sobota, 3 grudnia 2016 r.

Lublin

Anarchia na dwóch kółkach

Dodano: 27 kwietnia 2003, 19:00

Rowerowa Masa Krytyczna udowodniła swoje hasło: my nie tamujemy ruchu - my jesteśmy ruchem (J. Miros
Rowerowa Masa Krytyczna udowodniła swoje hasło: my nie tamujemy ruchu - my jesteśmy ruchem (J. Miros

Rowerowa Masa Krytyczna ruszyła przez lubelskie ulice, aby pokazać władzom, że rowerowa infrastruktura nie istnieje i udowodnić swoje hasło: nie tamujemy ruchu - my jesteśmy ruchem.

Supernowoczesne i zabytkowe, szosowe, górskie i wyprawowe rowery zaczęły przed godz. 13 w sobotę zapełniać pl. Litewski. Rowerzyści tworzyli malowniczą i zróżnicowaną grupę. Ubrani w dresy, profesjonalne, sportowe kolarki lub szerokie spodenki. Z głowami chronionymi pięknymi kaskami lub zdobionymi nie mniej pięknymi jedwabnymi opaskami albo obszernymi czapeczkami dzierganymi na szydełku...
Najmłodszy, trzyletni Sebastian przybył na foteliku przymocowanym do rowerowego bagażnika. Pan Wiesław, cyklista od paru dziesiątków lat, tym razem zbyt chory, aby pedałować - przyszedł pieszo udzielić moralnego wsparcia rowerzystom walczącym o równe prawa na drogach.
Pan Jerzy (wiek lekkopółśredni, strój niedzielnego turysty, rower wyprawowy) na kwadrans przed godz. 13 samotnie przysiadł na brzegu fontanny, bacznie obserwując otoczenie. Naprzeciw zaczęli się gromadzić panie i panowie z Lubelskiego Towarzystwa Cyklistów i Klubu Kolarskiego Welocyped (stroje i rowery średniej lub wysokiej klasy sportowej). Rozmawiali o sprzęcie rowerowym oraz minionych i planowanych wyprawach. Na ławeczce obok przysiadł nastolatek (strój codzienny) bacznie przysłuchując się rozmowom.
Niebawem po placu zaczęli krążyć chłopcy w aerodynamicznych kaskach. Ich rowery najwyraźniej umożliwiały niezwykłe akrobacje, ale ograniczali się do zwykłego skakania po schodkach lub jeżdżenia na jednym kole. Plac zapełniał się jednośladami, nieuchronnie zbliżała się wyznaczona godzina 13., o której miała wyruszyć w miasto Masa Krytyczna.

- Ale co to właściwie jest?

- pytali niepewnie jedni drugich, wielu nie było nawet pewnych skąd dowiedziało się o terminie spotkania. Wiadomość o nim przenoszona jest bowiem głównie "pocztą pantoflową”, a raczej jej nowoczesną, elektroniczną wersją. Przed dekadą, gdzieś w Ameryce, spotkało się przypadkiem kilkudziesięciu cyklistów i zaczęli jeździć po mieście. Potem spotykali się co miesiąc, spontanicznie - bez tworzenia żadnej organizacji. Idea szybko trafiła do Europy i do większych miast Polski.
W Lublinie przed miesiącem na hasło Masa Krytyczna zjawiło się ok. 60 rowerzystów. Tym razem jedni naliczyli ich dwa, a inni trzy razy więcej. Liczyć było trudno, bo rowerzyści przemieszczali się jak strumień swobodnych elektronów. Powoli jednak rozpoczynała się reakcja łańcuchowa. Co bardziej niecierpliwi zaczęli się rozglądać uważniej, wypatrując organizatora, który poprowadzi wielką masę rowerową. - Jaką mamy trasę? - próbowali dowiedzieć się rowerzyści, od lat poruszający się na jednośladach w myśl zasad kodeksu ruchu drogowego i turystyki kwalifikowanej.
- To czysta anarchia - mamrotał lekko rozbawiony całą sytuacją nastolatek. - Tu nie ma trasy, nie pojawi się nikt z chorągwią, aby stanąć na czele i prowadzić. Się po prostu zacznie jechać i ten, kto akurat będzie na początku, będzie prowadził.
Nikt chłopaka nie słuchał, bo coś takiego rozsądnym ludziom nie mieści się w głowie. Jednak dla uniknięcia przeoczenia startu, wszyscy zaczęli się powolutku przemieszczać bliżej siebie. I kilka minut po 13 ktoś odłączył się od zbitego tłumu rowerzystów.

Masa ochoczo ruszyła

za nim, bo już naprawdę nudno było tak stać. Potem rozkwitła anarchia, tak jak przewidział nastolatek. Trudno ponad setce rowerów przemieścić się na jednej zmianie świateł... Toteż sposobem wypraktykowanym przez "Samoobronę”, Masa Krytyczna również nie trzymała się ściśle przepisów prawa ruchu drogowego. Się jechało. Kierowcy lubelscy, najwyraźniej dobrze już wyćwiczeni przez "Samoobronę”, zachowali godny najwyższego zachwytu spokój. Ba! Niektórzy przyjaźnie machali dłonią lub podnosili kciuki w przyjaznym geście. Kierowcy taksówek otoczeni masą rowerów ze stoickim spokojem jechali w żółwim tempie jednośladów.
Oczywiście zdarzały się nerwowe trąbienia i wyzwiska, te jednak rowerzyści zagłuszali własnymi trąbkami o mocy klaksonu tira i dzwonkami. Jedynie kierowca o urodzie włoskiego amanta próbował swoim małym zielonym samochodzikiem przebić Masę Krytyczną. Został jednak spacyfikowany. Obyło się bez ofiar.
- Jak łatwo teraz manifestować - zadumał się pan Jerzy, gdy w tłumie masy kręcił kolejne kółko na rondzie przy gmachu ZUS. - Dwadzieścia lat temu policja rozgoniłaby całe towarzystwo już na placu Litewskim. Teraz dwie godziny kręcimy się po mieście bez ładu i składu - i nic.

Pomysł może i dobry, ale...

Nie wiem, jak pan Jerzy dokończył zdanie, bo odjechał w boczną uliczkę. Być może uznał, że jest za stary na anarchię. Ja też odjechałam z taką właśnie myślą. Teraz, gdy protestować dużo łatwiej i bezpieczniej niż dwadzieścia lat temu, oczekiwałabym chyba raczej bardziej demokratycznych metod nacisku na władze.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO