piątek, 9 grudnia 2016 r.

Magazyn

Daleko od szosy

Dodano: 19 kwietnia 2002, 13:54

Ile to razy myślimy, by zasiąść pod wielkim dachem nieba, popatrzeć na krążące bociany, poczuć zapach kwiatów. Uciec z miasta i zamieszkać na wsi. Dla niektórych to już rzeczywistość. Dla wielu nie zrealizowane marzenie. Czy warto o nie walczyć?

Do Julitty jedzie się warszawską trasą. Im dalej od Lublina, tym szybciej znikają z oczu hurtownie wielkie jak wieloryby, krzykliwe sklepy i nowobogackie wille, przypominające wyroby szalonych cukierników. Za zakrętem mignie wiejska chałupa, daleko od szosy zabieli się mały dworek, nad stawem zakrzyczą kaczki.
- Mieszkamy tu z mężem kilka lat. Nie mogliśmy wytrzymać w bloku, ciążyła nam wielka płyta i anonimowość. Zbudowaliśmy nieduży domek, zaczęliśmy zakładać ogród i staw. Od wiosny do jesieni nasze życie toczy się w ogrodzie i na werandzie. Największe szczęście to zatrzasnąć za sobą bramę, wyłączyć komórkę, zrzucić buty i boso iść przed siebie. Dopiero gdy złapie zimno, rozpalamy w kominku i chowamy się w domu - mówi Julitta.
Z czasem zaczną budować większy dom, który będzie dla dzieci. Do miasta nigdy nie wrócą, bo jak tu uciekać z raju.

Jak w raju...

...czuje się na wsi Jadwiga. Co prawda od poniedziałku do środy mieszka w lubelskim blokowisku, ale tak ułożyła sobie pracę na uczelni, żeby już w czwartek być w wiejskiej chacie. Kiedy byłem u Jadwigi latem, jej dom ledwo wystawał spod strzelistych słoneczników i kolorowych malw.
- Jak pierwszy raz weszłam na podwórko, to za chatą roiło się od pokrzyw - opowiada początki. - Spod nich dumnie wyglądały niecierpki. Zebrałam wszystkie oszczędności, pożyczyłam na remont i po trzech miesiącach czułam się, jakbym tu zawsze mieszkała. No sam popatrz, przecież tu jest jak w raju.
Kiedy skończy pracować nad rozdziałem do kolejnej książki, otwiera furtę i idzie do sąsiadów naprzeciwko. Siadają pod jabłonką, sąsiad zapala papierosa i razem patrzą, jak pięknie Pan Bóg ten świat urządził.

Maria uciekła z Warszawy

Zawsze lubiła przyjeżdżać do Nałęczowa, by napić się kawy w "Ewelinie”. Przypadkowo dowiedziała się o starej chałupie wystawionej na sprzedaż.
- Jak powiedziałam taksówkarzowi adres, to spytał się, czy na pewno chcę tam jechać. Pokiwałam głową. Chałupy nie było widać zza chwastów. Otworzyłam drzwi, zobaczyłam stare belki na suficie i oleodruk, który miał ze sto lat. Zastanawiałam się minutę - opowiada Maria.
Miała kupić auto, kupiła chatę. Zastawiła ją pięknymi mebelkami i już nie wyobraża sobie życia gdzie indziej i inaczej.

Tadeusz urodził się na wsi

Jak kończył studia, to jeszcze zaciągał śpiewnie, jak krajanie na wschodzie.
- Ciągnęło mnie na wieś, jak bociany do gniazda. Długo nie wytrzymałem. W Holi kupiliśmy działkę, dom. Kiedy w jednej z wiosek zobaczyłem wiatrak, postanowiłem przenieść go pod dom i założyć skansen, do którego nie będzie biletów - opowiada Tadeusz.
Dziś w jego skansenie stoją zabytkowe chaty, a takiej stodoły na siano nie ma nawet na obrazach Chełmońskiego. Żyje tu i za nic ma miastowy zgiełk. Bo tu jest jego ojcowizna.

Ksiądz Janusz święci pola

Kiedyś był wikarym w Puławach. Kochał włóczęgów i narkomanów. Potem pracował w Lublinie, dziś jest proboszczem w Ludwinie.
- Na wsi żyje się całkiem inaczej. Ze śpiewem ptaków spływają troski, świeży powiew wiatru chłodzi emocje i jakby do Pana Boga bliżej.
Kiedy pola się zazielenią, ksiądz Janusz bierze kropidło, święci pola na dobry chleb i zdrowie dla ludzi. Obsadza kościółek drzewami, pieli grządki, żyje w bliskim kontakcie z naturą. Uczy się od niej pokory wobec świata, a od ptaków stara się nauczyć, jak godzić się z przemijaniem i śmiercią.

Doktor Jan buduje magiczne kręgi

Na co dzień mieszka w Kazimierzu, bywa w Lublinie i Warszawie, ale ciężko znosi miastowe życie, uwikłane - jak ocenia - w konwenanse, pełne fałszu i zakłamania. W jednej z osad zamienia starą szkołę na fermę zdrowia. Najpierw na rzeczce zbudował koło, którego monotonny ruch ma przysparzać miejscu spokoju. Potem w ogrodzie zbudował magiczne kręgi.
- Z kamieni wytyczyłem spirale. Radiesteci, którzy badali to miejsce, mówili, że czują koncentrację silnej energii. Myślę, że udało mi się tu stworzyć swoisty czakram, który promieniuje dobrą energią - mówi doktor Jan.
Nawet jakby tych kręgów nie było, to i tak łatwiej tu niż w mieście schronić się przed zgiełkiem świata.

Jacek jeździ do magnolii

Jacek jeszcze mieszka w bloku. Ale jego wrażliwa dusza wyrywa się na wieś. W rodzinnym Rudniku nad Sanem posadził magnolię i jeździ do niej co wiosna, by widokiem bladoróżowych kwiatów naładować życiowe akumulatory.
- Kiedy pojadę do rodzinnego domu, chwytam za łopatę i pracuję w ziemi. Nie ma nic piękniejszego niż jej świeży zapach. To dla mnie najpiękniejsze spełnienie - mówi Jacek.
Trzy tygodnie temu kupił działkę pod Lublinem. Obok wypatrzył chatę z rzeźbionymi okiennicami. Chce ją przenieść, rozbudować i osiedlić się tam na stałe.

Daleko od szosy, blisko harmonii

Żaden z bohaterów nie jest specjalnie bogaty. Żaden nie wystawi sobie nowobogackiej willi. Wielu z nich żyje się trudno, ale wszystkie przykre strony życia na wsi są łagodzone przez poczucie harmonii.
- Żyję tu cicho i spokojnie. Z dala od blichtru i niebezpieczeństw świata. Mam pod dostatkiem kwiatów, mleka od gospodarza, chleba z wiejskiego sklepu i wszystkiego, co niezbędne do pracy i egzystencji. Wieś uczy mnie poprzestawania na małym i pozwala mi cieszyć się drobnymi radościami życia. Kto ucieknie na wieś, odnajdzie w sobie pierwotną niewinność i dobroć - uśmiecha się promiennie Jadwiga.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO