środa, 7 grudnia 2016 r.

Lublin

Wołowina pod lupą

Dodano: 19 sierpnia 2002, 21:30

Wykrycie BSE u krowy z gospodarstwa pod Lubartowem służby weterynaryjne traktują jakie potwierdzenie sprawności stosowanych przez nie procedur. Z nieoficjalnych informacji wynika, że zdarzają się próby ominięcia sita kontrolerów.

- Nie można mówić o żadnej groźbie epidemii. Sam jem wołowinę. Ważne, żeby była z legalnego uboju - mówi Jan Sławomirski, wojewódzki lekarz weterynarii. - Wszystko wskazuje, że krowa spod Lubartowa miała 8-10 lat temu kontakt z paszami opartymi na mączce kostnej, przeznaczonej dla innych gatunków, np. świń. Wtedy takich pasz było mnóstwo. Nie wykluczamy jednak samoistnego zakażenia.
A do nielegalnego uboju nikt się oczywiście nie przyznaje. - Są różne sposoby - mówi pracownik masarni koło Lublina. - Człowiek przyprowadzi do nas krowę, ma odpowiednie świadectwa, krowa jest zdrowa i wszystko jest w porządku. Dostaje od nas papier, stwierdzający legalność tego mięsa i... zabija potem inne krowy, których mięso sprzeda pokazując nasze dokumenty.
Sprawą legalności obrotu mięsem zajmuje się także sanepid. - W tym roku nie słyszałam o żadnych przypadkach lewego uboju - mówi Anna Czerniak z powiatowej stacji sanepidu w Chełmie. - Sprawdzamy sklepy, hurtownie i kioski z mięsem. Zwracamy uwagę na świadectwa pochodzenia każdej partii mięsa. Bez nich mięso zostaje natychmiast zatrzymane do wyjaśnienia i nie może być sprzedawane.
Tymczasem w Puławach trwają badania materiału pobranego z feralnej krowy.
- Kontynuujemy badania mózgu krowy, u której wykryto BSE - informuje dr hab. Wiesław Wijaszka, dyrektor Państwowego Instytutu Weterynaryjnego w Puławach. - Chcemy ustalić, czy była tylko zakażona, czy już chora.
BSE u krowy należącej do podlubartowskiego rolnika wykryto w środę, podczas rutynowej kontroli. - Zgodnie z rozporządzeniem ministra finansów, każda krowa, która przekroczy 30 miesiąc życia jest obligatoryjnie badana - podkreśla Wiesław Wijaszka.
Próbki pobiera się od każdego zwierzęcia i wysyła do jednego z 5 laboratoriów w Polsce, m.in. w Puławach. - Weterynarze są już od rana, od początku uboju - wyjaśnia Leszek Stępniewski, kierownik ubojni Zakrzówek koło Chełma. - Wcześniej rolnik musi zgłosić nam zamiar ubicia zwierzęcia. Musi również posiadać świadectwo jego pochodzenia, wystawione przez sołtysa. Są na nim dane rolnika, numer i wiek krowy.
Wczoraj po południu z Zastawia koło Kurowa, gdzie krowy z hodowli rolnika spod Lubartowa poddano wstępnej utylizacji, wyruszył transport do Tarnowa. - Wszystko toczy się pod kontrolą służb weterynaryjnych - wyjaśnia Wiesław Gąsior, powiatowy lekarz weterynarii w Puławach. - To tzw. materiały wysokiego ryzyka, więc wszystko odbywało się przy zachowaniu najwyższych środków ostrożności.
Po utylizacji w Zastawiu, która trwała całą noc, resztki krów miały zostać spalone w Tarnowie w temperaturze 1200 stopni Celsjusza.
Weterynarze zapewniają, że na nasze stoły mięso na pewno nie trafiło. - Nasze kontrole są szczegółowe i szczelne - podkreśla Jan Sławomirski. Wiesław Gąsior dodaje, że każda sztuka bydła jest badana, zanim znajdzie się w sklepie. Dopiero wtedy może trafić do obrotu. W tym czasie mięso musi być odpowiednio zabezpieczone w oddzielnej chłodni. Zabezpieczane są również głowy krów.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO