sobota, 3 grudnia 2016 r.

Magazyn

Chcemy tu normalnie żyć

Dodano: 19 kwietnia 2002, 13:41

Niedaleko Wilkowa leży sobie mała wieś. Bardzo zwyczajna wieś: sklepik w dawnej mleczarni, która jest teraz niepotrzebna, bo nikomu nie opłaca się produkować mleka, szkoła i kościółek, do którego proboszcz dojeżdża z Wilkowa. We wsi jest cisza, spokój i bieda. Zagracone gospodarstwa, grożące w każdej chwili rozpadem traktory z epoki Gierka i coraz częściej spotykane na polach konie. Bo tańsze. Rok temu ludzie przejmowali się powodzią, bo woda wylała w Wilkowie. Teraz przejmują się biedą, zbiorami i brakiem perspektyw. I boją się.
Stanisław żyje tu od urodzenia. Jest źle, lepiej raczej nie będzie - mówi. - Nic się nie opłaca robić. Dobrze, że tu trochę lasów jest, bo można grzybów i chrustu nazbierać.
Stanisław, jego rodzina, ani nikt we wsi nie pozwoli sobie zrobić zdjęcia. Boją się. Nie chcą też podawać prawdziwych imion. O tej sprawie nikt nie chce rozmawiać oficjalnie.
- On wrócił gdzieś tak przed świętami - opowiada Stanisław z żoną. Pokazuje jak do Niego dojechać. - To tamten dom, na uboczu, pod lasem.
Ktoś Go widział we wsi, ktoś inny w kościele ze święconką, jeszcze inny widział Go na polu. Niektórzy w ogóle Go nie widzieli. Ale mówią o Nim wszyscy. I część, mniej lub bardziej, boi się. - Strach jest we wsi - mówi stara kobieta pod sklepem.

Bardzo kochał gołębie

W marcu 1996 młody, 20-letni wówczas Wojtek zamordował gołymi rękami swoją matkę, siostrę i ojca. Policję zawiadomili sąsiedzi zaniepokojeni zachowaniem Wojtka: naśladował wilka, biegał po lesie, coś mówił... Na pierwszym przesłuchaniu nic nie powiedział, tylko to, że bardzo kocha gołębie.
Postanowieniem Sądu Wojewódzkiego z 3 września 1996 r. Wojtka uznano za niepoczytalnego. - Trafił na oddział psychiatrii sądowej w Szpitalu Neuropsychiatrycznym w Abramowicach - mówi Jarosław Matras, rzecznik Sądu Okręgowego w Lublinie.
- Był chory psychicznie - mówi jeden z lekarzy abramowickiego szpitala, który bardzo dobrze zna Wojtka. - Postępowanie umorzono i zastosowano środek zapobiegawczy: umieszczenie w szpitalu na 6 miesięcy.
Po sześciu miesiącach mężczyznę badali biegli i wydawali opinię: o jego aktualnym stanie zdrowia i o tym, czy stanowi zagrożenie dla siebie i innych ludzi. I tak co pół roku.
W sierpniu zeszłego roku wydali opinię pozytywną: "przestało istnieć wysokie prawdopodobieństwo popełnienia czynu o wysokiej szkodliwości”. Biegli wezwani przez sąd swoją opinię potwierdzili i uzupełnili. - To samo zrobił drugi zespół biegłych. Sąd powołał ich, by wykluczyć w tej sprawie jakąkolwiek pomyłkę - dodaje Jarosław Matras. - Ich opinia była identyczna.
- Dlaczego zabił? Nie bardzo mogę o tym mówić. Powiem tak: ten człowiek cierpiał na psychozę. Własną rodzinę kazały mu zabić jego wizje, halucynacje - dodaje lekarz.

Żeby ludzie się nie bali

Wojtek w marcu tego roku wrócił do wsi. Mieszka w tym samym domu, w którym wydarzyła się tragedia. Dojeżdża się tu polną piaszczystą drogą. Tuż za domem las. Piękne miejsce. - Jesteśmy tu od końca marca - mówi Wojtek i jego żona Zofia.
- Widziałam ich na spacerze, chyba w lany poniedziałek. Wcześniej byli ze święconką w kościele - opowiada mieszkanka wsi. - Czy się boję? Tak, zwłaszcza spotkania sam na sam.
Ta kobieta pamięta Wojtka. - Normalny, pracowity chłopak z niego był. Nikt się nie spodziewał tego... - nie bardzo wie, jak nazwać wydarzenia sprzed 6 lat. - ...tego czynu.
Wojtek do wsi raczej nie wychodzi. - Tak, chcę. Wolę pozostać na uboczu.
Czy bał się tu wracać?
- Nie. Nie mamy obciążeń - odpowiadają razem.
Wcześniej próbowali sprzedać swoje gospodarstwo i zamieszkać gdzie indziej. - Żeby ludzie się nie bali.
Jednak pieniądze, które im oferowano, ledwo starczyłyby na małą kawalerkę.
- Bardzo dobrze się tu czujemy. Mam dużo pracy. Niedawno rozebrałem szopę, pracuję przy ogródku - opowiada Wojtek. Do wsi, do sklepu, chodzi przeważnie żona. Często odwiedza ich też rodzina Zofii. - We wsi mamy jedną znajomą, która nam pomaga.

Wieś mówi, wieś słucha

Główną drogą jedziemy dalej. Na górce jest sklepik. - Wiem, że jest - mówią klienci. - O dzieci się boję. Panie, a wiadomo o czym On myśli? Co zrobi?
- Jego żona była tu dziś rano, o chleb pytała - przypomina sobie inna klientka, kobieta koło czterdziestki, w chustce na głowie, ręce zniszczone pracą na roli.
Wieś ma coraz to nowe informacje. Był tu, poszedł tam, a żona to zrobiła to... i tak cały czas. I kto go wypuścił? I kto pozwolił na ślub (a może tylko na wspólne mieszkanie, bo we wsi nie wiedzą, czy ślub był)? Plotki krążą po wsi.

Dzieci o Nim nie mówią

Ruszamy dalej. Wzdłuż drogi wije się malownicza rzeczka (a może raczej zdziczały rów melioracyjny). Kury, kaczki, gęsi chodzą wokół i grzebią w ziemi. Gdzieniegdzie słynne polskie wierzby. Skręcamy na mostek. Szkoła.
- Sam się nie boję, tylko o dzieci - mówi pracownik szkoły. - Ja Go kiedyś uczyłem. Zwykły chłopak był, niczym się nie wyróżniał. Nie wiem, czemu to zrobił. To było takie nierzeczywiste... zabić własną rodzinę i potem pójść nakarmić gołębie.
W szkole akurat trwa lekcja. Cisza, spokój. W pokoju nauczycielskim jedna nauczycielka. - Ludzie mówią, że jest. A ja się zastanawiam, dlaczego? Dlaczego Go wypuścili? Zaskoczyła mnie też reakcja dzieci. Kiedyś czasami o tym mówiły, tak zwyczajnie jak o jakiejś historii. Jak On wrócił, to bardzo się zmieniły. Wyciszyły się i nie rozmawiają o Nim. Tylko raz mi powiedziały, że znów mieszka w naszej wsi.
- Mam działkę niedaleko Jego domu - Jadwiga jest wyraźnie zdenerwowana, gdy pytamy o Wojtka. - Pracowałam, jak ktoś go przywiózł do domu. Jechali samochodem i spojrzał na mnie. Co czułam? Lęk. W życiu nie pójdę sama na tę działkę. Panie, nikt tam nie pójdzie, bo wszyscy się boją.
- Na początku nie wiedziałem, że to On - opowiada młody chłopak. Nie mieszka we wsi, ale często tu bywa. - Normalny człowiek jest. Chodzi, do sklepu zajrzy, na spacer z żoną pójdzie. Gdyby mi nie powiedzieli, kto to i co zrobił, to nie zwróciłbym na niego uwagi.
- Kiedyś mu się nawywijało i to sporo, to teraz inaczej się na niego patrzy. Każdy na niego uważa - dodaje chłopak sączący ciepławe piwo przed sklepem.
Na przełomie lipca i sierpnia, gdy Wojtek był jeszcze w szpitalu w Lublinie, w kościele we wsi ogłaszano zapowiedzi. Wojtek miał się ożenić z jakąś kobietą z drugiego końca województwa. - Ta kobieta z matką tu była. Obie mówiły, że chcą go uratować, na dobrą drogę sprowadzić - opowiada jeden ze świadków ówczesnych wydarzeń. - Pytałem ich, czy się nie boją? Przecież on zabił matkę, siostrę, ojca... Nie bały się. Ale nie wiem, czy ślub był, czy nie? Na pewno nie we wsi, ani nie w Wilkowie.
Wojtek i Zofia poznali się w szpitalu. - To była miłość od pierwszego wejrzenia - zgodnie opowiadają. - Wojtek bierze leki i ten związek jeszcze bardziej mu pomaga - lekarz z Abramowic jest bardzo zadowolony z tego związku.

To zwykły obywatel

W Wilkowie nie wszyscy wiedzą o Wojtku. Do opieki społecznej się nie zgłaszał, do Urzędu Gminy nie zaglądał. Na poczcie nie chcą rozmawiać.
- Nikt się do mnie oficjalnie nie zgłaszał - mówi Grzegorz Teresiński, wójt gminy Wilków. - Sprawę znamy, ale jakiekolwiek działania wykraczają poza kompetencje samorządu lokalnego.
O powrocie Wojtka wie także policja. - To powszechne wieści, wszyscy o tym mówią, ale nikt konkretnie - mówi Zygmunt Sitarski, komendant Komendy Powiatowej Policji w Opolu Lubelskim. - To zwykły, normalny obywatel i tak będzie przez nas traktowany. Jak każdy inny.
Ale komendant Sitarski przyznaje również, że dzielnicowy będzie częściej zaglądał do tej wsi.
We wsi dalej się boją. Nie wiedzą, jak mają zareagować, co robić. - Powinni się normalnie zachowywać, choć to trudne - przyznaje Andrzej Kaciuba, lekarz psychiatrii. - To szerszy problem akceptacji chorych psychicznie, którzy mają dokładnie takie same prawa jak "normalni”. A Wojtka nie można obwiniać o ten czyn. To nie on zabił, tylko jego choroba. On był tylko narzędziem w ręku własnych halucynacji.
Zofia wspomina wydarzenia sprzed ośmiu lat. - Jeszcze przed zabójstwem ojciec Wojtka nie chciał przyjąć do wiadomości, że z synem coś nie tak. Lekarz w Opolu Lubelskim też się na niczym nie poznał, zapisał tylko jakieś tabletki na uspokojenie. Nie ogarnęli sprawy.
Co dalej? Wojtek i Zofia liczą, że wieś w końcu oswoi się z ich obecnością. - Chcemy tu normalnie żyć.

PS Personalia bohaterów zostały zmienione
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO