niedziela, 20 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Cały Katyń w moich rękach

Dodano: 13 września 2007, 16:16

Czasami mnie pytają czy to nie strach tak dotykać rzeczy umarłych. A ja tak sobie myślę, że mam na tamtym świecie tylu znajomych.

Może spotkam tego oficera, który, jak tysiące innych, skonał w katyńskim dole z przestrzeloną czaszką? Powiem mu, że znalazłam jego obrączkę, którą przed egzekucją schował w kawałku mydła.

5 marca 1940. Biuro Polityczne Komitetu Centralnego WKP(b) Związku Sowieckiego podjęło decyzję o wymordowaniu 25 700 Polaków, oficerów Wojska Polskiego, policjantów i urzędników państwowych II Rzeczpospolitej, którzy po 17 września 1939 roku znaleźli się w niewoli sowieckiej i zostali umieszczeni w trzech obozach zbiorczych: Kozielsk, Ostaszków i Starobielsk oraz w więzieniach utworzonych przez NKWD na wschodnich terenach II RP wcielonych do Związku Sowieckiego.

Kiedy Katynia nie było

- W szkole nie uczyli mnie o Katyniu, bo to jeszcze były czasy udawania, że Katynia nie było. Ale wśród znajomych krążyły fatalnie drukowane wydawnictwa drugoobiegowe i z nich się czegoś o tych zbrodniach sowieckich dowiadywałam - wspomina dr Anna Drążkowska z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. - Wiedziałam, że to była straszna tragedia, ale nigdy bym nie pomyślała, że to wszystko przejdzie przez moje ręce...
13 kwietnia 1943 r. Niemcy ogłosili, że w katyńskim lesie koło Smoleńska odkryli zbiorowe mogiły Polaków. O kolejnych grobach w Charkowie i Miednoje świat dowiedział się, gdy prezydent Gorbaczow przekazał prezydentowi Wałęsie tzw. listy wywozowe jeńców obozów w Starobielsku i Ostaszkowie. Wtedy też, w 1990 roku, wskazał miejsca ich mordu i spoczynku.

Siedem tysięcy

Cztery lata później naukowcy rozpoczęli badania. - Trzeba było zlokalizować groby. Określić, jak wiele osób w nich pochowano i kto to jest - tłumaczy Drążkowska. - W trakcie prac ekshumacyjnych okazało się, że mogiły oprócz szczątków ludzkich zawierają liczne, jak my to nazywamy, wyposażenie ruchome.
Było tego tak wiele, że szybko zapadła decyzja: najlepiej zachowane przedmioty zostaną przywiezione do Polski. - Na polecenie Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa dostałyśmy to wszystko do renowacji. Co to znaczy wszystko? Jakieś siedem tysięcy przedmiotów z tkanin, skóry, drewna, papieru, szkła, metalu znalezionych w ekshumacyjnych dołach, zapakowanych w skrzynie i rozpakowanych w jednej z toruńskich pracowni - dodaje Drążkowska.
Choć przy konserwacji pracowało kilka osób z toruńskiej archeologii, to cały projekt badawczy zakończyły dr Anna Drążkowska i dr Małgorzata Grupa, specjalistki od konserwacji tkanin wydobywanych z krypt grobowych i konserwacji zabytków archeologicznych wykonanych z surowców pochodzenia organicznego.

Najgorsze były buty

- Teraz wydaje się to niemożliwe, ale przez trzy lata nasze życie wyglądało tak: rano zajęcia na uczelni, po południu do nocy praca nad zawartością katyńskich i charkowskich skrzyń. W soboty i niedziele tak samo, tyle że bez pracy na uczelni. Miałyśmy wolne w Wigilię i Boże Narodzenie, bo już w drugi dzień świat trzeba było zakładać gumowe fartuchy, maski, rękawice i konserwować kolejne przedmioty - mówi Drążkowska. - Dlaczego tak się spieszyłyśmy? Goniły nas procesy chemiczne. Te przedmioty wyjęte z mogił nie mogły długo leżeć w skrzyniach. To było ratowanie pamiątek przed zniszczeniem. Na dodatek, w lesie katyńskim gleba była piaszczysta i w dołach egzekucyjnych leżały już same kości. Natomiast w Charkowie był less i glina. Przez pół wieku ciała nie rozłożyły się zupełnie i wszystko było wypełnione albo pokryte warstwą woskowo-tłuszczową, którą trzeba było usuwać. Najgorsze było czyszczenie butów. Wysokie wojskowe buty były pełne tej substancji...
Wtedy do minimum zredukowałyśmy posiłki. Traci się apetyt.

Obrączka

Wszystko, co dziś tworzy ekspozycję w Muzeum Katyńskim, leżało na stole toruńskiej pracowni. Każdy skrawek papieru, bibułki do skrętów zapisane maczkiem, słonik, który jeden z pomordowanych dostał od bliskich na szczęście. Obrączki przez jednych wszyte w pasek munduru przez innych noszone w specjalnym woreczku wpuszczonym w rękaw.
Szachy, jakie więzieni strugali w obozie.
- Pamiętam swoje pierwsze wrażenia z pobytu w Charkowie; to uświadomienie sobie, że mordercami byli fachowcy. Zobaczyłam nienaruszone czaszki ofiar. Oprawca tak strzelał, by śmiertelna kula leciała od karku do oka: bez śladu. Kata zdradziły wyszczerbione kości oczodołu. W takich momentach najgorsza praca ma sens, bo dzięki nam ofiary nie zostają bezimienne. Na przedmiotach odkryłyśmy setki nazwisk. Więzieni podpisywali papierośnice, robili notatki w kalendarzykach, wydrapywali informacje na menażkach i manierkach. Chyba najbardziej wzruszające były fragmenty listów do żon, dzieci. Pisali je ludzie świadomi, że już nigdy nie zobaczą swoich bliskich. Nie zapomnę też mydelniczki z kawałkiem mydła. Instynktownie zaczęłyśmy go sprawdzać, okazało się, że wewnątrz jest obrączka, którą właściciel ukrył przed rewizją - opowiada doktor Drążkowska. - Ale były też momenty groteskowe. W jednym z dołów egzekucyjnych znaleziono ciało, a przy nim stułę i puszkę na komunikanty. Puszka była bardzo szczelnie zaklejona tą woskowo-tłuszczową substancją. Dużo czasu i pracy nas kosztowało odczyszczenie puszki i jej brzegów, tak by bez uszkodzenia móc ją otworzyć. Byłyśmy strasznie ciekawe, czy to możliwe, że w środku są komunikanty.
A w środku była... herbata.

Ludzki gest

Była też papierośnica, na której właściciel wystrugał napis "Pal draniu swoje”. - Ale wiedziałyśmy, że każdy najmniejszy kawałek łańcuszka, okulary, różaniec, spinka czy właśnie papierośnica może być dowodem dla najbliższych. Dowodem, że ich ojciec, wuj czy dziadek zginął właśnie tu. Nie "gdzieś w czasie wojny”, ale dokładnie: z rąk Sowietów - tłumaczy Drążkowska.
Konserwatorzy w Toruniu początkowo tworzyli pięcioosobowy zespół. Do końca wytrwały panie Anna i Małgorzata. Ci, co odchodzili, tłumaczyli, że już nie zniosą otwierania kolejnej skrzyni ludzkiej tragedii. - Mnie ta praca wzmocniła. Nabrałam hartu ducha. Zobaczyłam, że ci ludzie zginęli, ale nie bez śladu. Po pół wieku dotykałam przedmiotów, które dla nich były całym światem - zamyśla się doktor Drążkowska. - Dezynfekcja, odgrzybianie i praca w masce tego ludzkiego gestu nie zniszczyły.
*Korzystałam z informacji na www.federacja-katyn.org.pl
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!