środa, 13 grudnia 2017 r.

Magazyn

Co kręcą debeściaki?

  Edytuj ten wpis
Dodano: 15 lutego 2006, 19:08

Sprawiają, że wypełniają się największe sale, telewizja pokazuje ich częściej niż premiera Marcinkiewicza, a fani zakładają poświęcone im strony internetowe. Dostali polskiego Oscara kabaretowego. Mają na koncie bardzo popularną płytę "Numer 1”. Nie mają tylko DVD. Ale i to się wkrótce zmieni.

Jeden nie lubi szpitali, z trudem wstaje przed 10 rano i nie umie prasować. Drugi nie umawia się ze znajomymi, chciałby nauczyć się kląć po norwesku i wierzy, że podoba się kobietom. A ten trzeci lubi leżeć.
Michał, Waldemar i Marcin. Ot, trzech zwykłych gości z Lublina.

Wyjście z cienia

Jakim cudem zrobili taką karierę?!
- Wszystko zaczęło się od Wyjścia z Cienia, czyli odbywającego się w Gdańsku Festiwalu Kabaretów Studenckich. Konkretnie jego trzeciej edycji z 2000 roku - wyjaśnia Michał Wójcik, jedna trzecia Ani Mru-Mru. - Zdobyliśmy tam II miejsce, nagrodę dziennikarzy i nagrodę za najlepszy skecz. A ja dostałem dodatkowo indywidualną nagrodę za kreację aktorską.
Waldemar Wilkołek uzupełnia: Po ogłoszeniu wyników przychodzili do nas ludzie i mówili, że należało nam się pierwsze miejsce. I że zupełnie nie rozumieją, dlaczego kto inny zwyciężył. Ale i tak sumując wszystkie nagrody, jakie zdobyliśmy, właściwie wygraliśmy ten festiwal.
- To był moment przełomowy w naszej karierze, który dał nam potężnego kopa - dodaje zaraz Marcin Wójcik. - Te zwycięstwa otworzyły nam oczy, a innych otworzyły na nas.

Worek z nagrodami

Pierwszy raz wystąpili ponad 6 lat temu z programem, który - jak sami wspominają - pozostawiał wiele do życzenia. Ale po festiwalu w Gdańsku wszystko się zmieniło. Właściwie każdy następny festiwal, to następna nagroda. A to wyróżnienie w konkursie piosenki kabaretowej podczas VII Mazurskiego Lata Kabaretowego "Mulatka” w Ełku w 2001 roku, a to Grand Prix, nagroda dziennikarzy i nagroda publiczności podczas XXII Lidzbarskich Biesiad Humoru i Satyry w 2001, a to tytuł debeściaka na II Dąbrowskiej Ściemie Kabaretowej w 2003 roku. I jeszcze Grand Prix i nagroda publiczności na Przeglądzie Kabaretów PaKa 2003.
Nie oni jedni zdobywali nagrody. Inne kabarety też, ale inne kabarety już dawno zostały zapomniane.
- Prawda jest jednak taka, że moglibyśmy sobie jeszcze długo tak jeździć i wygrywać, ale gdyby nie pokazywała nas telewizja, to nie zdobylibyśmy prawdziwej popularności - uważa Michał Wójcik. - Gdyby nas nie było w telewizji, to by nas po pewnym czasie nie było w ogóle.

Szklana pogoda

Potwierdza to Artur Andrus, dziennikarz radiowej Trójki, zajmujący się kabaretami. Jego zdaniem, prawdziwa popularność to spełnienie dwóch warunków: Trzeba być dobrym i trzeba się pokazywać w telewizji - wyjaśnia Andrus. - Z tego pokolenia kabaretowców, którzy zaczynali pod koniec lat 90., tylko Ani Mru-Mru stało się prawdziwą gwiazdą. Tylko na występy Ani Mru-Mru publiczność, jak to się mówi, wali drzwiami i oknami. I to jest w dużej mierze zasługą telewizji, machiny mającej przemożny wpływ na ludzi.
Ale najpierw trzeba być dobrym. Co takiego dobrego jest w lubelskim kabarecie?
- Może to banał, ale kabaret musi być śmieszny i Ani Mru-Mru w każdym skeczu taki jest - ocenia Andrus. - A nie o wszystkich artystach parających się tą dziedziną sztuki estradowej da się tak powiedzieć.
To prawda. Co chwila pojawia się nowy kabaret zapowiadany jako gwiazda. Tylko w większości przypadków publiczność już w czasie drugie skeczu zastanawiała się, o co chodziło w pierwszym. A przy trzecim rozmyślali, w którym momencie trzeba się było śmiać w drugim.

Fizjonomie

- Chłopaki z Ani Mru-Mru bazują w swoich skeczach na absurdach dnia codziennego, na rzeczach bliskich każdemu odbiorcy. Ich przekaz jest prosty, przejrzysty, a jednocześnie ciekawy formalnie. W sumie bardzo komunikatywny i atrakcyjny - analizuje Jan Kondrak, polonista i bard.
To nie wszystko. Ani Mru-Mru to także dobre rzemiosło i ogromna praca. - Są idealnym spełnieniem postulatu pewnego starszego kabaretowca, który powiedział, że to nie widz ma się męczyć, żeby zrozumieć, co artysta chciał powiedzieć, tylko kabaret powinien się namęczyć, żeby widz rozumiał i dobrze się bawił - dorzuca Andrus.
I to jeszcze nie wszystkie atuty lubelskiego tria. Od czasów Flipa i Flapa w kabarecie ważna jest różnorodność fizyczna i wynikający z niej podział ról. - Michał jest drobniejszy w budowie, a Marcin masywniejszy. Z kolei Waldek, dźwiękowiec, pojawiający się na scenie rzadko, ale z sensem, to przy Michale prawdziwy Flap - ocenia Kondrak. - Marcin gra tego stateczniejszego, Michał niesfornego. Pierwszy jest mistrzem tekstu. Natomiast Michał gra przede wszystkim swoim ciałem, wspaniale dopełnia sceny pantomimą. Ale także świetnie wyżywa się w słownych pastiszach i stylizacjach.

Francuziki

Wiele numerów Ani Mru-Mru to już klasyka polskiego kabaretu. „Otwarcie supermarketu” i „Małysz”, purnonsensowy skecz kostiumowy „Francuziki” czy lingwistyczna komedyjka pomyłek „Chińska restauracja” są kochane przez publiczność. I pewnie trafią na DVD, które już w poniedziałek kabaret będzie nagrywał w Teatrze im. Osterwy w Lublinie. – Wydaje mi się, że ta popularność jest najogólniej mówiąc wynikiem wspaniałej zbieżności – tłumaczy Michał. – My najlepiej jak umiemy robimy to, co lubimy, i lubi to także publiczność.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!