, która ma dziś swoją premierę.

Znacie jakieś polskie filmy, które były wyświetlane w amerykańskich kinach? A jakieś polskie teledyski, które pokazywały zagraniczne stacje muzyczne? Albo polskie książki z ostatnich lat, które można kupić w pierwszej z brzegu księgarni w Tokio, Sydney albo Rio de Janeiro? A tymczasem gra stworzona w Warszawie dziś trafia do sklepów na całym świecie

I to nie jako zapchaj-półka, ale jedna z najbardziej oczekiwanych produkcji.
– Jeżeli nie sprzeda się co najmniej 2 miliony sztuk, uznam to za osobistą porażkę – mówił w jednym z wywiadów Adrian Chmielarz. Księgowi w Electronic Arts, które grę wydaje, pewnie też. Nieoficjalnie wiadomo, że budżet Bulletstorm przekroczył 20 milionów. Dolarów.

Wszystko zaczęło się dawno, dawno temu... W 1992 roku Chmielarz zajął się robieniem się gier na PC i Amigę. Jego pierwszym projektem była przygodowa gra "Tajemnica Statuetki”. Wkrótce ukazują się kolejne produkcje: Teenagent (pierwsza polska gra wydana na CD!), Książe i Tchórz,, Katharsis i Gorky 17 i Reflux.
W 2002 roku Chmielarz wraz z Andrzejem Poznańskim i Michałem Kosieradzkim zakłada studio People Can Fly.

Efektem była jedna z pierwszych polskich gier rozpoznawalnych na całym świecie: Painkiller. Niedługo potem studio zostaje kupione przez amerykańskiego potentata, Epic Games. Warszawskie studio sprawdza się znakomicie przy robieniu PC-towej wersji jednej z najpopularniejszych gier ostatniej dekady, Gears of War. A potem dostaje wolna rękę na własny projekt. Na Bulletstorm.

Bulletstorm powstawał grubo ponad trzy lata; przez ten czas w koncepcji gry zmieniło się niemal wszystko. Co warszawiacy zrobili, to wysyłali to Epic Games. A tam ciągle narzekali, że nie tak, żeby inaczej. Ale to grze wyszło tylko na dobre. Z dwóch powodów: jest inna niż wszystkie i stała się jednym z priorytetowych tytułów dla amerykańskiej firmy. Dość powiedzieć, że mało która produkcja ma tak potężną kampanie reklamową na całym świecie.

Z drugiej strony doczekała się olbrzymiego zainteresowania. Okładki w największych pismach branżowych, setki publikacji i nagrody dla najbardziej obiecującej gry roku.

O co chodzi w grze? Troje żołnierzy elitarnych sił pokojowych zostaje zdradzonych przez swoje dowództwo i pozostawionych na pastwę losu na rajskiej planecie Stygia.

Rajskiej kiedyś, bo teraz wszystko obraca się w ruinę. A zamiast szczęśliwych mieszkańców mamy szczęśliwe mutanty i jeszcze bardziej szczęśliwe gangi. Szczęśliwe, bo przybyła nowa zwierzyna do upolowania…

Nasze zadanie – a wcielamy się w cynicznego zabijakę-alkoholika Graysona Hunta – jest raczej proste: zlikwidować wszystko po drodze i zemścić się na tych, którzy nas tu zesłali. A głównie na złym generale. Co w tym takiego nietypowego?

Każdy, kto ma za sobą kilka gier akcji widzianych z perspektywy pierwszej osoby, przez pierwsze minuty w Bulletstorm będzie mocno zdezorientowany. Zazwyczaj chodzi o to, by się gdzieś schować i w odpowiednim momencie zdjąć wroga. A potem do następnej osłony. I następnej... W Bulletstorm nie ma to sensu za sprawą "skillshotów”.

To widowiskowe sposoby na eliminację przeciwnika (i główny powód wysokiej kategorii wiekowej bo nie da się ukryć, że to gra krwawa i brutalna, choć w komiksowym stylu). Skillshotów jest 137, każdy ma własną nazwę (Francuska rewolucja, Arbuz, Laleczka Voodoo) i za każdy dostajemy punkty. W ich wykonaniu pomaga nam energetyczny bat, którym wyciągamy przeciwników zza osłon i wyrzucamy w powietrze. Do tego dochodzi nie do końca klasyczny zestaw broni palnej.

Skillshoty powodują, że zamiast się czaić na polu walki, wciąż rozglądamy się za przeciwnikami i kombinujemy, co też by im tu starsznego zrobić. A zarobione punkty wydajemy na lepszą amunicję, modyfikacje broni i energetycznego bata. Trzeba przyznać, że po kilku minutach potrzebnych na zmianę nawyków, gra robi się bardzo wciągająca.

A przecież skillshoty to nie jedyna atrakcja. Fabuła – choć głupawa – ma sens. Jest nieźle skonstruowana, są zwroty akcji (i przy okazji widowiskowe przerywniki filmowe). Są wreszcie świetnie skonstruowane postacie. Owszem, Grayson Hunt to facet z grubym karkiem i jeszcze większą spluwą. Ale jest też cynicznym alkoholikiem, dzięki czemu nie razi tak, jak większość "poważnych” bohaterów gier.

Bardzo wysoki poziom trzyma też gra aktorów podkładających głosy pod postacie (a do samych dialogów też nie można się przyczepić. Dobrze napisane i bardzo niegrzeczne). Oddzielna sprawa to oprawa audiowizualna. To po prostu światowa czołówka. I na konsolach, i na PC prezentuje się bardzo dobrze. Inna sprawa, że sama planeta jest ciekawie zaprojektowana.

Czy Bulletstorm osiągnie sukces? Patrząc na ilość publikacji, liczbę przedpremierowych zamówień i potężną kampanię reklamową: niemal na pewno tak.
Cieszy to tym bardziej, nie tylko dlatego, że to polska produkcja, ale i dlatego, ze to po prostu oryginalna gra. A nowych pomysłów świecie gier ostatnio jest coraz mniej.

Gra Bulletstorm ukazuje się dziś na PC, Playstation 3 i Xbox 360


Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!