czwartek, 24 sierpnia 2017 r.

Kuchnia

Kulinarna mapa Lubelszczyzny: Literacki smak

Dodano: 21 marca 2011, 15:52

Przedwojenny Lublin (Archiwum Teatru NN)
Przedwojenny Lublin (Archiwum Teatru NN)

Kiedy Józef Czechowicz zobaczył na talerzu raki, dostał gęsiej skórki. Kelner podał mu na uspokojenie kalarepkę. Zrezygnowany zamówił kotlety po zamojsku. Z czosnkiem i majerankiem.

Przedwojenny Lublin, Zamość czy Kazimierz smakowały wyśmienicie. W lubelskiej "Europie” pracowali kucharze, którzy fachu uczyli się na dworze carskim, serwując zrazy po nelsońsku.

W kazimierskiej restauracji Berensa podawano liny w śmietanie, które zamawiała Hanka Ordonówna. Na płonące naleśniki z ponczem wpadał Eugeniusz Bodo, towarzyszyła mu czarnoskóra piękność kryjąca się pod pseudonimem Reri.

W zamojskiej "Centralce” podawano raki, węgorze i kotlety po zamojsku. – W "Centralce” bywał Leśmian, wielki smakosz, który czasem zapomniał zapłacić rachunki – śmieje się Andrzej Urbański, dyrektor Muzeum Zamojskiego w Zamościu.

W \"Centralce” w Zamościu

O wspomnianej uczcie Józefa Czechowicza, Wacława Gralewskiego i Bolesława Leśmiana w Zamościu mówi się do dziś. Uczta odbyła się w restauracji "Centralka” mieszczącej się w Domu Centralnym u zbiegu ulic Kościuszki, Żeromskiego i Bazyliańskiej. – W Zamościu stanęłyśmy w hotelu, gdzie jest elektryczność, centralne ogrzewanie i kanalizacja, ale gdzie zdzierają z ludzi niesłychane ceny – tak pisała w 1925 r. w tygodniku "Bluszcz” Maria Dąbrowska.


Z zachowanego opisu literackiej uczty dowiadujemy się, że panowie zjedli: nowalijki, węgorza w galarecie, potrawkę z raków – na widok której Czechowicz dostał gęsiej skórki a Leśmian podskoczył z radości. Czechowicz zamówił faszerowaną kalarepkę, dalej panowie zjedli łososia w sosie "palermitaine”, a poeta Czechowicz zażądał kotletów po zamojsku. Na deser poeci zjedli kaczki z rożna, Czechowicz zamówił sobie słodką kawę i krem pomarańczowy.


Po uczucie mocno zakrapianej koniakiem w trans wpadł Leśmian. Zamknął oczy i recytował: "skoncentruj się i wczuj głęboko. Unosimy się w powietrzu. Wysoko, wysoko królowa pszczół będzie przyjmować kochanka. Będziemy w nich wnikać, nabrzmiewać jak plastry miodu”. Poetycki trans przerwał kelner z "Centralki” przynosząc bardzo słony rachunek. Kto go zapłacił, nie wiadomo.

W knajpie ojca Grudnia w Lublinie

Mieściła się w Lublinie w pobliżu wieży ciśnień, stojącej koło kościoła Bernardynów przy dzisiejszej ulicy Narutowicza. – Niektórzy woleli ordynarną nazwę: knajpa "Pod siedmioma cyckami”. Przed wojną światową mieściła się tu żydowska restauracja. Wieść gminna głosiła, że w czasie odwrotu armii rosyjskiej Kozacy Dońscy zgwałcili cztery córki restauratora, a jednej z nich ucięli po pijanemu pierś. Stąd malownicza nazwa. Ale używano jej rzadko – wspomina poeta Józef Łobodowski, który zamawiał tu śledzie i wódkę.


Łobodowski był smakoszem, trenował boks, wywoływał awantury. – Ojciec Grudzień, nieubłagany w stosunku do zwykłych kiziorów, miękł na widok poetów – wspomina Konrad Bielski. W powieści Łobodowskiego "Dzieje Józefa Zakrzewskiego” aż roi się od smakowitych wspomnień.
Hitem przedwojennej kuchni w Lublinie były zrazy po nelsońsku. Podawano je w eleganckiej "Europie”, u Grudnia było bardziej swojsko. – Po skończonym wieczorze poszliśmy do pobliskiej podrzędnej restauracyjki. Byliśmy głodni, zaspokoiliśmy głód po proletariacku, siwuchą i kiełbasą – wspominał spotkanie z Czechowiczem Feliks Araszkiewicz.

U Berensa w Kazimierzu nad Wisłą

Lubelscy poeci i artyści często wyprawiali się do Kazimierza. Przodował w tym Józef Czechowicz, który włóczył się po miasteczku z aparatem w ręku. Ciągnęło go do willi "Łopuszanka” i do pani Łopuskiej, która była zapaloną spirystką. – Znajdowała się w stałym kontakcie z zaświatem. W jej mieszkaniu odbywały się seanse z udziałem znanych mediów i hipnotyzerów – wspomina Konrad Bielski.


Po seansach z wywoływaniem duchów artyści lądowali w restauracji hotelu "Berensa”. Choć w 1933 roku w Kazimierzu były trzy hotele, to Berens wygrywał znakomitą kuchnią opartą o ryby. W restauracji podawano węgorza z wody, z rusztu, po rybacku, w galarecie, marynowane i wędzone. Hitem delikatny rosół z węgorza. Oraz liny w śmietanie tak chętnie zamawiane przez Hankę Ordonównę. Na ryby od Berensa przyjeżdżali artyści, wojskowi i politycy z całej Polski.

Deser u Semadeniego

Na ciastka chodziło się w Lublinie do Chmielewskiego. W renomowanej cukierni podawano wyśmienite pączki i sękacze, które pakowano na wynos. Paczuszkę obwiązywano kolorowym sznurkiem pod który wsuwano firmowe serwetki z napisem "Cukiernia Chmielewski”.


Musiał je zamawiać do domu Józef Czechowicz. – Poeta uwielbiał słodycze. Lubił małe pączki, które wówczas robiono na jeden kęs. Nie przepadał za wyrafinowanym jedzeniem, ale lubił sobie dogodzić na słodko. Przepadał za ciastkami, lubił nalewki i damskie wódki – mówi Ewa Łoś, szefowa Muzeum Literackiego im. Józefa Czechowicza w Lublinie.


– Kiedy przyjeżdżał do Lublina, czasami zawiadamiał mnie i wyznaczał spotkanie w cukierni "Semadeniego”, gdzie zwykle miał dla mnie swoją książkę z dedykacją lub książki francuskie, którymi mnie obdarzał – tak swoje spotkania z Czechowiczem w kawiarni "Semadeniego” wspomina Bronisława Kołodyńska.


Józef Czechowicz uwielbiał ciasteczka z pieprzem. Małe, posypane wiórkami z czekolady, które wyglądały tak, jakby ktoś posypał je mielonym pieprzem. – W sprawach słodyczy lubił eksperymenty. Mógł je próbować z ostrym, prawdziwym pieprzem – dodaje Ewa Łoś.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!