poniedziałek, 20 listopada 2017 r.

Magazyn

Ile to razy myślimy, by zasiąść pod wielkim dachem nieba, popatrzeć na krążące bociany, poczuć zapach kwiatów. Uciec z miasta i zamieszkać na wsi. Dla niektórych to już rzeczywistość. Dla wielu nie zrealizowane marzenie. Czy warto o nie walczyć?

Do Julitty jedzie się warszawską trasą. Im dalej od Lublina, tym szybciej znikają z oczu hurtownie wielkie jak wieloryby, krzykliwe sklepy i nowobogackie wille, przypominające wyroby szalonych cukierników. Za zakrętem mignie wiejska chałupa, daleko od szosy zabieli się mały dworek, nad stawem zakrzyczą kaczki.
- Mieszkamy tu z mężem kilka lat. Nie mogliśmy wytrzymać w bloku, ciążyła nam wielka płyta i anonimowość. Zbudowaliśmy nieduży domek, zaczęliśmy zakładać ogród i staw. Od wiosny do jesieni nasze życie toczy się w ogrodzie i na werandzie. Największe szczęście to zatrzasnąć za sobą bramę, wyłączyć komórkę, zrzucić buty i boso iść przed siebie. Dopiero gdy złapie zimno, rozpalamy w kominku i chowamy się w domu - mówi Julitta.
Z czasem zaczną budować większy dom, który będzie dla dzieci. Do miasta nigdy nie wrócą, bo jak tu uciekać z raju.

Jak w raju...

...czuje się na wsi Jadwiga. Co prawda od poniedziałku do środy mieszka w lubelskim blokowisku, ale tak ułożyła sobie pracę na uczelni, żeby już w czwartek być w wiejskiej chacie. Kiedy byłem u Jadwigi latem, jej dom ledwo wystawał spod strzelistych słoneczników i kolorowych malw.
- Jak pierwszy raz weszłam na podwórko, to za chatą roiło się od pokrzyw - opowiada początki. - Spod nich dumnie wyglądały niecierpki. Zebrałam wszystkie oszczędności, pożyczyłam na remont i po trzech miesiącach czułam się, jakbym tu zawsze mieszkała. No sam popatrz, przecież tu jest jak w raju.
Kiedy skończy pracować nad rozdziałem do kolejnej książki, otwiera furtę i idzie do sąsiadów naprzeciwko. Siadają pod jabłonką, sąsiad zapala papierosa i razem patrzą, jak pięknie Pan Bóg ten świat urządził.

Maria uciekła z Warszawy

Zawsze lubiła przyjeżdżać do Nałęczowa, by napić się kawy w "Ewelinie”. Przypadkowo dowiedziała się o starej chałupie wystawionej na sprzedaż.
- Jak powiedziałam taksówkarzowi adres, to spytał się, czy na pewno chcę tam jechać. Pokiwałam głową. Chałupy nie było widać zza chwastów. Otworzyłam drzwi, zobaczyłam stare belki na suficie i oleodruk, który miał ze sto lat. Zastanawiałam się minutę - opowiada Maria.
Miała kupić auto, kupiła chatę. Zastawiła ją pięknymi mebelkami i już nie wyobraża sobie życia gdzie indziej i inaczej.

Tadeusz urodził się na wsi

Jak kończył studia, to jeszcze zaciągał śpiewnie, jak krajanie na wschodzie.
- Ciągnęło mnie na wieś, jak bociany do gniazda. Długo nie wytrzymałem. W Holi kupiliśmy działkę, dom. Kiedy w jednej z wiosek zobaczyłem wiatrak, postanowiłem przenieść go pod dom i założyć skansen, do którego nie będzie biletów - opowiada Tadeusz.
Dziś w jego skansenie stoją zabytkowe chaty, a takiej stodoły na siano nie ma nawet na obrazach Chełmońskiego. Żyje tu i za nic ma miastowy zgiełk. Bo tu jest jego ojcowizna.

Ksiądz Janusz święci pola

Kiedyś był wikarym w Puławach. Kochał włóczęgów i narkomanów. Potem pracował w Lublinie, dziś jest proboszczem w Ludwinie.
- Na wsi żyje się całkiem inaczej. Ze śpiewem ptaków spływają troski, świeży powiew wiatru chłodzi emocje i jakby do Pana Boga bliżej.
Kiedy pola się zazielenią, ksiądz Janusz bierze kropidło, święci pola na dobry chleb i zdrowie dla ludzi. Obsadza kościółek drzewami, pieli grządki, żyje w bliskim kontakcie z naturą. Uczy się od niej pokory wobec świata, a od ptaków stara się nauczyć, jak godzić się z przemijaniem i śmiercią.

Doktor Jan buduje magiczne kręgi

Na co dzień mieszka w Kazimierzu, bywa w Lublinie i Warszawie, ale ciężko znosi miastowe życie, uwikłane - jak ocenia - w konwenanse, pełne fałszu i zakłamania. W jednej z osad zamienia starą szkołę na fermę zdrowia. Najpierw na rzeczce zbudował koło, którego monotonny ruch ma przysparzać miejscu spokoju. Potem w ogrodzie zbudował magiczne kręgi.
- Z kamieni wytyczyłem spirale. Radiesteci, którzy badali to miejsce, mówili, że czują koncentrację silnej energii. Myślę, że udało mi się tu stworzyć swoisty czakram, który promieniuje dobrą energią - mówi doktor Jan.
Nawet jakby tych kręgów nie było, to i tak łatwiej tu niż w mieście schronić się przed zgiełkiem świata.

Jacek jeździ do magnolii

Jacek jeszcze mieszka w bloku. Ale jego wrażliwa dusza wyrywa się na wieś. W rodzinnym Rudniku nad Sanem posadził magnolię i jeździ do niej co wiosna, by widokiem bladoróżowych kwiatów naładować życiowe akumulatory.
- Kiedy pojadę do rodzinnego domu, chwytam za łopatę i pracuję w ziemi. Nie ma nic piękniejszego niż jej świeży zapach. To dla mnie najpiękniejsze spełnienie - mówi Jacek.
Trzy tygodnie temu kupił działkę pod Lublinem. Obok wypatrzył chatę z rzeźbionymi okiennicami. Chce ją przenieść, rozbudować i osiedlić się tam na stałe.

Daleko od szosy, blisko harmonii

Żaden z bohaterów nie jest specjalnie bogaty. Żaden nie wystawi sobie nowobogackiej willi. Wielu z nich żyje się trudno, ale wszystkie przykre strony życia na wsi są łagodzone przez poczucie harmonii.
- Żyję tu cicho i spokojnie. Z dala od blichtru i niebezpieczeństw świata. Mam pod dostatkiem kwiatów, mleka od gospodarza, chleba z wiejskiego sklepu i wszystkiego, co niezbędne do pracy i egzystencji. Wieś uczy mnie poprzestawania na małym i pozwala mi cieszyć się drobnymi radościami życia. Kto ucieknie na wieś, odnajdzie w sobie pierwotną niewinność i dobroć - uśmiecha się promiennie Jadwiga.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!