poniedziałek, 21 sierpnia 2017 r.

Kraj Świat

Wybory w USA. Kto by nie wygrał, wygra... Ameryka

Dodano: 6 listopada 2012, 10:59

Ameryka jest takim państwem, że kto by tu nie wygrał, zawsze wygra... Ameryka.<br />
 ( Waldemar Piasecki
Ameryka jest takim państwem, że kto by tu nie wygrał, zawsze wygra... Ameryka.
( Waldemar Piasecki

Romneya podróż do Warszawy była grą symboli. Szło o głosy polonijne i taktyczne wykorzystanie słabości polityki Obamy wobec Polski. Czy polityka Romneya byłaby bardziej skuteczna? Na razie jest trudno przewidzieć – mówi prof. Michael Szporer, wykładowca politologii i dziennikarstwa w University of Maryland.



Dziś Amerykanie wybierają prezydenta. Czy Pana zdaniem w tych wyborach więcej głosów wyborców dostanie Romney, ale wygra Obama, bo dostanie więcej głosów elektorskich?

– Już od dłuższego czasu gubernator Romney miał więcej głosów elektoralnych do "nadrobienia” niż prezydent Obama, a wybory to zwykła arytmetyka. Wszyscy zapominają, jak głosy elektoralne dużo znaczą w amerykańskich wyborach.

A amerykańskie media, które oczywiście system elektoralny znają, rzadko to podkreślają. Dlaczego? Może aby pokazać, że są obiektywne, albo wygodniej jest opisywać wybory jak by to były wyścigi konne.

W stanach głosuje się na kandydata, ale w praktyce na elektorów, którzy wybierają prezydenta. Jest to generalnie zasada, że zwycięzca bierze wszystkie głosy: "winner takes all”.

Może się zdarzyć i tak bywało, że kandydat dostaje w kraju więcej głosów od ludzi, ale przegrywa wybory, bo daje mu to mniej głosów elektoralnych. Przykładem było np zwycięstwo George'a W. Busha nad Alem Gorem. System elektoralny jest może anachronizmem, ale trudnym do zmiany, gdyż wchodzi w grę Konstytucja USA i tradycja.

Dlaczego taki anachroniczny system wciąż obowiązuje w USA?

– Mimo często szybkich, a nawet radykalnych zmian, które zachodzą w USA, jest to kraj oparty na tradycjach. System konstytucyjny jest trudny do zmienienia.

System elektoralny balansował kiedyś interesy małych i dużych stanów i również dawał pewną przewagę stanom południowym, w których według kompromisu konstytucyjnego w XVIII wieku liczono część niewolników jako ludność amerykańską.

Do dziś dnia sprzyja on takim stanom, dlatego Ohio, Kolorado, Virginia czy Floryda są w pewnym sensie ważniejsze niż – powiedzmy – New York czy Kalifornia. Ciekawe jest też, że w niektórych z tych stanów jest duża Polonia, np. w części Ohio i na Florydzie.

Jaki elektorat etniczny zagłosuje na Romneya, a jaki na Obamę?

– Według sondaży, na Romneya – głównie biali. I przede wszystkim mężczyźni. Miał spory problem z kobietami ze względu na np. przeciwstawienie się aborcji, ale to nadrabiał podkreślając problemy ekonomiczne, na których się bez wątpienia zna.

Poza tym kobiety też się interesują ekonomią, bo w końcu to one głównie prowadzą gospodarstwa domowe.

Na Obamę – oczywiście Afroamerykanie. Poza tym inne mniejszości etniczne, które powoli stają się większościami. Myślę przede wszystkim o Latynosach i Dalekim Wschodzie: Chińczykach, Hindusach, Pakistańczykach.

Chociaż w przypadku Latynosów może być różnie, bowiem są to generalnie katolicy na ogół przywiązani do tradycyjnych wartości rodzinnych.

Jaki jest główny problem Obamy w tych wyborach?

– Romney próbował przedstawić Obamę jako słabego lidera na arenie światowej, który myśli "etatystycznie” [od góry], że rząd-tatuś załatwi wszystko, bo jest mądrzejszy, niszcząc indywidualną inicjatywę oraz odpowiedzialność, czyli podstawowe wartości amerykańskie.

Wiarę w możliwości jednostki, a nie rządu. "Jednostka zerem, jednostka bzdurą...” – to są słowa komunistycznego, sowieckiego poety Majakowskiego, a żaden amerykański by tego nie napisał. Przypisywanie Obamie socjalistycznych ciągot to jest jego problem, niezależnie od tego, czy to prawda czy nie.

A Romneya?

– Paradoksalnie jest on... wewnętrzny. Jest to problem, który miał jako Mormon z ewangelistami z Christian Coalition, która jest jedną z podstawowych baz wyborcy republikańskiego. Ewangeliści, którzy reprezentują poważny blok głosów oraz potęgę finansową uważają, że Mormoni to kult, a nie religia. Drugi problem to neokonserwatyzm, jaki utrudnia powiększanie elektoratu. Głównie o Latynosów.

Kogo i czym Obama rozczarował najbardziej przez te cztery lata?

– Uważam, że młodzież, która była bardzo zapalona do Obamy w ostatnich wyborach i bez niej by nie wygrał. Teraz po-wolny wzrost ekonomiczny powoduje, że wielu z nich nie widzi przyszłości i opóźnia, jak może, wejście na rynek pracy i roz-poczęcie samodzielnego życia.

Jest to też pokolenie sporo zadłużone ze względu na koszty wyższego wykształcenia, które w ciągu kadencji Obamy wzrosły. Warto dodać, że spora część młodzież myśli w kategoriach libertariańskich, czyli – jak to powiedział kiedyś ideolog rewolucji amerykańskiej Tomasz Payne – najlepszy rząd to ten, co rządzi jak najmniej. Młodzież, która pozwoliła Obamie wygrać cztery lata temu, teraz może mu pomóc... przegrać.

Kto i jakie nadzieje wiąże z Romneyem?

– Romney reprezentuje tendencje konserwatywne, głównie wobec dużego biznesu, co zresztą widać z finansowania kampanii wyborczej oraz komitetów wyborczych (tak zwanych PACs, czyli Political Action Committees) skupionych wokół pewnych przesłanek. Nadzieje wiąże z nim także "small business” i generalnie klasa średnia.

Czy o wyborach może zadecydować frekwencja?

– W tych akurat – może. Na ogół niska frekwencja wyborcza sprzyja Republikanom, których lojalność jest mocniejsza. Poza tym to elektorat bardzo jednorodny. O wiele większe zróżnicowanie jest w elektoracie demokratycznym. Nie zawsze jest on zdyscyplinowany, czy nawet zarejestrowany do wyborów.

To głównie Partia Republikańska zajmuje się sprawdzaniem, czy wyborcy są obywatelami, aby kontrolować lub nawet "zneutralizować” wyborcę do głosowania. Warto zauważyć historycznie, że wymaganie obywatelstwa w wyborach pochodzi od czasów pierwszej wojny światowej.

W XIX wieku mało kto w USA o to dbał. Zresztą nawet teraz, w niektórych stanach, np. Maryland, stali rezydenci USA (posiadacze tzw. zielonych kart) lecz nie-obywatele są dopuszczani do głosu, ale wyłącznie w sprawach lokalnych.

Jaki wybór byłby lepszy dla Polski?

– Chyba jednak Republikanie byliby lepszymi partnerami. Polacy są niezwykle wyczuleni na imponderabilia. Dlatego, dla wielu z nich, gafy administracji Obamy – zaczynając od niefortunnej zmiany polityki wobec tarczy rakietowej ogłoszonej 17 września, w rocznicę sowieckiego najazdu na Polskę w 1939 roku, do niedawnej wypowiedzi o polskich obozach koncentracyjnych podczas wręczania Medalu Wolności dla Jana Karskiego, no i "tradycyjnie alergiczny” problem wizowy, którego nie rozwiązano – są dyskwalifikujące Demokratów.

Fakt, że administracja Obamy nie tylko pomijała Polskę, ale i Europę, niewiele w polskiej ocenie zmienia.

Całą politykę "resetu” wobec Rosji też można skrytykować jako jeśli nie naiwną, to na pewno powierzchowną, spojrzeniem z lotu ptaka, bez niuansów. A Polacy kochają się w niuansach, zwłaszcza w patrzeniu na Rosję.

Trudno jest traktować Rosję Putina jako normalny demokratyczny kraj, w którym zmiany zachodzą przez wybory. Mimo że wybory się odbywają.

Romneya podróż do Polski była grą symboli. Szło o głosy polonijne i taktyczne wykorzystanie słabości polityki Obamy wobec Polski. Czy polityka Romneya byłaby bardziej skuteczna? Na razie jest trudno przewidzieć. Na pewno uwzględniałaby znacznie bardziej Europę oraz próbowała docenić i dowartościować partnerów.

Rozmawiał: Waldemar Piasecki, Waszyngton

Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!