niedziela, 4 grudnia 2016 r.

Magazyn

Barometry biedy


Potrzebuję 80 zł na zapłacenie alimentów - mówi bez ogródek mężczyzna w średnim wieku. - No, wie pan - dodaje jakby od niechcenia - stówką też bym nie pogardził. W zamian zostawiam ten oto aparat telefoniczny, bezprzewodowy...

- E, co pan...
Właściciela lombardu nie zaciekawiła ta transakcja.
- Nie przyjmujemy aparatów, nie ma zbytu. Ale nich pan zapyta po sąsiedzku...
- Pytałem, też nie chcieli... - odparł klient, zamykając za sobą drzwi.
Trefny towar
Tak mówi się w lombardach o czymś, co nie cieszy się wzięciem albo pochodzi z włamania czy kradzieży. Trefny towar przynoszą najczęściej ci, którzy go okazyjnie kupili od złodzieja i chcą szybko upłynnić. Ale właściciele lombardów znają świat przestępczy i stamtąd zastawów nie przyjmują.
- Ludzie pożyczali zawsze - mówi właściciel lombardu przy ul. Lipowej w Lublinie. - W biednym społeczeństwie więcej i częściej, w bogatszym - rzadziej i mniej. To bieda zmusza ludzi do oddawania przedmiotów pod zastaw.
- Tej biedy jest więcej czy mniej?
- Więcej - odpowiada. - Widać to po częstszych odwiedzinach mojej placówki

Cały przekrój społeczeństwa

Kto najczęściej korzysta z lombardów? Właściciele tych placówek nie mają gotowych odpowiedzi. Jedni (jak w lombardzie przy ul. Lipowej) twierdzą: - Ludzie, którzy zostali zmuszeni do zdobycia w ten sposób pieniędzy - nierzadko emeryci i renciści.
Inni (jak w lombardzie przy ul. Kołłątaja) są zdania, że korzysta cały przekrój społeczeństwa. - Każdemu może się przytrafić nagła potrzeba zdobycia gotówki, więc przychodzi do nas i robotnik, i pracownik urzędu.
Najpewniej jednak (tak uważa właściciel lombardu przy al. Tysiąclecia) przychodzą ludzie skromnie uposażeni, którym brakuje pieniędzy do najbliższej wypłaty. Albo zatrudnieni u kogoś prywatnie, kto zwleka z terminową zapłatą za pracę.
- Aczkolwiek zdarza się - twierdzi właściciel lombardu przy ul. Narutowicza - że przychodzi ktoś, komu zabrakło na kolejną flaszkę. Przynoszą wtedy to, co mają pod ręką. A to pierścionek małżonki, to zegarek czy aparat telefoniczny... Naturalnie, wszyscy tacy klienci zręcznie kamuflują potrzebę zdobycia w ten sposób gotówki, snując barwne opowieści np. o chorym kuzynie, któremu lekarz zaaplikował drogie leki...
I już zwracając się bezpośrednio do mnie: - A myśli pan, że ten klient z aparatem telefonicznym to naprawdę chciał zapłacić alimenty? Szuka forsy na wódkę...

Jak to działa

Zasada działania lombardu jest prosta. Właściciel takiej placówki przy al. Tysiąclecia wyjaśnia rzeczowo i z rozmysłem: - Klient otrzymuje krótkoterminową i wysokooprocentowaną pożyczkę pod zastaw cennego przedmiotu. Jeśli w terminie pożyczka nie zostanie spłacona, zastaw przepada. Wtedy przedmioty wystawia się na sprzedaż. Jednakże większość z nas stara się przetrzymywać przedmioty jeszcze przez tydzień, dwa, żeby dać dłużnikowi szansę, ale robi się to tylko z grzeczności. Żaden przepis do tego nie zobowiązuje.
- Czy klienci dotrzymują terminu zwrotu pieniędzy?
- Starają się, gdyż wyceny przedmiotów przekazanych pod zastaw są dużo niższe od ich wartości nominalnej. To się robi z rozmysłem, żeby klient wykupił swoją własność. Ale, jak pan widzi, to wszystko co mnie otacza, nie zostało wykupione.
Rozglądam się wokół. Najwięcej jest magnetowidów, jakiś saturator, trochę biżuterii...
- Atrakcyjność lombardów - mówi właściciel takiej placówki przy ul. Konopnickiej - polega na tym, że zarówno wycena, jak i wypłata odbywa się od razu i na miejscu. To najszybszy sposób uzyskania "szybkich” pieniędzy. Ale jeśli ktoś nie wykupuje zastawu, to jest to zmartwienie prowadzącego lombard...

Magnetowidy, wieże, kasety

Niektórzy właściciele lombardów (jak przy ul. Kołłątaja, al. Tysiąclecia czy Konopnickiej) połączyli te placówki z komisem.
- Z czystej wygody - mówią. - W jednym pomieszczeniu przyjmujemy przedmioty pod zastaw, a w drugim sprzedajemy to, po co nikt się nie zgłosił.
Właściciel lombardu przy ul. Lipowej umieszcza przed wejściem wykaz tego, czego chce się pozbyć. A wybór jest niemały. Można np. kupić nowy, 6-głowicowy magnetowid Philipsa za połowę ceny, jaką trzeba byłoby zapłacić w salonie rtv. Zresztą ceny magnetowidów wahają się od 200 do 500 zł. Sporo jest tego sprzętu, którym nasycił się rynek, dlatego nie ma potencjalnych nabywców.
Trafić może się tanio wieża (za ok. 400 zł), płyty kompaktowe (już od 5 zł), telefony komórkowe... Połowę tej ceny, jaką zapłacilibyśmy u jubilera, żądają w lombardach za wyroby z cennego kruszcu.
W lombardach, jak w zwierciadle, przeglądają się ciemne strony życia. Życia kreślonego niekiedy w minorowych barwach. Ileż właściciele lombardów wysłuchują zwierzeń klientów, ile poznają dramatów rodzinnych...
- Jedno nie ulega kwestii - potwierdza właściciel lombardu przy al. Tysiąclecia - że im więcej biedy, tym większy ruch w lombardach. A my, na tej wschodniej ścianie, nie należymy do społeczeństw zamożnych.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO