środa, 13 grudnia 2017 r.

Lublin

Beatka mieszka w Rossoszu w powiecie bialskim. Ma jedenaście lat. Choruje na porażenie mózgowe. Nie chodzi i nie mówi.
Nie ma koleżanek ani kolegów. Czy znajdą się wolonatariusze, którzy jej pomogą?

Beatka zachorowała, gdy miała pół roku - opowiada jej mama Barbara Syrytczyk. - Zaczęła się walka z czasem. Początkowo dziecko nawet nie dało się dotknąć. Musieliśmy od nowa przyzwyczajać ją do naszej obecności, dotyku.
Kiedy miała trzy lata rodzice zaczęli dowozić Beatkę do Torunia do Fundacji "Daj szansę”, która zajmuje się ogólnym rozwojem dziecka. Uczono ich tam jak się opiekować, jak rehabilitować. W domu wykonywali mnóstwo ćwiczeń. - To była nauka od początku - dodaje pan Andrzej, tata Beatki. - Jak przekręcać dziecko, likwidować odleżyny i przykurcze mięśni.
W styczniu tego roku Beatka zachorowała na zapalenie płuc. Jej stan pogorszył się na tyle, że po raz kolejny znalazła się na oddziale intensywnej terapii w Lublinie. Lekarze odratowali dziecko. Po kilku tygodniach Beatka wróciła do domu. Przed chorobą potrafiła reagować płacząc i wydając różne dźwięki. Można z nich było odczytać, czy jest zadowolona, czy się czegoś boi. Po zabiegu tracheotomii nawet taki kontakt jest bardzo utrudniony.
Od kwietnia tego roku kilka razy w tygodniu przyjeżdża do Rossosza lekarz z Lublina z Hospicjum "Małego Księcia”. Przy łóżku dziecka stoi fachowy sprzęt, butla z tlenem i inhalator. Pobyt w domu spowodował, że po kilku tygodniach stan dziewczynki znacznie się polepszył. Lekarz z hospicjum odstawił lekarstwa, tlen i kroplówki.
Dzięki hospicjum rodzice mają sprzęt, lekarstwa, zapas kroplówek, elektrycznie podnoszone łóżko i najnowszej generacji materac przeciw odleżynom. Co dwa tygodnie doktor z hospicjum wymienia rurkę tracheotomiczną.
Przez pięć dni w tygodniu do Beatki przychodzi pielęgniarka Anna Kowalczyk. - Beatka wymaga stałej opieki - mówi. - Na postępy jest jeszcze za wcześnie. Ale poznaje mnie. Widzę to w jej oczach, nieraz się uśmiecha. Na mój widok jej twarz staje się pogodna, a to dla mnie jest duży sukces.
- O czym marzymy teraz? - Zastanawiają się rodzice. - Nie możemy powiedzieć, że o uzdrowieniu naszej córki, bo to niemożliwe. Chcielibyśmy znaleźć przynajmniej dwoje wolontariuszy, którzy by przychodzili do naszego dziecka. Ale na naszym terenie jest to właściwie niemożliwe. Tutaj młodzież boi się takich dzieci. Nie chcą się z nimi spotykać. •
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!