środa, 16 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Chciałem umrzeć. Dziś chcę żyć

Dodano: 3 lipca 2008, 14:44

Na wózku inwalidzkim postanowił przejechać całą Polskę wszerz. Pierwszej próby o mało nie przypłacił życiem.

W czerwcu wyruszył ponownie. Po 22 dniach i 1079 kilometrach dotarł do celu. W Zosinie powiedział: Już wiem, że nie ma granicy między możliwym, a niemożliwym, słabością, a siłą, szczęściem, a rozpaczą. Liczy się tylko wola życia. Prawdziwego życia, z sensem.

2003 rok, Opalenica koło Poznania. Przemek Kowalik ma 31 lat, z narzeczoną Barbarą prowadzi niewielką działalność gospodarczą. 12 czerwca jadą razem po
towar do hurtowni.

Zbaczają w leśną drogę, którą świetnie znają. Świeci słońce, jest pusto. Nie jadą ani szybko, ani wolno. Wszystko wygląda jak zwykle.

Gdyby wyjechali minutę później zobaczyliby przed sobą piękny widok: przebiegającą przez drogę sarnę. Gdyby wyjechali minutę wcześniej zwierzę mignęłoby im we wstecznym lusterku.

Jednak oni trafili dokładnie w tę jedną sekundę.

Sarna wybiega z lasu i uderza z impetem w samochód. Ten gwałtownie skręca i wpada do betonowego rowu.

Gdy przyjeżdża pomoc, to nie ma czego zbierać.

To już jest koniec

Barbara kilka tygodni leży w śpiączce. Cała jest pokiereszowana; najbardziej ucierpiała głowa i twarz. Lekarze walczą o jej życie. Wygrywają, choć leczenie i rehabilitacja Barbary, jak się potem okaże, będą trwały latami. Przemek jest przytomny. Ale leży bezwładnie, nie czuje ani rąk, ani nóg.

Lekarze nie pozostawiają złudzeń: paraliż objął całe ciało, chłopak już zawsze będzie przykuty do wózka.

Dziś oboje niechętnie wracają do tamtych wydarzeń. Bo jak opowiedzieć o tym, że jedna sekunda przekreśliła dosłownie wszystko, całe życie? Jakich użyć słów, by opisać niekończący się ból, rozpacz, niemoc?

- Nie ma takich słów - mówi Przemek. - Dla mnie to był po prostu koniec.

Proszę pozwolić mi umrzeć

Trzy lata Przemek nie rusza się z łóżka. Wcześniej aktywny, pełen energii i pomysłów, teraz powtarza: Nie chcę tak żyć, co to w ogóle za życie, przecież to koszmarna wegetacja.

Wstydzi się wyjść z domu, boi się reakcji otoczenia na swoją niepełnosprawność. - Od paraliżu rąk i nóg gorszy był "wewnętrzny paraliż” - wspomina.

W końcu przegrywa walkę z depresją. W geście ostatecznej rozpaczy pisze list do prezydenta RP prosząc o możliwość przeprowadzenia eutanazji. - Tak, chciałem wtedy umrzeć - przyznaje. - Ale myślę, że był to z mojej strony też taki podświadomy krzyk o pomoc, o ratunek. Sam nie wiem o co.

Prezydent odmawia. - Więc muszę żyć - myśli Przemek - bo takie jest prawo. A jeśli muszę, to zrobię coś z tym swoim życiem. Jakkolwiek by ono w tej chwili nie wyglądało.

Nie zbuduję stadionu

Wiosna 2007 roku. UEFA przyznaje Polsce i Ukrainie organizację Mistrzostw Euro 2012. Przemek cieszy się i mówi: Nie mogę budować dróg i stadionów, ale mogę udowodnić, że jesteśmy krajem przyjaznym, przejezdnym i pozbawionym barier.

W geście poparcia dla mistrzostw rodzi się pomysł na niezwykłą podróż: "Misja 1000, Euro 2012”. Mężczyzna postanawia przejechać od granicy z Niemcami do granicy z Ukrainą. Całą Polskę wszerz, łącznie 1000 km. Oczywiście na wózku inwalidzkim.

Pomysł podchwytują najważniejsze osoby w jego życiu: narzeczona Barbara i brat Marcin. Dzięki nim można zacząć misję.

Nie dałem rady

Wyruszają 26 lipca 2007 roku ze Świecka. Każdego dnia Przemek pokonuje na wózku 60; a nawet 80 km. Tuż za nim jadą samochodem Marcin z Barbarą. W sierpniu, po przejechaniu 700 km docierają do Warszawy. Zostało "tylko” 300 km do mety w Zosinie, ekipa już planuje trasę przez Lubelszczyznę.

Jednak podróż trzeba przerwać. Przemek jest kompletnie wycieńczony, ma odleżyny, jego staw biodrowy jest w bardzo złym stanie. Trafia do szpitala. - Wdała się sepsa, groziła mi amputacja nogi - opowiada. - Lekarze bezwzględnie zabronili mi dalszej jazdy. Ale już 8 dnia w szpitalu powiedziałem sobie: Za rok znowu wyruszę.

Wcześniej jednak trzeba zapłacić cenę za pierwszą misję. Przemek po wycieńczającej drodze pół roku spędza w szpitalach. - Zobaczyłem tam ludzi w dużo gorszym stanie ode mnie. Ludzi, którzy nie mogli się ruszać, mówić, zostali przez los całkowicie pozbawieni prawa wyboru. Ja to prawo wciąż miałem. I wiedziałem, że zrobię z niego użytek.

Tym razem się uda!

Przemek starannie przygotowuje się do drugiej wyprawy. Codziennie ćwiczy pod okiem rehabilitantki, Joanny Grzechowiak, która też zapala się do jego pomysłu. Brat i narzeczona organizują sponsorów, ustalają trasę, dopinają wszystko na ostatni guzik.

6 czerwca 2008 roku Przemek startuje na moście w Słubicach. Tym razem swoją podróż nazywa "Misja 1000. Siła i wiara”. - To idea zrodzona z ludzkiej słabości i bezsilności wobec losu. Ma pobudzić ducha walki w osobach, które straciły wiarę - tłumaczy. - Chcę pokazać, że można pokonać największą barierę psychiczną i fizyczną. I znaleźć sens życia.

Do Przemka, Marcina i Barbary dołącza rehabilitantka Joanna. Wszystko idzie zgodnie z planem. Każdego dnia Przemek pokonuje od 17 do 75 km. Czuje się bardzo dobrze. Jest pełen dobrych myśli. - Tym razem się uda! - mówi z przekonaniem.

U prezydenta

Gdy ekipa dociera do Warszawy, mężczyzna wpada na spontaniczny pomysł: odwiedzę prezydenta, którego wcześniej bezskutecznie prosiłem o zgodę na eutanazję.

- Podjechaliśmy pod Pałac Prezydencki. Zatrzymała nas ochrona. Powiedziałem im: "Przejechałem na wózku 700 km, żeby spotkać się z panem prezydentem, proszę mi to umożliwić”. Chyba ich tym kompletnie rozbroiłem, bo zrobił się szum, a za godzinę zostałem przyjęty przez prezydenta Kaczyńskiego.

Prezydent jest zaskoczony i, jak wspomina Przemek, trochę zmartwiony ekstremalną podróżą. - "Proszę nie ryzykować życia dla idei”, poradził mi - opowiada mężczyzna. - Ale pogratulował też wytrwałości i odwagi, bo podkreślił, że ceni ludzi odważnych. "Dlatego może pan na mnie w każdej chwili liczyć”.

Na mecie

Warszawa, która rok wcześniej okazała się ostatnim etapem podróży, tym razem jest tylko szczęśliwym przystankiem. Zostało 300 km. Siedlce, Parczew, Włodawa. I Zosin, gdzie Przemek kończy swoją misję.

Z uśmiechem wjeżdża na przejście graniczne.

Po 1079 km jest u celu.

- Dedykuję tę podróż wszystkim niepełnosprawnym, którzy chcieliby przejechać choćby 1 km z tego 1000, który mi się udało. Wierzcie mi, że można wszystko. Nawet wtedy, gdy wydaje się, że nie można już nic. Za rok znów wyruszam w trasę.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!