piątek, 20 października 2017 r.

Lubelskie

Małe Zoo w Turce: W weekend dzieci wchodzą za darmo

  Edytuj ten wpis
Dodano: 28 maja 2010, 17:45

Rozmowa z Teresą Włodarczyk, właścicielką Małego Ogrodu Zoologicznego dla Dzieci w Turce k. Lublina.

• Jest pani radcą prawnym, prowadzi postępowania upadłościowe firm. Skąd w ogóle pomysł, żeby wyprowadzić się z Lublina i założyć zoo?

– To nie był mój pomysł, ja w ogóle nie miałam wcześniej jakiegoś bliższego kontaktu ze zwierzętami! Wszystko zaczęło się od tego, że w 1997 roku dowiedzieliśmy się z mężem o sprzedaży zrujnowanego zespołu dworsko-parkowego w Turce. Ja podeszłam do tego dość nieufnie, natomiast mąż uwielbia wyzwania. Przywiózł nas, kazał oglądać, a potem zarządził rodzinne głosowanie, czy kupujemy tę posiadłość, czy nie.

• Kto głosował?

– Cała nasza rodzina: my z mężem, syn, córka i rodzice; 6 osób. Ja z dziećmi byliśmy przeciw. Mąż i rodzice za. Czyli remis, ale maż uznał, że skoro on zorganizował spotkanie, to jest przewodniczącym głosowania i jego głos liczy się podwójnie.

• A czemu pani nie chciała kupić tej imponującej posiadłości?

– Bo wtedy nie była ani trochę imponująca! Wręcz przeciwnie, była w przerażającym stanie. Wszędzie chwasty, brak drogi dojazdowej, rudery zamiast budynków, wysypisko śmieci urządzone przez miejscową ludność. Jedna ruina!

• To co w końcu zdecydowało, że podjęli państwo to wyzwanie?

– Piękna okolica. Cisza, spokój, wspaniałe powietrze, Bystrzyca, która tędy płynie. Chyba każdy "miastowy” marzy czasem o ucieczce w takie miejsce. No i my postanowiliśmy to marzenie zrealizować. Nie do końca wiedzieliśmy, na co się porywamy... Przede wszystkim musieliśmy wystąpić do konserwatora zabytków o zgodę na odbudowę dworku. Budowa trwała 3,5 roku i pochłonęła wszystko, co mieliśmy. 11 listopada 2000 roku wprowadziliśmy się z dziećmi do Turki.

• To miało być tylko miejsce do życia, czy od razu mieli państwo pomysł na jakieś komercyjne przedsięwzięcie?

– To jest ogromna posiadłość, w sumie liczy 10 ha, więc najpierw pomyśleliśmy o agroturystyce, żeby jakoś to na siebie zarabiało. Ale pomysł nie chwycił.

• I wtedy pojawiła się idea założenia zoo?

– Nie, ten pomysł rodził się stopniowo. W 2002 roku mąż kupił pierwszego konia, tak dla siebie. Potem zobaczył u kolegi daniele i zabrał je do nas. Potem był kucyk, osiołek, kolejne daniele...

• Nie buntowała się pani?

– Nie, zaczęło mi się to nawet podobać. Każdy kucyk dostał od nas imię: Zuzia, Zyta, Zdzicha, Zenek. Ponazywaliśmy osły: Sonia, Włoszka, Sandra. Zwierzęta stawały się częścią naszej rodziny.

• I wciąż ich było więcej...

– Przybyło nam ptactwo: kury, koguty, bażanty, pawie, gęsi, łabędzie, indyki. Potem dołączyły jelenie, lamy, muflony, kozy, kozły, świnki wietnamki i peruwianki, owce kameruńskie... Długo by wymieniać, dziś trudno zliczyć te nasze zwierzęta.

• \"Małe zoo” to był konkretny pomysł na biznes?

– To była i jest wielka pasja, żaden biznes. Z czasem okazało się jednak, że utrzymanie tych wszystkich zwierząt to ogromny wydatek. Pomyśleliśmy, że może pokazać nasz wspaniały inwentarz innym. Mąż, który wychował się na wsi i zwierzęta były mu zawsze bliskie zauważył, że teraz dzieci nie mają pojęcia, jak wygląda kura czy kogut. I tak w 2008 roku zaprosiliśmy do nas pierwszych małych gości.

• Pani mąż, Wojciech Włodarczyk, przez lata był szefem Lubelskiego Rynku Hurtowego Elizówka. A teraz miał oprowadzać po swoim "Małym zoo”.

– I był tym zachwycony! Znakomicie odnalazł się w swojej roli. Dzieci go nie odstępują, bo tylko on potrafi tak fantastycznie opowiadać. Pyta: "Wiecie, skąd się biorą jajka?”. A one na to: "Z Leclerca!”. "A skąd się bierze miód?” – "Od pszczółki Mai!”. Wtedy mąż z satysfakcją prezentuje im nasze kurki i pszczoły. Bo zapomniałam dodać, że ule też mamy, w pniach starych drzew, jak kiedyś.

• A co jeszcze macie?

– Sad leszczynowy. Poza tym grusze, śliwy, czereśnie, wiśnie, jabłonie. Ogród warzywny, maliny i truskawki, a z nich galaretki przez cały rok. Własne owoce to moja wielka duma.

• Wraca pani z kancelarii i bierze się za robinie przetworów?

– Dokładnie tak. A kto to za mnie zrobi? Zresztą to przyjemność.

• Z czego jest pani jeszcze dumna?

– Z tego, że nie zatrzymaliśmy się w miejscu. Zobaczyliśmy, że dzieci po jakimś czasie nudzą się zwiedzaniem zoo, więc zorganizowaliśmy im plac zabaw, potem park linowy. Teraz nie chcą od nas wyjeżdżać.

• To już pani nie jest zła na męża, że ją tu przywiózł?

– Jak to nie? Cały czas mu powtarzam: "W coś ty mnie wrobił?!” Żadnego wolnego, żadnych wakacji. Praca całą dobę na okrągło. Wielka odpowiedzialność za zwierzęta. Niekończące się wydatki, które chyba nigdy się nie zwrócą.

• To gdyby cofnęła pani czas?...

– Zrobiłam to samo, co zrobiłam. Bo dziś to jest już moje miejsce. Nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
As
ana
Gość
(16) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

As
As (23 lipca 2014 o 11:34) 0
Zaloguj się, aby oddać głos

to ze Ci panstwo kochaja zwierzeta to sie zgadza... ale osobisice porownujac do innych tego typu zoo raczej tam sie juz wiecej nie wybiore, pierwsza sprawa to cena,strasznie wysoko jak na tego typu zoo, w zwyklym duzym zoo np krakow,zamosc ceny sa nizsze niz w tym,dzieci maja bilety ulgowe a maluchy do 3 roku zycia wchodza za darmu. A tu za trojke 3letnich dzieci placilam niby ze znizka 39zl... pozostawie to bez komentarza. Bylismy w niedziele raczej pod koniec dnia, wychodzilismy jako ostatni(kolo 18), a ze maluchy ciezko bylo zagonic do auta ciezko bylo nam sie zapakowac w 5 minut,nikt nas nie poinformowal o ktorej jest zamykane,a wlascicielka wypuscila psy i mowi nam zebysmy zabrali dzieci bo ona musi psy(duze owczarki niemiecki) wypuscic wiec zeby ich nie pogryzly... Nie uwazam zeby bylo to odpowiedzialne i madre... Raczej ja z dziecmi napewno sie tam nie pojawie wiecej, wole inne tego typu zoo np w wojciechowie czy leonowie gdzie jest duzo taniej,wiecej zwierzat,atrakcji i obsluga generalnie goscmi jest zainteresowana a nie tylko braniem kasy...

Rozwiń
ana
ana (12 maja 2011 o 21:57) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
tak sobie tam u nich,a pan gospodarz chodzi wręcz za gośćmi, pilnując, czy aby ktoś bezprawnie albo nie za długo korzysta z rozrywek-trampolina, itp. Z jednej strony rozumiem, bo muszą na tym zarabiać, ale z drugiej, takie zachowanie nie zachęca do powtórnych odwiedzin,niestety
Rozwiń
Gość
Gość (31 maja 2010 o 11:06) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Może Pani W. jeszcze parę bezdomnych dzieci by przygarnęła np. taki piękny dom świetnie nadaje się na rodzinny dom dziecka tyle w nim miłości... to by było coś- a to jest tylko zwykły BIZNES
Rozwiń
TUREK
TUREK (29 maja 2010 o 23:37) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Oni nie muszą się przebierać .......................
Rozwiń
ANIMOZA
ANIMOZA (29 maja 2010 o 23:23) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
POWIEM,WAM KROTKO KOBIETA I JEJ RODZINA NAPRAWDĘ KOCHAJĄ ZWIERZĘTA. PRZYGARNĘLI SPORĄ GROMADKĘ BIEDAKÓW,KTÓRYMI NALEŻYCIE SIĘ OPIEKUJĄ WIĘC PO CO PISAĆ TAKIE PIERDOŁY .
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (16)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!