poniedziałek, 21 sierpnia 2017 r.

Kraj Świat

Karol Bielecki: Jak piłkarz ręczny po stracie oka mógł wrócić do sportu

Dodano: 5 listopada 2010, 19:53

Strach był zawsze, bo w piłce ręcznej co minutę ktoś ląduje na podłodze z grymasem bólu na twarzy. Ale złamany nos to nie to samo, co strata oka. – Co tu gadać, syn jest kaleką! – wykrzykuje Mirosław Bielecki. – Drżę na samą myśl o kolejnym meczu – dodaje jego żona Zdzisława.

Kilka dni temu spotkali się z Karolem w Kielcach. "Lwy” z Mannheim walczyły w Lidze Mistrzów z Vive, byłym klubem Bieleckiego. Zanim dwumetrowy rudzielec został bohaterem meczu, cztery tysiące kibiców zgotowało mu królewskie przyjęcie, a przedstawiciel rządu odczytał treść listu od Donalda Tuska. "Gratuluję ci postawy. I dziękuję za to, że dla tysięcy polskich kibiców, sportowców i młodych ludzi stałeś się wzorem godnym naśladowania” – napisał premier. Do Kielc się nie pofatygował. Wolał obejrzeć piłkarskie derby Trójmiasta i ściskać kciuki za ukochaną Lechię Gdańsk.

Dramat

Cztery miesiące wcześniej w kieleckiej hali rozegrał się największy życiowy dramat 28-letniego zawodnika. Po starciu z Chorwatem Josipem Valciciem doszło u Karola do pęknięcia gałki ocznej. Dwie operacje nie przywróciły mu wzroku. Bielecki widzi dziś tylko na prawe oko.

O wypadku Karola, jego heroicznej postawie podczas rehabilitacji i powrocie na boisko informują wszystkie polskie i zagraniczne media. Skąd u Bieleckiego tyle siły i charakteru? Odpowiedź mogę znaleźć tylko w Sandomierzu, w domu jego rodziców.

– Żyjemy sobie spokojnie, w swoim świecie. Nie potrzebujemy rozgłosu – podkreślają. – Intruzów Borys przegoni – dodaje Mirosław Bielecki i wpuszcza do pokoju 6-letniego boksera.

Ja wam jeszcze pokażę!

W małym domku w zawichojskiej dzielnicy wychowywał się Karol. W młodości pracował na budowie i przy wykopkach. Szanował pieniądze, nie palił, nie pił. Orłem w nauce nie był, ale rodzice nie mieli z nim żadnych problemów. Gdy się urodził, miał standardowe 50 cm i ważył 3,5 kg. Pod koniec podstawówki wystrzelił w górę. – Był najwyższy, więc w szkole wiecznie przypinał firanki – uśmiecha się pani Zdzisława.

Spokojny, cichy, nawet trochę nieśmiały. Żaden przywódca grupy. Za to szalenie ambitny. Mama Karola: – Gdy nie przyjęli go do najlepszej w Polsce Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Gdańsku, płakał, ale i odgrażał się. Wołał: "Ja wam jeszcze pokażę!”.

– A pan pokaż mi sportowca z jajami, mistrza świata, który wychował się w dobrobycie – dodaje Bielecki.

Pieniądze go nie zmieniły

Jeden z najbardziej cenionych szczypiornistów świata talentu do piłki ręcznej nie odziedziczył. Poza dziadkiem wioślarzem nikt w rodzinie Bieleckich sportem się nie zajmował. – Karol zaczynał od futbolu i pewnie by przy nim pozostał, gdyby nie wpadł na drabinki i nie rozwalił sobie palca. Wtedy postanowił, że piłką lepiej rzucać – śmieje się pani Zdzisława.

Sześć lat temu trafił do Bundesligi, piłkarskiego raju. Klub z Magdeburga zostawił w tyle blisko 20 konkurentów i zapłacił za Karola 200 tysięcy euro. To najwyższy transfer w historii polskiego szczypiorniaka. – Pieniądze go nie zmieniły – opowiada Mirosław Bielecki. – Karol nie zapomina, skąd się wywodzi. Jak przyjeżdża do domu, stawia chłopakom z dzielnicy skrzynkę wina i piwa.

Niebieski pokój, niebieskie piłki

W dniu wypadku Karola Zdzisława Bielecka została dłużej w pracy. – Wróciłam do domu i już wiedziałam, że stało się coś bardzo złego. Mąż ganiał z pokoju do łazienki, roztrzęsiony. Złapałam za telefon i zadzwoniłam do córek, które były na meczu. Nie chciały powiedzieć, co z Karolem.
Doszliście państwo do siebie? Minęły cztery miesiące, syn wrócił do sportu…
– Dajże pan spokój – macha ręką Mirosław Bielecki. – Od tego nie da się uciec.

Proponuje, żebym zakleił sobie jedno oko i przez jakiś czas tak funkcjonował. – Bo ludzie nie mają pojęcia, co Karol przechodzi i czego dokonał, wracając na boisko. Każdy liczy kolejne gole, a jemu okulary podczas gry zachodzą parą i wtedy już prawie nic nie widzi. Spawaczem jestem, więc wiem, jaka to mordęga.

Skała facet

Krótko przed feralnym meczem z Chorwacją Karol przedłużył o 5 lat kontrakt z Rhein-Neckar Löwen. Wypadek zdarzył się w Polsce, Niemcy nie mieli obowiązku zapewnienia zawodnikowi opieki i przyznania mu renty. Zachowali się jednak z klasą.

– Inaczej, niż nasze władze. Wpinają mu ordery, a o parę złotych odszkodowania trzeba się wykłócać. Jak można nie zadbać o swojego wybitnego sportowca, olimpijczyka?! – wścieka się ojciec piłkarza.

– Cały związek jest beznadziejnie zarządzany. Działacze po świecie jeżdżą i diety se wypisują, a zawodnicy świecą za nich oczami! Jakbym panu zdradził kilka szczegółów, to byś pan spadł z krzesła.
Warto się wspomnieć o rehabilitacji Karola. Niemcy zamykali go w pokoju pomalowanym na niebiesko i kazali łapać niebieskie piłki. – I tylko głowami kręcili z podziwu. Karol to skała facet. Nie ma pan pojęcia, jak strasznie dumny z niego jestem – Mirosław Bielecki, potężne chłopisko, ścisza głos. W jego oczach pojawiają się łzy.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!