poniedziałek, 5 grudnia 2016 r.

Lublin

Odwiedziny w Nałęczowie, rodzinnym miejscu mojej żony, zawsze przepełnione są nostalgią. Usytuowany w pięknym parku pałac Małachowskich, staw, łabędzie, kapliczka na Armatniej Górze... Wszystko przez lata takie samo, jakże odmienne od wielkiego miasta, gdzie po kilku latach nieobecności trudno rozpoznać własną ulicę.
W Nałęczowie jest inaczej. Uliczki wciąż jednakowe, drewniane budynki starzeją się wprawdzie, ale jakoś zgodnie z naturą, nie rażąc obsypywanym tynkiem. Księgarnia jest tam, gdzie była zawsze, kiosk z rybami na tym samym rogu, stacja benzynowa, choć zmieniła nazwę, zachowała charakter barakowego kiosku.
Niestety tu i ówdzie zawitało nowe w formie kanciastych brył architektury minionego okresu pokrytych szaroburą elewacją. Na jednej z takich właśnie posesji, za skorodowaną siatką z ogrodzeniowego drutu pyszni się konstrukcja z zespawanych ze sobą dwu rur. W miejscu złączenia dłuższego i krótszego kawałka przytwierdzono wykonane w metalu wyobrażenie konającego Zbawiciela. Wszystko, podobnie do siatki, nadwerężone działaniem rdzy.
Poniżej stóp Umęczonego półka okaleczona zdekompletowaną, plastykową falbanką, na niej zaś wypłowiały bukiet sztucznych kwiatów. Nad rozłożonymi ramionami blaszana wstęga z trzema ciężkimi od powagi słowami: Bóg, Honor, Ojczyzna.
Staliśmy jakiś czas wpatrzeni w ów symbol Wiekuistego dźwigającego na omdlałych ramionach honor naszej Ojczyzny widziany oczyma rodaków. Wiedziałem, że nie zapomnę tego przejmującego obrazu, ale – bardziej odruchowo niż z potrzeby – postanowiłem zanotować spostrzeżenie. Długopis miałem przy sobie, brakowało kawałka papieru.
Kilka kroków dalej zauważyłem tablicę ogłoszeniową z afiszem granego w jedynym tutejszym kinie amerykańskiego filmu. Udarłem kawałek dolnego rogu starczającego na zapisanie kilku słów.
Przechodzący akurat mężczyzna, w wydawać by się mogło nieodpowiednich nieco na słoneczny dzień gumowcach i utrzymujący pozycję we względnym pionie głównie dzięki oparciu o zdezelowany i pozbawiony tylnego błotnika rower, spojrzał na mnie z wyraźnym odcieniem pogardy, splunął ciężko i syknął pod nosem: – Z miasta, k..., a chamstwo”.
Po czym, ryzykując upadek, zdjął beret, skłonił się pobożnie przed posesją i odzyskując równowagę, poszedł dalej w swoją stronę.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO